Archiwa autora: Katarzyna Rupiewicz

Tadeusz Sławek | Umysł sformatowany. Humanistyka i świat techno-biurobiurokracji

1.

Historycy i filozofowie wydają się zgodni: gdzieś na początku XVII wieku świat przeobraża się gwałtownie, a ta zmiana jest niczym kataklizm niwelujący dotychczasową konstrukcję świata. Wolter nie mylił się, wybierając trzęsienie ziemi pustoszące Lizbonę za kanwę swej słynnej powiastki — oto świat, który ludzki wysiłek w harmonijnej współpracy z Boskim Planem wypiętrzył w ład miejski, ekonomiczny i społeczny, rozpadł się w gruzy, uśmiercając dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi. Ale ta eksplozja zniszczenia z 1755 roku to już tylko końcowe wydarzenie, wielki finał procesu, który zaczął się jakieś sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Czytaj dalej

Jerzy Franczak | Mapa bitewna

Krytyka cynicznego rozumu przyniosła portret współczesnego człowieka patrzącego z przymrużeniem oka na wszelkie wiary oraz idee. Najnowsze książki Petera Sloterdijka opisują odwrotność cynizmu: religijną namiętność wykluczania. Mogły one powstać tylko w obrębie radykalnie laickiego sposobu myślenia, w którym transcendencja to po prostu efekt rzutowania w wymiar zaświatów powolności (procesów długiego trwania), prędkości (gwałtownych doznań) oraz funkcji odpornościowych (rytuały służące terapeutycznym celom brane są za symboliczną strukturę świata). Z tej perspektywy religijne spory przypominają konflikt użytkowników prozacu i valium, którzy środek uśmierzający biorą za zespół prawd i zarzucają sobie wzajem herezję. Nie mamy tu jednak do czynienia z naiwnie oświeceniową krytyką; religia nie jest tu objawiana jako świadectwo ułomności natury ludzkiej, lecz jako zjawisko nadwyżkowe, nadmiar energii wznoszących i jednoczących. W tym ujęciu spory teologiczne schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca historii religijnych afektów i technik zarządzania nimi. Czytaj dalej

Adam Andrysek | Fargo po Fargo

Fargo braci Coen to film, którego przedstawiać nie trzeba. Obraz ten, dla wielu kultowy, igrający z konwencjami gatunkowymi i przyzwyczajeniami odbiorczymi widzów, w tym roku zyskał niejako „drugie życie” dzięki serialowi pod tym samym tytułem, wyprodukowanemu na zlecenie stacji FX. Nowe Fargo na tyle interesująco wpisuje się w krajobraz amerykańskich serialowych produkcji ostatnich lat, że warto przyjrzeć mu się bliżej. Czytaj dalej

Piotr Zawojski | Architektura w Wenecji (ale na Biennale)

Kiedy byłem w „delirycznym Nowym Jorku”, nie poruszałem się w nim według wskazówek zawartych w „retroaktywnym manifeście dla Manhattanu”, sformułowanym pod koniec lat 70. przez holenderskiego architekta, urbanistę i teoretyka architektury Rema Koolhaasa. Może to i dobrze, bowiem sam musiałem odnaleźć klucz do tego miasta. Czytaj dalej

Michał Koziołek | Tradycja anarchii. Tymańskiego wybór osobisty

Słuchanie dowolnej płyty przy niedzielnym obiedzie wymaga przestrzegania jednej nienaruszalnej zasady: potencjometry należy ustawić tak, by nie zmuszać biesiadników do przekrzykiwania muzyki. Jeżeli wybranym do posiłku „tłem” jest nowa płyta Rock’n’roll zespołu Tymon & The Transistors, pojawia się problem. Przykazanie to kłóci się bowiem z dogmatem gatunku, który przecież zrodził się z podłączenia gitary do prądu. Czytaj dalej

Michał Bruliński | Cała paleta emocji, czyli Bostridge, Drake i Schubert

Pieśni Schuberta, podobnie jak sonaty fortepianowe Beethovena, nagrywane były już setki razy. Wciąż jednak można w nich odkryć wiele świeżego piękna, jak dowodzi tego znakomity duet Bostridge-Drake. Aż trudno uwierzyć, że płyta Iana Bostridge’a i Juliusa Drake’a, wydana nakładem Wigmore Hall, to zarejestrowany na żywo recital. Gdyby nie frenetyczne oklaski po ostatniej pieśni i dopisek „bis” przy dwóch utworach wieńczących płytę, można by pomyśleć, że jest to bardzo dobrze zrealizowane nagranie studyjne. Niesamowite jest też, że duet prezentuje wykonanie właściwie perfekcyjne: żadnemu z artystów nie przydarzyło się nawet najdrobniejsze omsknięcie. Czytaj dalej

Andrzej Gwóźdź | Przyjeżdżaj i śnij

Po każdych wakacjach powraca to samo pytanie: gdzie się podziały kina? Kilka lat temu przemierzałem Sycylię w poszukiwaniu choćby śladu miejsca, w którym pokazywali lub nadal pokazują filmy, przed rokiem penetrowałem Sardynię, a teraz wypuściłem się nawet do Izraela, by po znojach turystycznych atrakcji zobaczyć i sfotografować to i owo. Bo tak już mam: jednych kręcą self-focie, innych kobiece akty, a mnie kina — kiedy wchodzą mi w kadr, przyprawiają o dreszcz podniecenia. I co? I nic — ani jednego zdjęcia z kinem do domu z tych podróży nie przywiozłem (bo przecież multipleksów fotografować nie będę, a izraelskie Cinema City mam pod domem). Czytaj dalej