Archiwa kategorii: Literatura

Dariusz Nowacki | Uśmiech Kasandry

Uległość Michela Houellebecqa (dalej dla wygody: Łelbeka) była u nas intensywnie dyskutowana dwa razy: kiedy pojawił się francuski oryginał i kiedy ukazał się polski przekład, a więc — odpowiednio — w styczniu i wrześniu 2015 roku. Wiadomo, że dwukrotnie pomogły książce okoliczności: za pierwszym razem zamach na redakcję „Charlie Hebdo”, który nastąpił w czasie, kiedy rzecz Łelbeka była wysyłana do francuskich księgarń, za drugim razem kryzys imigracyjny, który wywołał w Polsce falę islamofobii. I tak jak nie lubię nadużywanego w tekstach o kulturze czasownika „wpisywać się”, tak tutaj nie mam wyjścia: Uległość wpisała się jak cholera, tak mocno się wpisała, że bardziej nie można. Rzecz obrosła tedy setkami komentarzy, wśród których nie zabrakło wypowiedzi zabawnych. Mam na myśli zwłaszcza te, który wyszły spod piór publicystów przekonanych, że czytają (ze zrozumieniem) po francusku. Dajmy na to Edwin Bendyk donosił, że główny bohater Soumission to „przedstawiciel sprekaryzowanej inteligencji żyjący z dnia na dzień”. Niezły prekariusz — na państwowej posadzie, z pięcioma tysiącami euro na rąsię co miesiąc (na laickiej Sorbonie, bo na islamskiej dwa razy tyle), z volkswagenem touaregiem za jakieś pięćdziesiąt tysi eurosków i tak dalej.

Zostawiam złośliwości na boku i czym prędzej informuję, dlaczego daję, a właściwie dodaję skromny głos do megawielogłosu, i to z tak dużym opóźnieniem. Otóż daję/dodaję go, ponieważ recepcja najnowszej powieści Łelbeka wydaje mi się cokolwiek fałszywa. Moim zdaniem żadna to kasandryczna political fiction, żadne ostrzeżenie przed postępującą islamizacją Europy. Siłą tej powieści nie jest wmontowany weń profetyzm, lecz subtelna i inteligentnie podana drwina. Twierdzę, że Uległość jest nade wszystko powieścią satyryczną, całkiem udaną zresztą.
Satyryczny wymiar Uległości został przeoczony — jak sądzę — z dwu powodów. Po pierwsze, proza Łelbeka jest pisarstwem nośnych tematów i śmiałych uogólnień. Pisarz podrzuca nam tzw. fundamentalne problemy, my je łapiemy i rozmawiamy o nich tak, jakbyśmy je znaleźli nawet nie w esejach, lecz rozprawach socjologicznych; powiedzmy w typie tych, jakie pisze Zygmunt Bauman. Owszem, Łelbek nigdy wyrafinowanym stylistą nie był, nie odsyłał nas do literackości czy też powieściowości swoich utworów. Niuanse jednak są ważne, do czego za chwilę wrócę. Po wtóre, zwykliśmy czytać Łelbeka przez Łelbeka, mniemając, że francuski pisarz ciągle przychodzi do nas z tą samą opowieścią o upadku liberalnego Zachodu, o beznadziejnym położeniu wydrążonego człowieka, który seksem i konsumpcją próbuje wypełnić pustkę nie do wypełnienia. Między innymi dlatego w licznych recenzjach można było przeczytać, że François, narrator-bohater Uległości, to klon Bruna z Cząstek elementarnych, co oczywiście jest rozpoznaniem tyleż odruchowym, co nieprawdziwym.
Pozostając przy tej ostatniej sprawie, godzi się zauważyć, że François to — wypisz wymaluj — Jan Piszczyk, a więc przeciętniak i oportunista. Niepodobna twierdzić — co znalazłem w wielu komentarzach — że jest on nihilistycznie usposobionym mizantropem. To przecież egotyczny, mendowaty koniunkturalista, który nie widzi dalej niż czubek własnego fiuta, tępy mieszczanin z tytułem profesora Sorbony (precyzyjniej: Paris III). Jego kwalifikacje umysłowe porażają, czyli w praktyce nie wykraczają poza znajomość literatury francuskiej drugiej połowy XIX wieku, a i to za dużo powiedziane. François bowiem przeszło dwadzieścia lat „siedzi w Huysmansie” — autorowi Na opak poświęcił dzieło swego życia (obszerny doktorat), później był już tylko przyczynkarzem i glosatorem. Nie zna — jak sam wyznaje — historii Francji, nie ma najmniejszego rozeznania w polityce; praktycznie żadnych zainteresowań poza tymi, które pozwalają mu kreślić przypisy do dzieła Huysmansa.
W tym miejscu warto wrócić do niuansów. Otóż ironiczne wstawki, którymi Łelbek inkrustuje myśli lub słowa swojego bohatera, nie tylko figurę tę kompromitują, ale i określają charakter powieści (powtórzę: to utwór satyryczny, nie zaś „diagnostyczny”). Dajmy na to, wychodząc od marokańskiej prostytutki, François rozmyśla: „[…] jeśli będę regularnie widywać się z Rachidą, kto wie, czy między nami nie narodzi się prawdziwe uczucie; nic nie pozwala wykluczyć takiego rozwoju wypadków”. A kiedy w jednej z rozmów pojawia się nazwisko Nietzschego, nasz bohater ma tylko jedno skojarzenie z tym myślicielem: „Z wiekiem sam coraz bardziej zbliżałem się do Nietzschego, czego zapewne nie da się uniknąć, jeśli człowiek ma problemy z instalacjami hydraulicznymi”.
Oczywiście nie jest sprawą przypadku, że bohater zawodowo zajmuje się akurat Huysmansem. Łelbek pokazuje, że dekadentyzm może się powtórzyć wyłącznie jako farsa. W podwójnym ujęciu. Raz — François próbuje interpretować aktualną rzeczywistość, odwołując się do światów powieściowych Huysmansa, co wywołuje efekty nieledwie komiczne. Dwa — bohater chce powtórzyć drogę ukochanego pisarza, czyli powrócić do katolicyzmu, pojednać się z Bogiem. Odbywa nawet pielgrzymkę do Rocamadour, by medytować przy figurce Czarnej Madonny. Przez kilka sekund doświadcza religijnej ekstazy („miałem wrażenie, że Najświętsza Maria Panna unosi się, wstaje z piedestału i rośnie w atmosferze”), ale błyskawicznie orientuje się, że to z głodu („poprzedniego dnia zapomniałem zjeść kolację”). Zamiast więc myśleć o Świętej Panience, zaczyna myśleć o pieczonej kaczce.
No dobrze, satyra, ale w kogo lub co wycelowana? Jak to u Łelbeka — we wszystko i wszystkich, począwszy od Konstytucji V Republiki, która pozwoliła w 2022 roku wybrać na prezydenta przywódcę Bractwa Muzułmańskiego i uczynić z islamu religię państwową. Jak już zostało powiedziane, François jest matołem, ale ma świetnych „konsultantów” w dwu osobach: oficerze służb specjalnych, który jest mężem koleżanki z pracy, oraz profesorze Rodigerze, pierwszym rektorze odnowionej Sorbony, która nie tylko stała się uczelnią wyznaniową, ale i została przejęta przez saudyjskich szejków. Z rozmów z „wtajemniczymi”, a także z lektury broszurki napisanej przez rektora (Dziesięć pytań na temat islamu) wyłania się ogrom wiedzy o procesach społecznych, grach politycznych, przemianach kulturowych i nowym ładzie moralnym. Przeróżne informacje z różnych dziedzin życia zbiorowego łączy jedna myśl: islamizacja Francji, a także Belgii (o innych krajach nic nie wiemy) bynajmniej nie dokonała się za sprawą muzułmańskiego spisku. To prosta konsekwencja zastosowania się do cytowanych w powieści słów ajatollaha Chomeiniego: „Islam będzie polityką albo nie będzie go wcale”. Zwrot, którego doświadcza Francja, jest zwrotem czysto politycznym, a nawet demokratycznym, na pewno wypracowanym metodami politycznymi, bez użycia przemocy. Zwycięstwo islamu wzięło się z marzeń o przywróceniu porządku. Chcecie spokoju na ulicach, grzecznej, skromnie odzianej i nieznarkotyzowanej młodzieży, szacunku dla państwa i rodziny, pragniecie zmniejszenia bezrobocia (poprzez — dodajmy — wycofanie kobiet z rynku pracy) i zwiększenia dzietności — głosujecie na Bractwo Muzułmańskie.
Nie chodzi tylko o przejęcie konserwatywno-prawicowych postulatów, w czym liderzy Bractwa okazali się mistrzami, idzie także o „łapówki”, którymi trzeba obdarzyć dotychczasowe elity (ten wątek, nawiasem mówiąc, zbliża Uległość do Zniewolonego umysłu). O poważnym dźwignięciu uposażenia profesorów uniwersyteckich zdążyłem już wspomnieć, ale jest i ciekawsza nagroda dla uległych — perspektywa wielożeństwa. Łelbek nie byłby sobą, gdyby nie objaśnił, o jaki rodzaj seksualnej gratyfikacji chodzi. Jakkolwiek zabrzmi to upiornie, idzie o możliwość legalnego współżycia z dziećmi lub prawie dziećmi płci żeńskiej. W trakcie wizyty w domu Rodigera największe wrażenie na głównym bohaterze zrobiła najnowsza żona rektora — piętnastoletnia! Dopowiedzmy, że François przyszedł negocjować warunki powrotu na uczelnię. Jako ateista został z niej zwolniony w trybie administracyjnym; w wieku czterdziestu czterech lat odesłany na dożywotnią emeryturę (bagatela: trzy tys. euro na miesiąc). Warunek ponownego zatrudnienia był właściwie tylko jeden — przejście na islam. A dlaczego François zdecydował się na konwersję? Ano dlatego, że wraz z odejściem z Paris III został odcięty od ciał swoich studentek (I i II roku — by przydać pikanterii). Bardzo mu świeżego mięska brakowało. Tutaj zresztą Łelbek po raz ostatni, w dwu końcowych akapitach, daje jajcarską szarżę (cała ta powieść jajcarska jest — to moja nadrzędna teza). Wkłada bowiem w głowę François myśl niedorzeczną, na miarę matołectwa tego bohatera; tę mianowicie, że dziewczęta „z zasłoniętymi twarzami” będą lgnęły do swojego profesora jak muchy do miodu. Zacytujmy: „Każda z tych dziewcząt, choćby najładniejsza, będzie szczęśliwa i duma, jeśli mój wybór padnie właśnie na nią, i będzie czuła się zaszczycona, mogąc dzielić ze mną łoże”.
W nawiasowo przywołanej książce Miłosza z roku 1953 uległość intelektualnych i artystycznych elit względem nowej, komuszej władzy miała jeszcze wymiar dramatyczny, chwilami o wzniosłość się ocierała. U Łelbeka uległość to oportunizm w najbardziej nędznym wydaniu, naznaczony pokracznością, rzekłbym — żenujący. Oczywiście przy założeniu, że da się ulegać ładnie. Autor Uległości — co nie powinno nas dziwić — jest jak najgorszego zdania o współczesnym człowieku, toteż mówi o podporządkowaniu jako ucieczce od wolności. „Szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość” — czytamy w powieści. Nie robi większego wrażenia uległość wymuszona (zastraszyć lub przekupić), lecz uległość jako efekt naszego pragnienia. A to, że rzecz została zanurzona w satyrycznym sosie, pocieszeniem jest raczej marnym.
Michel Houellebecq, Uległość, przeł. Beata Geppert, W.A.B., Warszawa 2015.