Andrzej Szpindler | W awangardzie straconego czasu (Paweł Mościcki, „My też mamy już przeszłość”

Zanim się obejrzymy, obchodzić będziemy pięćdziesiątą rocznicę wydarzeń 68. roku. Polski marzec i paryski maj różnią się jak dwie odległe planety. Mimo to żyjemy obecnie w orbicie przemian obyczajowych, którym sekundowała rewolta dzielnicy łacińskiej. Na łonie kultury obowiązuje dominanta luzu, a postępujące luzowanie coraz zamaszyściej wkracza w eter. Już nawet publiczne twarze konserwatyzmu lubią uchodzić za niegrzeczne.

Ach, ten nasz luz! Dla niego się wybałuszamy. A jak on świetnie wypada w roli utrzymanka pozorów, tak my kupimy każdą utrzymującą pozory jutrzenkę, byleby była wciągająca. Jak ego lub noc.

Trudno ukryć: upodmiotowienie życia społecznego, które wnosił 68. rok, najczęściej grzęźnie na poziomie triumfatorskiego Ja i nie owocuje dialogiem, o który wtedy szło. Warto przeniknąć atmosferę ówczesnego fermentu i wydobyć generującą go myśl, a okaże się, że ta rozpuszcza się w objawieniach ulotnych, ale bardziej dojmujących, niż hasła na murach.

Owo świtanie zachodzące w czaszkowych ścianach to w dużej mierze sprawka Guy Deborda i jego Międzynarodówki Sytuacjonistycznej. I właśnie o subtelnościach sytuacjonistycznego myślenia, które studentów przyprawiło o podpalanie samochodów, traktuje książka młodego polskiego filozofa, Pawła Mościckiego.

Ale zanim przejdziemy do lektury: soundtrack! Wytłuśćmy, proszę, zapętlając i miksując człony: młodego -la-la-, polskiego -la-la-, filozofa -la. Kiedy już brzmienie wyrazów dosięgnie naszych uszu od środka, zagłębmy się w tym, co przyniesie iskrzenie ich prastarych sensów (ciemno, głucho – będzie, będzie).

„My też mamy już przeszłość” omija sławę, wiry i trąby, całą majową zawieruchę, krąży wokół myślowych odczynników (równie awangardowych dla nas, jak wobec maja), „wynalazków” potajemnie wprowadzanych w organizm społeczny przez Deborda, a więc: „sytuacji konstruowanych”, uwalniania „jednostek atmosfery”, pieszej psychogeografii, czyli mowy stóp, oraz zabiegów prowadzących do utożsamienia się z samym czasem lub zatapiania się w nim, rozwalania jak we wnętrzu zero-osobowego samochodu, żeby podziwiać jego przestronność.

O czym rozmyśla studencka brać w sekwencji poprzedzającej palenie samochodów? Może: to nic, że rozkwasimy się na masce wyruszającej poza wzajemność, tylko uproszczeń żal, szkoda tych naszych uproszczeń, do których dojrzewaliśmy przez wieki, jakoś dziwnie niecodziennie wyglądamy rozpłaszczeni wszyscy razem.

Sytuacjoniści przewidywali, że świat strawi „choroba psychiczna, która nazywa się banalizacja”. Na ich oczach postęp alienacji przyspieszał do tego stopnia, że dwie gałki oczne mogły już zaraz po posłaniu spojrzenia nie poznać, że jednej głowie przyświecają. Należało nieustannie podżegać wewnętrznego szelmę i rzezimieszka, nieustannie zaczepiać i zawadiacko pytać się przemijania: a co robisz teraz?, żeby, uprzedzając odpowiedź, chwytać i skradać historyczną perspektywę chwili bieżącej. Wykrawać w czasie wolną przestrzeń i zaludniać ją własną rolą, stwarzać sytuacje. Wykroić w czasie kostium i schowek: akurat taki kawałek, akurat tyle przestrzeni, ile wymaga życie, jego diabelski szyk i stwarzanie sytuacji. Zamiast na Saturnie, odkryć powietrze w środku czasu i zmieszać je swoim lotem.

Debord znany jest z czarnowidztwa, na jego „Społeczeństwie spektaklu” ciąży łatka projektu negatywnego. „My też mamy już przeszłość” odsłania zaszyte w tej myśli światło. A emituje je chociażby strefa bezcłowa odkryta w praktyce zapośredniczenia.

Pierwsza książka Deborda („Memoires”) składa się z samym cytatów i plam, przy czym opowiada o kompletnej integralności jednego życia, gdzie życie opowiada o sobie, a życie to cały Debord (choć mamy do czynienia z młodzieńczą książką). XVIII-wieczni, zbuntowani, agitujący robotnicy, jako że budzili zdumienie, nazywani byli kabalarzami, więc mistrzami intrygi. Podobną postać przyjmuje Debord. Czytając rozpłaszczające się na sobie nawarstwienia żyć, podtrzymuje napięcie ich uchylonej zagadki i odwraca obraz, w który się wlepiają. Pokazuje ekran, na którym porzucamy nasze cienie i zamieniamy się z nimi rolami. Od podszewki uwydatnia to, jak, podkręcając decybele pozornego obcowania i roztkliwiającej fajności, ofiarowujemy „ciemnemu świecidłu” swój wspólny los. Debord wyraża się poprzez lekturę. Dowodzi, że podkład tego obrazu, z którym się zlewamy, pozwalając się mu prześwietlić, zawiązuje się wraz z zagęszczeniem bezwolnych form istnienia, a prowadzi do zaklęcia czasu w „pseudocyklicznych trybach”. Rolowany w popelinie dzień odnajdzie się tylko tam, gdzie spotka się z dopaminą.

Sytuacjonizm próbuje odzyskać czas nieodwracalny, znajduje go w czasie straconym. W książce Mościckiego przyglądamy się filmom Deborda, w których odkładają się ściegi wyzwolonego bytowania, szwy biegnące bocznymi uliczkami, spotykające przyjaciół w kostiumie, który jest całością miasta, przerabianą i braną tak, jak tylko dusza zapragnie. W arterie wplątują się żyły i promile, nie szlachtują się, nie dzielą się przez siebie nawzajem, lecz w zespoleniu gotują do trwania przesyconego świadomością. Tam, gdzie przyjaciele próżnują razem, widać prawdziwą przyszłość, a nie tę, która nastąpi i niechybnie nas rozerwie. Uwznioślając godność tajemnej chwili, sytuacjoniści nicowali gwiazdorstwo wciągające w twarz, za którą kryje się tylko twarz.

Kiedy debordowski gang zaszywa się w zgubionym charakterze Paryża, na amerykańskiej mapie kultury wybrzusza się zjawisko sztuki konceptualnej, jej środkiem wyrazu staje się informacja przekazywana przez bezosobowe multiple. Nie bez powodu akurat wtedy pisarstwo Thomasa Pynchona zaczyna kamuflować nadciągający niechybnie wybuch w intrygach napędzanych informacyjnym szumem i entropią.

Konceptualiści lubili uchodzić za niegrzecznych, dematerializując sztukę, zrzucali z siebie skorupę ziemską, fizyczność wyrolowaną, bo niechcący pokumaną z zagęszczaniem się szału zakupowego, który nasącza najobszerniejszy organ ludzkiego ciała – skórę (Twój lont!); dygotali dokądś, gdzie uprzedzająca ich myśl zostaje sama, bierze kąpiel i woła Eurekę, żeby razem z nią urastać. Konceptualiści, którzy lubili uchodzić za niegrzecznych, wkładali często do galerii mapy, kombinowali z nimi na boku.

Wykpiwał to Anastazy Wiśniewski – twórca koncepcji sztuki po-współczesnej (w myśl której: „WSZYSTKO JEST SZTUKĄ / OPRÓCZ TEGO, CO  / JUŻ JEST / WSZYSCY SĄ ARTYSTAMI / OPRÓCZ TYCH, KTÓRZY JUŻ SĄ” ) – przy pomocy mapy konturowej przedstawił cały Glob (m.in. w czasopiśmie „Poezja”) jako własne dzieło sztuki („D’ANASTAZY WIŚNIEWSKI OBJET D’ART”). Daleko później, analogicznie, mocą przerobową swoich awanturniczych wypraw, niczym piorunem-składakiem, zabłysnął Janek Simon. Ale wcześniej z mapami pogrywali sytuacjoniści, ujawniając, jakimi mapowe szkieletory są nośnikami rozkoszy dla wyobraźni. I też z ich pomocą miotali wielkościami czasu, kupażowali podziemne trasy i dzieje. Instalowali w paryskim metrze przejście do dawnej, przeterminowanej wizji całości Ziemi.

Łotrzykowskie czarowanie przemijalności odznacza się już w doborze formuł wyrazu, pożenionym z ciemnością, w której wykluwa się odbiór (zanim wyleci sobie z orbit i rozkwasi się na masce). Niektórzy uważają, że pierwszym dziełem filmowym („Wyciem na cześć Sade’a”) Debord osiągnął w kinie ekstremum, odpowiadające temu, jakie dla sztuk plastycznych zarysował swoim malarstwem Malewicz. Kiedy widz słyszy ścieżkę dźwiękową, ekran mieni się na biało. Kiedy zapada cisza, panuje ciemność, a odbiorcy pozostaje spotkać się z nią i jej dorównać (wszędzie, wszędzie – co to, co to).

Tytułem ostatniego filmu twórcy „Krytyki oddzielenia” jest palindrom: „In girum imus nocte et consumimur igni” (krążymy pośród nocy i trawi nas ogień).

Obrazowi przyświeca maksyma, wedle której „czas to woda” (Debord twierdził, że zawsze podziwiał upływ czasu, jak inni lgną do ogromnych zbiorników wodnych). Otwiera go zdjęcie ujmujące widownię wpatrzoną w pusty ekran podczas seansu „Wycia na cześć Sade’a”. Określa się w pewnym momencie w słowach:

Oto przykład filmu mówiącego prawdę na temat obrazów, które same w sobie nie mają żadnej wartości lub są po prostu fałszywe; film gardzący tym prochem obrazów, z którego się składa. Nie zamierzam niczego ocalić z języka tej przestarzałej sztuki oprócz, być może, przeciwujęcia jedynego świata, na który spoglądała, oraz travellingu po przemijających ideach pewnego czasu. Tak, pochlebiam sobie, że tworzę film z byle czego; i uważam za rzecz zabawną, że skarżą się na to ci, którzy pozwolili, by z całego ich życia uczyniono byle co (Debord 2007a: 135; cyt. za: Mościcki 2015: 142).

Kończy się wraz z planszą przedstawiającą napis: „Przejrzeć od początku”, oraz wyznaniem: „Wpłynięcie pewnej epoki w mroźne wody historii nie uśmierzyło, muszę przyznać, żadnej z tych namiętności, których dałem tak piękne i smutne świadectwa” (Debord 2007a: 171; cyt. za: Mościcki 2015: 140).

Mościcki odnawia szlak przebyty przez charyzmat, który spełniał się w „pasji znikania”, żeby w końcu stać się naszym przeoczeniem. Nadal tkwimy głowami w siurrealizmie („Rejs” nigdy nie przestaje się przypominać?), potrafimy wszędzie się go dopatrzyć, zawierzamy wierutnym śmiechom, a nie dostrzegamy, że po siurrealizmie następuje sytuacjonizm i daje sposobność dla zrównania losu z bezwzględną swobodą (dajmy na to: aktorstwo Maklakiewicza!). Sytuacjoniści przekroczyli artystyczność, politykę, opuścili „społeczeństwo spektaklu”. Wyzwolili we wzajemnym obcowaniu zawartą w sztuce potencjalność, możliwość niemożliwego. Strategicznie przemienili bimbanie w zachwycającą przygodę. Głosili, że przyszłe piękno będzie sytuacyjne.

„Tymczasem masy skoszarowane w instytucjach oświatowych nie chciały być bierne, nie chciały, by następne rozdziały historii były pisane przez prymusów” (Magala 1988: 26) – tak Sławomir Magala (badacz „statusosfery”) pisał o luzie pociągającym na barykady „zaparkowanych” w kampusach studentów. A tak pisał Sławomir Magala o efektach pojawiania się na murach haseł takich jak „cała władza w ręce wyobraźni!” i ogólnym delayu po wydarzeniach 68 roku:

Nie była to kapitulacja: wycofano się do kultury, do kontrkultury. Jeżeli nie uda się zmienić świata, utrwalmy choćby to nasze zbiorowe przeżycie, zakodujmy nasze przesłanie w kulturze. Kodowano więc zawzięcie. Kontrkultura została zakodowana, a jej wpływ na nasze życie codzienne odkrywamy w tej chwili zdumiewająco często, równie często okazuje się celny i potrzebny. W połowie lat siedemdziesiątych łysiejące, brzuchate postacie ekspertów pojawiały się na ekranach telewizorów i z politowaniem kiwały głowami – «dzieci Marksa i coca-coli» – mówili pobłażliwie. Sądzę, że nadal kiwają i dzisiaj, gdy na rockowisku w Jarocinie pojawia się grupa rockowa o nazwie «Dzieci Kapitana Klossa», najwspanialsza chyba zemsta semantyczna młodego pokolenia nad machiną produkcyjną polskiej telewizji lat siedemdziesiątych (pojawiła się z zaburzeniami fonii: wszystkie teksty piosenek śpiewane były jako «la-la-la» – trudno przypuścić, że ci sami ludzie, którzy wymyślili taki tytuł, nie chcieli więcej powiedzieć swoimi piosenkami) (Magala 1988: 25).

Ale zanim na luzie brzuchate „la-la-la” zrobi jutrzence przyjemność i przysłoni noc, zapładniając wyobraźnię sobolaliami… Kiedy w sztuce rozplenia się konceptualizm, a we Francji zaczyna pracować Ministerstwo do spraw Jakości Życia, na przełomie 70. i 71. roku Międzynarodówka Sytuacjonistyczna zostaje rozwiązana, żeby uniknąć kserowania jej postaw i żeby kierować myślą z ukrycia, zza kółka zero-osobowego auta, zgłębiać duszyczki czy potencje „zagubionych dzieci” (określenie to pochodzi z żargonu militarnego, a odnosi się do żołnierzy pozostających na terenie wroga).

W „Krytyce oddzielenia” Deborda słyszymy:

Wszystko, co dotyczy sfery straty – to znaczy zarówno to, co sam utraciłem, miniony czas; jak również zanik, ucieczka; a mówiąc jeszcze bardziej ogólnie, przemijanie rzeczy czy nawet, w społecznie dominującym, a więc w najbardziej wulgarnym znaczeniu wykorzystywania czasu, to, co bywa określane czasem straconym – łączy się w zadziwiający sposób w dawnym militarnym określeniu «zagubione dzieci», z odkrywaniem, eksploracją nieznanego terenu; ze wszystkimi rodzajami poszukiwań, przygody awangardy. To właśnie na tym rozstaju odnaleźliśmy się i zagubiliśmy (Debord 2007b: 46; cyt. za: Mościcki 2015: 176).

Podobno – choć nic na to nie wskazuje – w czyśćcu chlupoczą dwa strumienie, rzeka zapomnienia i rzeka życzliwości, i tylko przy zanurzeniu w dwóch nurtach jednocześnie osiąga się miksturę odpowiednią na wszystek teraz. Więc chlup! I – oby! – tak dalej.

W „In girum imus nocte et consumimur igni”: „Czymże jest pismo? Strażnikiem historii… Czym jest człowiek? Niewolnikiem śmierci, przechodzącym wędrowcem, gościem jednego miejsca… Czym jest przyjaźń? Równością przyjaciół” (Debord 2007a: 149–150; cyt. za: Mościcki 2015: 173).

„My też mamy już przeszłość” może służyć jako poradnik, pokazuje, jak się zanurzyć i wyswabadzać z pomocą nieobliczalnych nurtów. Młody polski filozof uwypukla pożytek płynący z eteryczności. Analizuje właściwości dryfu (gubienia się we własnym mieście), przechwytywania (mutowania wyimków w duchu nowej całości), historii śledzonej od środka jako ciągłość krzyżowego ognia, nakręcana (do robienia na wczoraj) nocą, kiedy wszyscy śpimy. Aby chwilowy ruch nicponi opisał nas doszczętnie.

P. Mościcki: „My też mamy już przeszłość. Guy Debord i historia jako pole bitwy”. Fundacja Bęc Zmiana. Warszawa 2015.


LITERATURA:

G. Debord: „In girum imus nocte et consumimur igni”. W tegoż: „Dzieła filmowe”. Przeł. M. Kwaterko. Wydawnictwo Ha!art. Kraków 2007a.

G. Debord: „Krytyka oddzielenia”. W tegoż: „Dzieła filmowe”. Przeł. M. Kwaterko. Wydawnictwo Ha!art. Kraków 2007b.

S. Magala: „Historia najnowsza kontestacji”. „Odra” 1988, nr 3.

Dodaj komentarz