Aleksandra Idczak | Głośniej od innych („Knives Out”, reż. Przemysław Wojcieszek)

Najnowszy film Przemysława Wojcieszka „Knives Out” swoją premierę miał podczas 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, następnie pojawił się w Zwierzyńcu, Kazimierzu Dolnym i Iganiach, a w tej chwili trwają jeszcze prace nad jego szerszą dystrybucją. Obraz ten wpisuje się w nurt kina uważnego politycznie, wciąż niedoreprezentowanego w rodzimej kinematografii, przeciążonej tematyką historyczną i obyczajową. Stanowi doraźną odpowiedź na nasilające się w kraju nastroje społeczno-polityczne, będąc przy tym propozycją tak hermetyczną, że niemal nieczytelną bez narodowego kontekstu (być może dlatego, mimo początkowych zapowiedzi, film nie został ostatecznie pokazany na festiwalu w Berlinie, Gdynię zaś reżyser konsekwentnie omija).

Wojcieszek deklaruje się jako artysta osobny – funkcjonujący obok głównego nurtu – który zrezygnował ze środków publicznych na rzecz akcji crowdfundingowych i wsparcia przyjaciół, co zapewnia mu artystyczną niezależność, ale i przysparza licznych problemów związanych z realizacją kolejnych filmów. „Knives Out” to projekt stworzony z potrzeby opisania mentalnego klimatu w Polsce i zabrania głosu na temat aktualny. To niezwłoczne zaangażowanie, trzymanie ręki na politycznym pulsie, tworzenie filmu-reakcji, ma jednak swoją cenę. Jest nią nie tylko niestabilność finansowa reżysera, ale i odczuwalne w obrazie uproszczenia, schematyzm postaci, a miejscami także drewniane dialogi. Film przypomina momentami debiut artystyczny niedoświadczonego twórcy, ma w sobie pewien bezkrytycyzm filmowej etiudy dyplomowej, z tym, że owa „świeżość” jest tu chyba elementem dodanym przez grono młodych aktorów, współpracujących z reżyserem nad kształtem scenariusza. Wojcieszek wydaje się świadomie rezygnować z precyzowania pewnych kwestii po to, by film powstał właśnie teraz, by mógł od razu trafić do publiczności nie wytraciwszy po drodze negatywnej energii sprzeciwu (chociaż, przynajmniej w tym momencie, wszystko wskazuje na to, że nie grozi mu dezaktualizacja).

Osią fabularną „Knives Out” jest spotkanie grupy dwudziestoparolatków, którzy nie widzieli się od czasu zakończenia liceum. Młodzi ludzie imprezują razem w domku letniskowym nad jeziorem. Tych kilka lat dzielących ich od matury wyostrzyło różnice światopoglądowe, które co chwilę dają o sobie znać podczas zakrapianych alkoholem dyskusji. Mamy więc zawodowo sfrustrowanych ksenofobów z małego miasta, aroganckich dorobkiewiczów i parę liberalnych intelektualistek-lesbijek. Do tego towarzystwa dołącza imigrantka z Ukrainy, koleżanka z pracy jednego z bohaterów (Igora, granego przez Kacpra Sasina). Postaci zostały celowo przerysowane, funkcjonują w filmie na prawach „typów” – groteskowego uosobienia cech i postaw, z którymi najczęściej konfrontujemy się na internetowych forach, z tą różnicą, że na ekranie nienawistne słowa nabierają fizycznego wymiaru – jako widownia nie możemy ich „przescrollować”, „unlike’ować”, „ukryć” czy „zgłosić” – wykrzyczane lub skandowane wypełniają niemal całą materię filmu, przyćmiewając właściwie drugorzędną warstwę wizualną. Wojcieszek, zawsze eksperymentujący z formą filmową, tym razem zdecydował się na monochromatyczne, momentami niedoświetlone zdjęcia o „ciasnym” formacie 1:1. Stwarzają wrażenie nieco niechlujnych i „nachalnych”, a w chwilach największego napięcia twarze bohaterów wypełniają cały kadr. Od tej dokumentalnej, dusznej konwencji twórca odchodzi wyłącznie parę razy, „dotleniając” przestrzeń muzyką i decydując się na teledyskowe, zwolnione zdjęcia, na przykład w scenach tańca czy kąpieli w jeziorze.

Film Wojcieszka nie jest wyłącznie naświetleniem zagrożenia, wynikającego z poglądów nacjonalistycznych. W „Knives Out” obrywa się wszystkim, przede wszystkim za brak stanowczej reakcji, konformizm, łatwe uleganie argumentowi siły. Trudno ocenić, czy bardziej przerażający jest tu nabuzowany osiłek Hubert („W pięć minut udowodnię, że jesteś aideologiczną, wynarodowioną szmatą”), czy też poglądowa ignorantka, nie opowiadająca się po żadnej ze stron („Mam potwierdzony medycznie absolutny brak empatii”). Bohaterowie dyskutują o polityce, ale tematem nadrzędnym jest polskość, odmieniana przez wszystkie przypadki. Karą za niepoddanie się narodowym rytuałom (jak na przykład modlitwie za ofiary katastrofy smoleńskiej) jest w filmie groźba wykluczenia z grupy („jeszcze was toleruję”, „nie każ mi kwestionować twojej polskości”). Poza tym schematem od początku pozostaje Solomija – archetypiczny Inny i zarazem kozioł ofiarny, który staje się pretekstem do wygrania iście kolonialnej wyższości, maczyzmu, ksenofobii i najbardziej plemiennych instynktów.

Zarazem bezbłędnie demaskuje Wojcieszek homoerotyczny aspekt męsko-narodowych rytuałów. Jest w filmie interesująca scena, w której Hubert i Igor pojedynkują się ze sobą, by za chwilę paść sobie w ramiona i wspólnie ulec fanatycznej ekstazie. Kamera szamocze się, dotyka wręcz ich ciał, a widz musi uczestniczyć w tym dziwnym tańcu, w naprzemiennej eskalacji siły i miękkości braterskich okrzyków i gestów. Zapasy w każdej chwili zmienić się mogą w agresywną i brzemienną w skutkach walkę, bo z pokazu brutalnej, pierwotnej męskości nie sposób wywnioskować, czy bohaterowie jeszcze przestrzegają reguł, czy już przekroczyli „grę” i łypią na siebie nienawistnym wzrokiem. Ta scena świetnie podsumowuje zarazem stosunek Wojcieszka do patriarchalnego modelu polskości: albo model ów osuwa się nieświadomie w groteskę, w której homospołeczna tęsknota spotyka się ramię w ramię z maczyzmem, i tym samym zostaje wydrwiony, albo przeradza się w zwierzęcą niemalże furię, nad którą nikt nie może już zapanować. Zdaniem reżysera jako społeczeństwo jesteśmy o krok od tej drugiej, chociaż wciąż mierzymy się w parterze „na gołe klaty”.

Celem „Knives out” wydaje się sportretowanie szczególnego pokolenia Polaków, którzy urodzili się w okresie okołotransformacyjnym, wzrośli na neoliberalnych sloganach o self-made manie i na doktrynie, że sukces zależy wyłącznie od nich samych. Jednym się udało, drugim nie. Ci pierwsi boją się o swój stan posiadania, drudzy na każdym kroku szukają ujścia dla frustracji, oskarżając innych o swoją porażkę. Wojcieszek przystawia nam lustro, w którym odbija się współczesna Polska i nie jest to obraz wąsatego „Janusza” (typ ten reprezentował w twórczości reżysera choćby wuj Marian z „Głośniej od bomb”), ale tych, którzy uważają się za „najlepsze pokolenie”, pierwsze po przełomie, nieskrępowane, wolne. Ten slogan – „jesteśmy najlepszym pokoleniem!” – wykrzykiwany przez wszystkich bohaterów powraca jak złowieszcza mantra przez cały film.

Reżyser nie szuka jednak odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że pokolenie III RP sprzeniewierzyło się kontrkulturowym ideałom rodziców. Podobnie jak Michał Marczak w filmie „Wszystkie nieprzespane noce” stara się raczej portretować interesującą go zbiorowość. Diagnoza jest tu jednak skrajnie odmienna. O ile film Marczaka ukazuje ludzi pozbawionych wyraźnego życiowego celu, snujących się bezwładnie po ulicach Warszawy w poszukiwaniu kolejnych wrażeń, o tyle dla bohaterów „Knives Out” liczy się przede wszystkim status społeczny. Tworzy to równocześnie ciekawy kontekst dla całego polskiego kina o inteligenckiej proweniencji. Melancholijna kontemplacja i snucie się po powierzchni życia, od imprezy do imprezy, o których opowiada nam Marczak, zderzona zostaje przez Wojcieszka z nowym typem człowieka: radykalnym zaprzeczeniem inteligenta, który przede wszystkim działa i odczuwa, znacznie rzadziej zaś poddaje swoje czyny refleksji. Jeśli Marczak stworzył manifest pokolenia hipsterów, jak zostało to ogłoszone przez krytyków i producentów, to Wojcieszek odpowiada mu raczej portretem „[beep] generation”, jak zatytułował swoją książkę młody polski poeta Tomek Bąk. Na przeciwnym biegunie do lunatycznego dryfu leży bowiem bezsensowna przemoc i wulgarny „wkurw”, po którym zostają w przekazach medialnych tylko wykropkowane miejsca. Plemienna patologia, jaką tworzy przed nami reżyser, podąża więc śladami filmów diagnozujących stan polskiej duszy (Smarzowski, Koterski), ale nie zabezpiecza jej już żaden kulturalny (śmieszny ani tragiczny) podmiot, nie ma miejsca ani czasu na refleksję, a nawet gdy te się odnajdują, sama refleksja okazuje się wyjątkowo płytka i złożona jakby z przypadkowych zdań. Nikt tu nie zadaje sobie pytania o właściwość przyjętej argumentacji, a wszelkie dyskusje kończą się na kilkuzdaniowej wymianie tez bez pokrycia, które ustępują ostatecznie przed argumentem autorytarnej siły. Zamknięci wraz z bohaterami w letniskowym domku, z gęstymi lasami i jeziorem dookoła, coraz bardziej czujemy, jak duszne od emocji i zarazem pozbawione refleksji będzie to spotkanie, które od protekcjonalnych gestów przyjaźni przejść musi do eskalacji przemocy.

Jest zarazem w tych bohaterach, zwłaszcza w nacjonalistycznym, zakompleksionym Hubercie, jakieś echo Bogusia z „Made in Poland”. Różnica polega na tym, że o hasło „Fuck off” wytatuowane na czole tego drugiego moralny bój rodem z „Czarodziejskiej góry” toczyli dorośli – ksiądz i nauczyciel. Tutaj bohaterowie są pozostawieni sami sobie, na tyle „dojrzali”, by nikt nie zaglądał im w głowy, ale też nie brał odpowiedzialności (politycznej i etycznej) za głoszone przez nich poglądy. Wzrastali w poczuciu sukcesu, a nietzscheańska z gruntu wola mocy utwierdziła ich w przekonaniu, że są (a przynajmniej być powinni) królami życia. W ten sposób na potransformacyjnym podglebiu kontrkulturowy, zagubiony i zdecydowanie nadaktywny Boguś z Legnicy zmienił się w małomiasteczkowego faszystę Huberta, a jego słuszny gniew przeszedł w ksenofobiczną nienawiść.

Pozostaje pytanie, czy film Wojcieszka wnosi coś prócz wyraźnego sprzeciwu. Czy idzie za nim jakakolwiek wartość dodatnia, czy też bazuje on wyłącznie na negatywnych emocjach, kumulując je u odbiorcy? Momentami próbuje reżyser rozładować wszystko komizmem, na przykład w niezapomnianej odzie do grilla, w której z Huberta wychodzi romantyczny lub sentymentalny wręcz Sarmata, zachwycający się zapachem grillowanej golonki, urastającej do symbolu polskiej idylli. Ale nawet to zostanie przełamane, gdy rozpędzony w monologu wyzna, że jego miłość do ojczyzny jest trwalsza i głębsza niż miłość do jego własnej żony. Śmiech widowni natychmiast zostaje zduszony szybkim ujęciem twarzy kobiety, a atmosfera znowu gęstnieje. Obrał sobie Wojcieszek za wzór niezależności twórczej Jacka Podsiadłę, poetę z kręgu „bruLionu”, który na wiele lat „wyłączył się” ze środowiskowej celebry. To decyzja ciekawa, ale zarazem w pewnym sensie problematyczna. Uchodził bowiem Podsiadło w pewnych kręgach za wzór spóźnionego nonkonformisty, który starzał się ze swoim buntem na pokaz, by wreszcie wrócić w blasku i chwale do głównego nurtu po należne mu laury. Remedium na kontrkulturową pozę poety było poświęcenie się rodzinie, co pozwoliło mu – jak sam twierdzi – w spokoju i na osobności tworzyć dalej. Tymczasem Wojcieszek chce, przynajmniej na razie, pozostawać w oku cyklonu, trzymać rękę na pulsie, równocześnie balansując na bardzo cienkiej linie między kreatywnym i krytycznym gniewem a zwyczajnym zgorzknieniem. Na razie udaje mu się utrzymać równowagę, co – na szczęście dla widzów, ale i dla polskiego kina, któremu wciąż brakuje takich interwencyjnych gestów – skutkuje nie tylko ważnym, ale też w gruncie rzeczy całkiem udanym dziełem.


„Knives Out”. Reż. Przemysław Wojcieszek. Polska 2016

Dodaj komentarz