Anna Szudek | Wrzeszczące dziewczyny (Savages, „Adore Life”)

Savages nie pozwolą się przekrzyczeć, a dowodem na to jest ich druga, wydana właśnie płyta, zatytułowana „Adore Life”.

Muzyka_Anna Szudek [zdjęcie 1]

Fot. Kevin Cummins, źródło: Getty Images

Można śmiało powiedzieć, że rok 2015 upłynął pod znakiem muzyki tworzonej przez kobiety. Miało w nim miejsce zarówno wiele ciekawych i śmiałych debiutów, jak i parę naprawdę udanych powrotów. Wystarczy wymienić pierwszą od pięciu lat płytę Joanny Newsom, królującą w podsumowaniach roku „Have You In My Wilderness” Julii Holter, wywołującą skrajne reakcje „Art Angels” Grimes czy wreszcie przełomową i nowatorską dla wielu „Platform” Holly Herndon.

Kobiety wyraźnie zaznaczyły swoją obecność również w muzyce gitarowej, i to w obrębie różnorodnych jej odmian. Na szczególną uwagę zasługuje tu Chelsea Wolfe. Płyta pod tytułem „Abyss” z jednej strony umocniła jej pozycję jako artystki charakterystycznej, tworzącej muzykę z pogranicza gotyckiego rocka, industrialu i darkwave’u, z drugiej zaś przyniosła jej uznanie ze strony fanów metalu. W pokrewnej estetyce sporo zamieszania wywołał wydany przez wytwórnię Relapse Records debiut Amalie Bruun, Dunki szerzej znanej pod pseudonimem Myrkur, której styl w przystępny sposób łączy w sobie elementy black metalu, nordyckiej muzyki folkowej i pieśni chóralnych.

Ciepło przyjęto płyty nagrane przez artystki wykonujące szeroko pojętego rocka. Spory entuzjazm wywołał zwłaszcza powrót Sleater-Kinney, jednego z najbardziej docenionych kobiecych składów z lat dziewięćdziesiątych. Ducha tej epoki w bezpretensjonalny sposób przywołała również płyta „Sometimes I Sit And Think, And Sometimes I Just Sit” zamieszkałej w Australii Courtney Barnett, która w swojej muzyce odwołuje się do kojarzącego się z Pavement indie. Nieco mniej zauważone, ale równie wyraziste albumy nagrały LoneLady (na „Hinterland” jednoznacznie nawiązująca do twórczości zespołów wydawanych przez brytyjską wytwórnię Factory Records, takich jak New Order czy A Certain Ratio) oraz Jenny Lee Lindberg z grupy Warpaint, której solowy debiut „Right On!” ukazał się pod koniec roku, 11 grudnia.

Sukcesom wydawniczym kolejnych artystek wtórowały zapowiedzi budzące oczekiwania, że najlepsze ma dopiero nadejść. W sierpniu na YouTube pojawił się zwiastun wówczas niezatytułowanej jeszcze płyty Savages. Zmieniającym się w zawrotnym tempie kadrom towarzyszył komentarz Henry’ego Rollinsa, odczytującego fragment biografii Josephine Baker autorstwa Phyllis Rose. „Zwierzęca strona ludzkiej natury nie była mroczna, udręczona ani dzika” – mówił lektor, wyraźnie akcentując słowa (przymiotnik „savage” tłumaczy się na polski jako „dziki”). „Sama w sobie była dobra, pełna życia, nie tyle zmysłowa, co atrakcyjna, a przede wszystkim – dowcipna”. Współpraca Henry’ego Rollinsa z dziewczynami z Savages nie miała jednak charakteru marketingowego. Były wokalista Black Flag wyrażał się o nich z uznaniem jeszcze w 2014 roku, chwaląc ich pierwszy album, zatytułowany „Silence Yourself”.

Wydany w 2013 roku debiut zespołu łączył punkową żywiołowość z gotycko-rockową nastrojowością, a melodyjne gitarowe wstawki z wybuchami nieposkromionego hałasu. Określany mianem post-punkowego demonstrował tak naprawdę, jak wiele można osiągnąć przy pomocy podstawowych środków, jeżeli czerpie się z różnorodnych gatunków i potrafi zespolić je w jasną i klarowną wizję. Doskonale słychać to w utworach takich jak „Strife” czy „Waiting For A Sign”, w których powolna, zainspirowana blues rockiem sekcja rytmiczna przywodzi na myśl duszny klimat twórczości Rowlanda S. Howarda. Jeszcze większe wrażenie robi „Marshal Dear” – utwór końcowy, oparty na pomruku klawiszy i jazzowej partii saksofonu. Umiejscowione w tym kontekście odniesienia do filmów Johna Cassavetesa („Husbands”, „Opening Night”) do dziś stanowią o wizerunku „Silence Yourself” jako dzieła przepełnionego twórczą energią i artystyczną swobodą. Z tego punktu widzenia hasło tytułowe (pol. „ucisz się”, „wycisz się”) było w równym stopniu rozkazem, co gestem oznajmującym, kto od tej pory przejmuje inicjatywę. Albo – w nieco innym ujęciu – zachętą do wyciszenia się, jak gdyby zawierała się w nim dorozumiana wskazówka: „to wyjdzie ci na dobre”. W wezwaniu tym było miejsce zarówno na stanowczość, jak i na kruchość, tak charakterystyczne dla mocnego, ale i łamiącego się głosu charyzmatycznej wokalistki grupy, Jehnny Beth.

Podobne połączenie słabości i siły stało się znakiem rozpoznawczym Henry’ego Rollinsa, który z przewodzącego zespołowi Black Flag punkowca zamienił się w jedynego w swoim rodzaju stand-upowego mówcę motywacyjnego, a w muzyce wydawanej z Rollins Band w bezpośredni sposób podejmował wątki zwątpienia w siebie i niskiego poczucia własnej wartości. Savages, jak niegdyś Rollins, zdają się toczyć w swojej twórczości ciągłą walkę z niepewnością i lękiem („Jestem tu, nie bój się już” – śpiewa Jehnny w „I Am Here”). A niewątpliwą wartością ich muzyki jest to, że przy jej pomocy udaje im się te uczucia przezwyciężyć, o czym świadczy wydana w styczniu druga płyta zespołu, „Adore Life”.

Praca nad „Adore Life” trwała dwa lata – w tym czasie Savages równocześnie pisały kawałki i grały koncerty, wypróbowując nowe kompozycje na żywo i sprawdzając ich odbiór wśród fanów. W wyniku interakcji z publicznością powstała płyta dynamiczna, zniuansowana i pełna napięcia. Jej tytuł, tym razem nakazujący uwielbienie życia, ponownie znalazł odzwierciedlenie w muzyce, sięgającej do różnorodnych źródeł i doświadczeń. W opublikowanym po premierze wywiadzie dziewczyny ujawniły, jakich wykonawców słuchają na co dzień, przywołując cały szereg nazwisk z rozmaitych epok i gatunków, od Steve’a Reicha, przez „A Love Supreme” Johna Coltrane’a, „Richard D. James Album” Aphexa Twina, aż po najnowsze płyty Run The Jewels i wspomnianej na początku Chelsea Wolfe. Tworzeniu „Adore Life” towarzyszyły poza tym nowe dla Savages koncepcje, pełniące funkcję swego rodzaju założeń metodologicznych – o tyle ciekawych, że rygorystycznych. Wokalistka Jehnny Beth wyraziła fascynację słowami Michaela Giry z grupy Swans, który oświadczył kiedyś, że pragnie, by muzyka przez niego nagrywana wydawała mu się konieczna. Gemma Thompson, gitarzystka zespołu, powoływała się natomiast na estońskiego kompozytora, Arvo Pärta, który – jak mówi anegdota – przez dziesięć lat nie słuchał ani nie wykonywał muzyki, aby po okresie spędzonym w zupełnej ciszy lepiej ją zrozumieć i docenić.

Mając w pamięci te uwagi, łatwiej dostrzec, jak niebagatelną rolę grają na „Adore Life” fragmenty wyciszone – na przykład w singlowym „Adore”, gdzie przez chwilę wybrzmiewa tylko gitara basowa, a pozostałe dźwięki milkną. Wysunięcie basu na pierwszy plan kojarzy się z „To Bring You My Love”, być może najszerzej znaną płytą PJ Harvey, której wyrazistość brała się z minimalizmu o bluesowych korzeniach. W pozostałych utworach tempo sekcji rytmicznej pozwala jednak doszukiwać się innych wpływów: w „Slowing Down The World” przypomina brzmienie dowodzonej przez Johna Lydona, post-punkowej grupy Public Image Ltd., a w „Evil” rozpędza się w stylu przywodzącym na myśl dance punk. Savages czerpią z dorobku muzyki gitarowej garściami, ale nie łapczywie. Rozważnie stawiają akcenty, nagradzając słuchacza za ciekawość i uwagę, które zdają się ich najistotniejszą twórczą inspiracją. To te cechy sprawiają, że wspomniana w tytule deklaracja afirmacyjnej postawy wobec życia brzmi przekonująco, podobnie jak wyrażające się w tekstach niezależność („Evil”), potrzeba nowych doświadczeń („I Need Something New”) czy pogodzenie ze sobą („Sad Person”).

„Adore Life” to płyta, która ujmuje odbiorcę otwartością i śmiałością przejawiającymi się na wszystkich istotnych poziomach: kompozycji, instrumentarium, stylu wokalnego i wreszcie – tekstów. Jednocześnie odznacza się jednak dyscypliną formalną, polegającą na umiejętnym dysponowaniu poszczególnymi środkami wyrazu, zwłaszcza hałasem i ciszą. I chociaż rok 2016 zapowiada się dla muzyki gitarowej tworzonej przez kobiety naprawdę obiecująco (o czym świadczy szczególnie zainteresowanie mediów powrotem PJ Harvey), to Savages zdążyły już narzucić ton nie tylko swoim koleżankom po fachu, ale i wszystkim wykonawcom szeroko rozumianego rocka. Courtney Love powiedziała kiedyś, że chce, aby każda dziewczyna na świecie wzięła w ręce gitarę i zaczęła się wydzierać. Dziś była liderka Hole musiałaby stwierdzić, że artystki wykonujące muzykę skutecznie stanowią o sobie – zarówno z pomocą mentorów (i mentorek), jak i bez niej.

Savages: „Adore Life”. Matador 2016.

Dodaj komentarz