Awantura o Stasia

Ojciec autora omawianej poniżej książki — Stanisław Lem — napisał dzieł literackich znacznie więcej od swego syna, od razu klasycznych, mimo że tego początkowo nie wiedział. W tym celu używał maszyny do pisania. Miałem podobną, chociaż oczywiście znacznie podlejszego gatunku i pisarskiego formatu. Wkręcało się na wałek dwie kartki papieru, przedzielone czarną lub fioletową kalką. Najlepiej, najskuteczniej, aby druga kartka, odbijająca, była odpowiednio lekka i cienka, w gramaturze papieru tzw. przebitkowego.

Technologia wkręcania papieru do owego urządzenia była demokratyczna, gdyż identycznym czynnościom sprostać musiał zarówno wyborny pisarz, jak i literacka miernota. W jednej ze znanych mi redakcji czasopisma kulturalnego z minionej epoki grafomanów, stałych prenumeratorów nadziei na drukowanie, rozróżniano już po pierwszym wzrokowym kontakcie z maszynopisem, po odcieniach, jakie pozostawiała kalka. W pewnym sensie wkręcanie papieru mogło zatem wkręcić do pisania. Tomasz Lem wyznał, że i jego — we wczesnym dzieciństwie — wkręcało: „[…] wystukiwałem opowiadania o krulachkrulewnach, na których cześć dobosze uderzali w bębę”. Później już nie wkręcało, przynajmniej do oryginalnego, a nie przekładanego z cudzego pisania, ale od skomponowania biografii ojca się nie wykręcił.

W tym celu spotkał się zapewne z klawiaturą i spojrzał na ekran, który można rozświetlić jednym dotknięciem któregoś z palców środkowych. Od razu mu się rozjaśniło, mimo że tak naprawdę rozjaśniło się dopiero później, kiedy przybyło znaków — jak, nie przymierzając, mrówek na torcie, który Barbara Lem upiekła kiedyś na okoliczność znamienitą. Matka twórcy narracji biograficznej użyła do uporządkowania relacji z mrówkami, to znaczy do ich wygnania, włączonego na cały regulator kuchennego miksera. Było to podczas pomieszkiwania Lemów w mieście Wiedeń, a więc wyrok banicji na insekty wydała osoba sama odbywająca czasowe wygnanie. Z perspektywy wartości dzieła biograficznego ważne jest jednak, że czynu tego dokonała żona pisarza Stanisława — i nic dziwnego, gdyż na niej wielokrotnie spoczywał obowiązek nie tyle nawiązywania, ile rozwiązywania relacji z nieproszonymi gośćmi.

Ale to ledwie dygresja, bo nie ekran Tomaszowego komputera nas intryguje, a wałek Stanisławowej maszyny. Zgodnie ze świadectwem syna: „Ojciec codziennie wstawał około czwartej rano, niekiedy nawet wcześniej”, a więc o bladym świcie. W trakcie przechodzenia od wstawania do wypowiadania pisarzowi chodziły po głowie myśli o pisaniu. Te najgłówniejsze, kluczowe, miały własne głowy — nie życzliwe główki, ale łepetyny pokraczne i nieforemne. Trzeba było wziąć się z takimi myślami za łby i solidnie nimi walnąć o biurko. Wtedy pisanie otwierało się na wszystkie najdalsze gwiazdy i kosmosy. Wałek maszyny był jeszcze czarny, ale już nie ciemny, a jakiś świetlany, i wszystko, co trzeba było powiedzieć, stawało się jasne i niemal niebiańskie.

Ojciec autora Awantury na tle powszechnego ciążenia, literat Stanisław Lem, „[…] wszelkiego rodzaju kronikarsko-pamiętnikarskie zabiegi wokół własnej osoby uważał za zbyteczne […]”. Na pewno doceniłby jednak troski kompozycyjne potomka i zapewne by przyklasnął krojeniu swego nieistniejącego już życia na zwyczajną miarę — tak jakby się jeszcze nie skończyło. Istniejąc w realu, wybrałby jednak krojenie tortu, skórek pomarańczowych, tureckiej chałwy lub marcepanu. I pewno nadal by kupował latawce, kolejki elektryczne z wagonikami, semafory nieduże i lilipucie szyny, a ponadto nie za duże, nie za małe parowe maszyny.

W zapiskach synów lub późnych wnuków zmaganie się z czyimś wybitnym życiem niekiedy rymuje się z wyciem, a najbardziej niewinne wspominki robią za docinki, przypinki albo spinki — koniecznie z kryształu, ładne i czyste do bólu. Z ulgą zatem — i z należytym dla życiorysu Stanisława Lema uznaniem — wypada przyjąć nie tylko nadany mu przez żonę przydomek „opiekuna słodyczy”, ale również skłonności pisarza do noszenia się luźno, w swetrach i spodniach podtrzymywanych staroświecko przez szelki, a nade wszystko ignorowanie plam po masie czekoladowej, musztardzie francuskiej, krymskiej albo oferowanej w Berlinie, po zupach smakowitych i gęstych, soczystych sosach. Zawszeć to bowiem miło, gdy życie klasyka mija na pisaniu i plamieniu co najwyżej przyodziewku, a nie sumienia, które gdy poplamione, już na wieki nie pierwszej, a drugiej moralnej świeżości.

Niewielu pisarskich synów, nie mówiąc o męskich potomkach inżynierów oraz ojców inaczej wykonywanych profesji, bywało obdarzanych projektami wyprzedzających epokę wynalazków, które mogły zmienić bieg historii motoryzacji. Tomaszowi tata „zaprojektował pojazd napędzany psami i kotami (zamiast silnikiem)”. Pomijając nawet to, że „[…] najbardziej zaawansowany model wyposażył w dodatkowego psa i kota biegu wstecznego”, zasłużył się Stanisław Lem jako wizjoner, ale i człek praktyczny, bo zdolny rozwiązać problem wykorzystania siły roboczej kotów i psów, nie w tym celu przecież karmionych, a w uzasadnionych przypadkach dopuszczanych nawet do stołu.

Pamiętając jednakże o uściśleniu, co w przedmiocie biografii Lema odsłonił pamiętnik syna, jak ojcowiznę przypomniał i chętnym przybliżył, trzeba wskazać na znaczenie w życiu pisarza przedmiotów jako takich, a nie wyłącznie wyobrażonych. Oprócz wspominanych już wcześniej zabawek, w tym samochodzików poręcznych, nie należy pomijać również monumentalnego agregatu na prąd tudzież bardziej kameralnego zegara z kukułką, muchy nieodwołalnie sztucznej, baloników doprowadzanych do pisku lub radzieckiego pomysłu zapalniczki na benzynę, odtwarzającej popularną swego czasu piosenkę o tym, że zawsze będzie słońce, że będę ja — i mamy także nie zabraknie.

Kiedy — starszy o dekadę od Tomka Lema — słuchałem przywołanego wyżej utworu w jego brzmieniu oryginalnym, byłem przekonany, że rosyjskie „pust’” oznacza „puść” i stanowi aluzję do tego, że trzeba odpuścić jeżeli nie słońcu, to na pewno mamie i mnie. Mniej nieporozumień łączy mnie ze wspólnotą pamięci o telewizorze marki Rubin, froterce z NRD, a także o płynie do przepierki marki Kokosal. Tego ostatniego używałem, z niełatwą dla otoczenia zawziętością, analogicznie do autora recenzowanej książki, w celach wątpliwie kulinarnych. Przytaczanie opowieści o rzeczach z domostwa Lemów — a nie fragmentów bezsprzecznie intrygującej i po wieki wieków cennej spuścizny literackiej Stanisława L. — wydaje mi się wystarczająco nowatorskie, a przy tym Awantury… Tomasza L. znacząco zyskują na odtwarzaniu stylu zaprzeszłej epoki, w której tak istotne były w trudzie i znoju zdobywane dobra konsumpcyjne.

Pełen solidarności z Tomasza Lema nostalgią za telewizorem marki Rubin, muszę tu jednak dodać akcent polemiczny. Według młodszego Lema ekscytujący magazyn wojskowy „Poligon” ozdabiała „dziarska piosenka wojsko, wojsko, marsz, marsz”, tymczasem jestem pewien, że chór wojaków, kroczących zawsze galowo w czołówce programu, śpiewał — „maszeruje wojsko, marsz, marsz, marsz”. Nie zamierzam jednak wszczynać burdy o drobiazgi, bo niejednemu z nas, urodzonemu w drugiej połowie ubiegłego stulecia, marsze pamięci mylą się i plączą, a tylko poranki grudniowe kojarzyć się mogą bez pudła z internowaniem Teleranka.

Wszystkich, którzy obawiają się sięgnąć po zrecenzowaną przeze mnie książkę, kierując się obawą, że tytułowe awantury doprowadzą do permanentnego molestowania intelektualnego, zapewniam, iż powstało dzieło, które — z uwagi na liczne odniesienia do nietypowych, aczkolwiek skutecznych metod wychowawczych — niezwykle oryginalnie wyjaśnia, dlaczego cała Polska powinna dzieciom czytać Lema.


Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Wydawnictwo Literack

Dodaj komentarz