Archiwa kategorii: Film i multimedia

Marek Lyszczyna | Rehabilitacja Dunkierki („Dunkierka”, reż. Christopher Nolan)

Dunkierka. Piekło na ziemi dla czterystu tysięcy alianckich żołnierzy. Raj – ulga wybawienia dla trzech czwartych z nich. Dunkierka – symbol bohaterstwa, dzięki któremu w ogniu wojennej zawieruchy ocalono wiele ludzkich istnień. Także dzięki poświęceniu zwykłych ludzi. Wreszcie Dunkierka – nudne miasto z czerwonej cegły, po którego pustych ulicach hula wiatr.

Z tym wszystkim zachodniemu światu kojarzyła się przed filmem Christophera Nolana. Filmem oszczędnym, mocnym, wyważonym, konkretnym, pięknym. Już od pierwszej sceny widz spotka się z rzadką dzisiaj, niezwykle uporządkowaną narracją filmową. A także z bardzo oszczędnymi efektami specjalnymi – Nolan wie, że to nie one kierują uwagą widza przez ponad półtorej godziny. Kieruje nią (od początków kina) opowiadana historią. A ta jest w „Dunkierce” podzielona na trzy części: molo (plaża), morze i powietrze.

Na molu widzimy tysiące żołnierzy karnie stojących w szeregu i w beznadziei oczekujących ratunku. Pod jedno jedyne molo podpływają brytyjskie i francuskie statki ratunkowe, niemiłosiernie atakowane przez wrogów (Luftwaffe wraz z Kriegsmarine zatopiło wówczas ponad dwieście brytyjskich i francuskich jednostek). Gdzie indziej poziom wody (odpływ) nie pozwala na zacumowanie większej jednostki, żołnierze nie mają wystarczającej ilości łódek, aby wypłynąć nimi na pełne morze. Czytaj dalej

Paweł Sadowski | Dwa szczyty czy szczyty szczytów? Na marginesie „Miasteczka Twin Peaks” (2017)

Tytuł niniejszego felietonu sugeruje, że możliwe jest wytypowanie tylko jednej z propozycji, bez dodatkowych wariantów. Metoda ta nie odbiega od tabloidowych fantazji, w których każde, nawet najbardziej złożone zjawisko, może być sprowadzone do poziomu dziecięcej wyliczanki. Zastosowany tu dychotomiczny podział jest jednak wyrazem mojego rozdarcia, które odczuwam w zetknięciu z dziełem Marka Frosta i Davida Lyncha. Dziełem telewizyjnym, które niezależnie od tego, jak bardzo podkreślałbym nazwiska obu jego twórców, w całości zostało podporządkowane wyobraźni drugiego z nich.

Mimo 25-letniej przerwy w emisji, powracających pytań o fabułę i możliwość kontynuacji historii, „Miasteczko Twin Peaks” (1990) cały czas towarzyszyło telewizji i społeczności fanów. Urwane wątki i niefortunne rozwiązania fabularne charakterystyczne dla drugiej serii nie przesłoniły licznych zalet serialu, który stał się źródłem inspiracji dla twórców telewizyjnych. Nie przesłoniły też bolesnego i poniekąd wstydliwego dla telewizji faktu, że twórczość nawet najbardziej innowacyjna może ulec zniszczeniu lub ograniczeniu za sprawą schematycznego i bezwzględnego podejścia kręgów decydenckich, których intencję często nie pokrywają się z wizjonerskimi pomysłami kręgów artystycznych. Mowa tu oczywiście o anulowaniu emisji serialu przez amerykańską stację ABC po zakończeniu drugiej serii, mimo faktu, że to właśnie zarząd stacji wymusił na Lynchu objaśnienie kluczowego wątku fabularnego, po którym odnotowano znaczny spadek oglądalności. Budzący wiele kontrowersji serial, choć był początkowo obiektem fascynacji (czy nawet obsesji), padł ostatecznie ofiarą bezpardonowej krytyki. Dotyczyła ona nie tylko braku napięcia w drugiej serii. Fala sprzeciwów nastąpiła po premierze filmu pełnometrażowego „Twin Peaks: Ogniu krocz za mną” (1992), w którym nie dość, że nie zwieńczono serialowej intrygi, to jeszcze skierowano uwagę widza na wątek życia osobistego Laury Palmer. Intymna i skupiona na rozterkach głównej bohaterki narracja kontrastowała z uogólnionym opisem rzeczywistości w serialu, a jednocześnie kładła większy nacisk na dosadność i brutalność historii. Można wstępnie wywnioskować, że kluczem do zrozumienia skrajnych reakcji w odbiorze tego audiowizualnego fenomenu były zatem oczekiwania widowni.

Czytaj dalej

Wojciech Sitek | Kontrrewolucja Clinta Eastwooda („Wzgórze złamanych serc”, reż. Clint Eastwood)

Określana czasem mianem a lovely little war inwazja amerykańskich sił zbrojnych na Grenadę została zrelacjonowana na ekranie przez Clinta Eastwooda, zagorzałego zwolennika republikańskiej władzy. Przekornie wspominający: „zawsze uważałem się za zbyt dużego indywidualistę, żeby opowiadać się za prawicą albo lewicą” (Eliot 2009, 217), aktor i reżyser został na początku lat 80. ciepło przyjęty przez Ronalda Reagana w Białym Domu (tamże, 200). Z czasem Eastwood stał się wręcz kinematograficznym ambasadorem prezydenta. Cykl „Brudny Harry”, a także filmy „Firefox” (1982, reż. C. Eastwood) i „Wzgórze Złamanych Serc” potwierdzały ten sojusz, zaś aktora zaczęto postrzegać niczym następcę Duke’a – Johna Wayne’a. Przejęcie statusu „największego patrioty” wśród aktorów dokonało się symbolicznie na płaszczyźnie filmowej. Nie można przecież nie zauważyć podobieństw między „Wzgórzem Złamanych Serc” i „Piaskami Iwo Jimy” (1949, reż. A. Dwan) 1. Eastwood – podobnie jak jego ideologiczny antenat – wpadł w trakcie republikańskich rządów w „pułapkę esencjalizmu, rozbuchanego patriotyzmu i ekstremalnego machismo” (Foote 2009, 65).

Paralele pomiędzy filmami wykraczają zresztą poza prawicowe sympatie odtwórców głównych ról. Związki pojawiają się zwłaszcza na gruncie narracji (i manifestują się w motywie surowego, zmagającego się z własnymi problemami szkoleniowca, który musi zdobyć zaufanie podlegających mu żołnierzy), diegezy (wątek zajęcia grenadyjskiego wzgórza jest powieleniem nie tylko wydarzeń z „Piasków Iwo Jimy”, ale także nawiązaniem do bitwy o Wzgórze Złamanych Serc w Korei) i ikonografii (choć zwieńczenie walk we „Wzgórzu Złamanych Serc” nie odznacza się taką siłą popkulturową jak zatknięcie flagi na szczycie Suribachi). Nawet jeśli z zaproponowanego zestawienia wyłaniają się różnice, to dotyczą one raczej odrębnego kształtu polityczno-społecznego Stanów Zjednoczonych w latach 80. Czytaj dalej