Byłam w Auschwitz

To samo miejsce, ten sam spektakl. Po co więc pisać recenzję? Fakt, że od momentu, kiedy muzyczny świat po raz pierwszy zobaczył Pasażerkę Mieczysława Weinberga, minęło sześć lat, daje jednak powód, by wrócić do tego spektaklu. a nawet pójść dalej: zastanowić się nad zmianami, jakie zaszły przez te lata, nie tylko w recepcji dzieła, ale i otaczającej rzeczywistości. Nie będzie to zatem typowa recenzja. Pasażerka AD 2016 to wydarzenie już zupełnie innej natury niż prapremiera w Bregencji.

Gdy David Pountney, brytyjski reżyser i ówczesny dyrektor Bregenz Festival, przysposabiał w 2010 roku na scenę nieznane dzieło nieznanego kompozytora, mierzył się wyłącznie z tekstem Zofii Posmysz, na kanwie którego powstało libretto opery, i nieukończonym filmem Andrzeja Munka. Może się to wydawać dziwne, ale do końca pierwszej dekady XXI wieku Mieczysław Weinberg z całą swoją muzyką pozostawał w smudze cienia. Operę skomponował wprawdzie pół wieku wcześniej, w 1968 roku, ale ówczesny klimat polityczny nie pozwolił mieszkającemu i tworzącemu w Związku Radzieckim kompozytorowi wystawić dzieła na scenie operowej. Za świeże były jeszcze tematy zbrodni wojennych, radziecka wierchuszka bała się skojarzeń z łagrami. Operowy „półkownik” przeleżał więc w archiwach, czekając na swoje pięć minut. Wprawdzie w 2006 roku nazwisko Weinberga pojawiło się na rosyjskich afiszach, ale Pasażerkę wykonano wówczas w Moskwie tylko w wersji koncertowej. Nawet wtedy o inscenizacji opery o Auschwitz nikt jeszcze nie myślał.

Gdy David Pountney realizował pierwsze wystawienie opery Weinberga, miejsce polskiej premiery było dla dyrekcji warszawskiego Teatru Wielkiego oczywiste. Weinberg był przecież polskim Żydem, gdzie więc powinno wystawić się jego dzieło, jeśli nie w Polsce, w Warszawie, gdzie studiował i gdzie zastała go druga wojna? Prapremiera odbyła się jednak na gruncie neutralnym — w Bregencji, warszawska premiera przyszła kilka miesięcy później. To był wstrząs. Polakom, tak dobrze znającym historię Auschwitz i całą tematykę Zagłady, trudno było spokojnie przyjąć operę o tej tematyce. Pasiaki, numery obozowe, szyny obok rampy, łyse, ogolone głowy i drewniane prycze — świat obozu koncentracyjnego scenograf Johan Engels odmalował z niezwykłą dosłownością. Na więcej swobody pozwolił sobie w przypadku okrętu, na którym Lisa dostrzega dawną więźniarkę podległego jej baraku, Martę. Spowijająca wszystko biel: statku, kajuty, mebli, strojów, instrumentów okrętowej orkiestry, jest zaprzeczeniem brudu i zła wojny. Jak negatyw. Czy raczej „pozytyw” skrajnie negatywnego świata.

Sława Mieczysława Weinberga po premierze Pasażerki szybko zaczęła rosnąć. Spektakl w reżyserii Pountneya objechał świat (Londyn, Houston, Nowy Jork, Chicago, Detroit, Frankfurt), powstało też kilka nowych inscenizacji tego tytułu, które gościły przede wszystkim na scenach niemieckich. Ale tegoroczne wznowienie w Teatrze Wielkim — Operze Narodowej, otwierające sezon artystyczny 2016/2017, zbiegło się w czasie ze szczególnym wydarzeniem recepcyjnym. W tych samych dniach, kiedy Pasażerkę oglądała Warszawa, w Jekaterynburgu wybrzmiewały ostatnie dźwięki pierwszego w historii wystawienia tej opery w Rosji. Cztery spektakle wyreżyserowane przez Thaddeusa Strassbergera i poprowadzone przez Olivera von Dohnanyiego zapoczątkowały szeroko zakrojony „Projekt: Weinberg”, realizowany w Rosji przy udziale i z inicjatywy Instytutu Adama Mickiewicza. Pokazy Pasażerki poprzedziły koncerty z muzyką Weinberga, a zakończy konferencja naukowa, która odbędzie się w lutym 2017 w Moskwie.

Dziś można już w Rosji opowiedzieć o obozach. Na scenie jekaterynburskiego Teatru Opery i Baletu kopcą piece krematoryjne. Jest też cały arsenał rekwizytów przypominających o tym, jak wyglądały obozowe realia. Rosyjska inscenizacja przedłuża więc linię realistycznego ujęcia Pasażerki, wyznaczoną przez Davida Pountneya. Jego inscenizacja mówiła o Auschwitz po raz pierwszy, musiała więc możliwie blisko trzymać się oryginału. Rosyjski spektakl też w pewien sposób przemawia po raz pierwszy (do odbiorców rosyjskich) — jego dosłowność jest więc również zrozumiała. Ale czy mówienie o wojnie za pośrednictwem rekonstrukcji jest dzisiaj jedynym sposobem podejmowania tego tematu?

Obrazy jak ożywione fotografie robią wciąż piorunujące wrażenie. Tym większe, że towarzyszy im piękny śpiew. Muzyka o Auschwitz to jakby odwrócenie historii o muzyce w Auschwitz. Orkiestry obozowe, wykonywanie muzyki na forum było w obozach narzędziem tortur. Dziś — na forum teatru — trzygodzinny śpiew o obozie staje się środkiem prowadzącym do głębokiego przeżycia, zrozumienia, wreszcie oczyszczenia. Mówiąc o pięknym śpiewie, oddać trzeba zasługi artystom biorącym udział w warszawskiej realizacji. Agnieszka Rehlis, rzadko widywana w stolicy w znaczniejszych rolach operowych, w partii Lisy pozostaje bez konkurencji. Śpiewa pięknie, a ogólny wyraz potęguje dodatkowo jej aktorska kreacja. Będąc jednocześnie współczesną turystką w wolnym świecie i swym własnym wspomnieniem z przeszłości, niezwykle sugestywnie odmalowuje skrajne stany psychiczne swej bohaterki. Frywolna, szczęśliwa, rozhisteryzowana i sparaliżowana strachem, wydobywa coraz podlejsze pokłady ludzkiej psychiki. Fenomenalnie przeobraża się w postać bez serca, sprzedajną szantażystkę, dla której słowo „karcer” nie waży nic. Podobnie zapada w pamięć w partii Waltera Rafał Bartmiński. Rola nieświadomego przeszłości swej ukochanej męża, który wszelkimi sposobami próbuje poradzić sobie z  nowo nabytą, straszną wiedzą, dowodzi, że kariera artystyczna Bartmińskiego jest w pełni rozkwitu. Na szczególną uwagę zasługuje dziś nie tylko jego głos, ale też umiejętności aktorskie, którymi bardzo pozytywnie zaskakuje. Mam w pamięci jego świetnego wokalnie, ale zupełnie nieromantycznego Leńskiego czy nieco lepszego, ale wciąż zdradzającego aktorską niepewność Jontka w Halce Natalii Korczakowskiej. Dziś — w roli Waltera — jest wybitny. Świetna jest też Wioletta Chodowicz w partii Marty, ale bohaterkami pomniejszych ról, niezwykle przejmującymi także w swych indywidualnych wcieleniach, są obozowe więźniarki: Krystyna (Małgorzata Pańko), Vlasta (Elżbieta Wróblewska), Hannah (Anna Borucka), Yvette (Małgorzata Olejniczak-Worobiej), Stara (Joanna Cortes) i Bronka (Małgorzata Godlewska) poruszają czystością i mocą głosów, a Katia (Agnieszka Tomaszewska) w swej pieśni przejmuje do szpiku.

A zatem Pasażerka to nie tylko opera o Auschwitz. To też opowieść o muzyce w obozie — kulminacją jest w niej koncert dla komendanta, na którym Tadeusz (Mariusz Godlewski), ukochany Marty, ma wykonać na skrzypcach ulubionego walca esesmana. Ale w decydującej chwili gra Chacconę Bacha. Zamiana utworu skazuje Tadeusza na śmierć. Co dziś oznacza ta scena? Znamienne jest to, że Tadeusz stoi tyłem do publiczności. Ma przed sobą rząd generałów, to do nich adresuje swoją muzykę. Ale jako się rzekło, Europa dziś to zupełnie inny świat. To nawet inna rzeczywistość niż ta, jaka przyjęła dzieło w 2010 roku. Wtedy scena ta nie zwróciła większej uwagi, a dziś, w aktualnych realiach politycznych mówi chyba coś ważnego. Płynąca spod palców Tadeusza muzyka Bacha, symbol kultury Zachodu, nie wydaje się skierowana do nas. Kultura zachodnia staje do nas, widzów środka Europy, plecami. W tym geście mieści się wszystko — kryzys imigrancki ostatnich lat, przemilczane konflikty zbrojne, zmiany światopoglądowe i nasilające się nastroje bardzo przypominające te, z których bujnie wyrosły totalitaryzmy XX wieku. Chaccona Bacha brzmi dziś podwójnie groźnie. Jest nie tylko ostatnim krzykiem Tadeusza, krzykiem niezgody i jedyną możliwością manifestacji jego wolności, lecz także gestem ostrzeżenia — sami stajemy się dziś własnymi wrogami. Odwracamy się od wspólnej Europy, od własnego dziedzictwa, od ludzi, których, dlatego że inni, chcemy bić, wyganiać z kraju, zamykać, nomen omen, w gettach i obozach.

Na wszystko z góry patrzą historycy. Taką rolę wyznaczył David Pountney chórowi męskiemu, który na wzór starożytny ma komentować wydarzenia. Chór trzyma książki, ubrany jednolicie, jak my, we współczesne garnitury. Historycy patrzą. Chłodnym okiem obserwują ze stanowiska ulokowanego ponad barakiem Auschwitz, przez długie minuty stoją na scenie bezczynnie. Nie mają żadnej kwestii do wyśpiewania. Tylko czytają. i patrzą. W 2016 roku to również znaczy więcej niż sześć lat temu. Europa jest dziś w kryzysie, a ten chór jest — ponownie — jak wymierzony w nas palec przeznaczenia. Ile słów padnie, zanim się zorientujemy, że nadciąga zło? Ile haseł zostanie wygłoszonych nie po to, by mówić o pokoju, a po to, by dzielić? Trwanie i obserwacja z bezpiecznej odległości — przywilej i codzienność historyków — może się okazać tym, co zgubi narody.

Tegoroczne wznowienie Pasażerki budzi myśli o kondycji człowieka i świata. Jednych to śmieszy, dla innych jest potwierdzeniem, że dzieło Weinberga należy do kategorii muzyki, która wzrusza. Owacje na tegorocznych spektaklach (18 i 20 września) i wiwaty dla dyrygenta (Gabriel Chmura) oraz gościa specjalnego, Zofii Posmysz, to znak, że dzieło to pozostaje żywe, dając dowód na swą uzasadnioną obecność w panoramie muzyki europejskiej. Ale Pasażerka zawsze będzie poruszać do głębi, dopóki wystawiać się ją będzie jako operę dokumentalną. Nie sposób przecież przejść obojętnie wobec tego, co wiemy o obozach drugiej wojny. Pytanie o siłę rażenia i uniwersalność tej opery będzie można jednak stawiać dopiero wtedy, gdy zobaczymy Pasażerkę pozbawioną wizualnej dosłowności. Raz już tak się stało, w 2015 roku teatr w Karlsruhe wystawił tę operę w jednolitej, „biurowej” estetyce. Ale u nas o tej inscenizacji nie mówiono. A być może kolejny pomysł na Pasażerkę jest właśnie taki. Spróbować opowiedzieć o barbarzyńskim pierwiastku wpisanym w kondycję ludzką bez dosłownego odwołania się do ekstremum, jakim był Holocaust. Zwierzęcej natury człowieka, jak pokazują kolejne doniesienia z kraju i ze świata, wcale przecież nie wyleczyło doświadczenie Zagłady. Im dalej od tej traumy, tym bardziej Pasażerka wystawiana wobec oryginału w skali 1:1 będzie wciąż tylko porażającym dowodem zbrodni i wstrząsającą rekonstrukcją przeszłości. I choć ostatnio w Polsce rekonstrukcje mają się wyśmienicie, to przecież nie chodzi tylko o igrzyska.


Mieczysław Weinberg, Pasażerka, libretto: Aleksandr Miedwiediew według powieści Zofii Posmysz, Teatr Wielki — Opera Narodowa w Warszawie, 18, 20 września 2016.

 

Dodaj komentarz