Archiwa kategorii: Film i multimedia

Rafał Strózik | O polskich lektorach filmowych i nowej fali retro. Rozmowa z Tomaszem Knapikiem

W czasach vocaloidu (syntezatora śpiewu) i coraz to śmielej wykorzystywanej (m.in. w kinematografii) technologii komputerowej może zrodzić się pytanie o sens istnienia i przyszłość konkretnych zawodów artystycznych. Ten podskórnie hodowany niepokój może dotyczyć nawet tak istotnej grupy, jaką są aktorzy, których „śmierć” niekoniecznie musi być synonimiczna z niewystępowaniem w przyszłych filmach. Wystarczy sięgnąć pamięcią do przypadku zmarłego Petera Crushinga, którego sylwetka została wygenerowana cyfrowo na potrzeby filmu „Łotr 1. Gwiezdne Wojny – historie” (reż. Gareth Edwards, 2016). Rozważania tej rangi często napotykają kontrę retoryczną w postaci przywołania nastroju towarzyszącego rewolucji przemysłowej. Wszak już w XVIII wieku narastał niepokój o bezpowrotne zastąpienie człowieka przez maszynę, lecz ostatecznie panika okazała się bezpodstawna. Po upływie dwóch kolejnych wieków człowiek w dalszym ciągu jest istotną częścią segmentu produkcji dóbr i usług. Skoro jednak rozwój technologii prowadzi do narodzin nowych zawodów i specjalizacji (dawniej konserwatorów maszyn, obecnie informatyków itp.), to zasadne okazuje się pytanie o los profesji, które w czasach masowej produkcji przestają cieszyć się zainteresowaniem. Co z zawodami związanymi ze światem filmowym, które nierzadko mają wiele dekad tradycji? Pytanie to zdaje się wyjątkowo aktualne w Polsce, kraju słynącym z lektorów filmowych.

Przetrwanie wybranych profesji warunkują ludzkie potrzeby. W kontekście dalszych losów poszczególnych zawodów artystycznych, choć nie tylko ich, wydaje się to jeszcze ważniejszym aspektem niż wspomniany rozwój technologiczny. Aktualnie święcąca triumfy nowa fala retro, podtrzymująca kult dziewiątej dekady XX wieku (z poszerzonymi nieco widełkami czasowymi), wydaje się najlepiej potwierdzać moją tezę. Nostalgiczny zwrot ku minionym czasom sprawił między innymi, że nieco zapomniane już gwiazdy kina akcji (np. Dolph Lundgren), ponownie mają okazję stać się filmowymi nośnikami cech męskości promowanych przez kino amerykańskie w końcowym okresie zimnej wojny i niedługo po jej zakończeniu. Sądzę, że ta popowa eksplozja nostalgii pomaga podtrzymywać także narodowy kult zawodu lektora. O tym właśnie zjawisku i kilku innych kwestiach, miałem okazję porozmawiać z Tomaszem Knapikiem, legendą polskiej sceny lektorskiej, w trakcie 21. Festiwalu Filmów Kultowych w Gliwicach. Czytaj dalej

Marek Lyszczyna | Horror oikologiczny. Szkic o domostwach i lęku

1.

Oikologia, wyrosła z greckiego źródła (oikos – dom) refleksja o tym, co najbliższe, domowe, lokalne, została nam przybliżona przez Tadeusza Sławka, Aleksandrę Kunce oraz Zbigniewa Kadłubka w pięciu interesujących szkicach (2013). W szerokiej panoramie znalazło się zatem miejsce dla spojrzenia genealogicznego, próbującego wydobyć historię i kontekst pojęcia (Sławek), ciekawej refleksji antropologicznej i kulturoznawczej (Kunce) oraz – bardzo inspirującej – perspektywy teologicznej (Kadłubek). Płaszczyzn namysłu oikologicznego może być jednak wiele, a trzy przywołane otwierają dyskusję i stawiają pytania, na które odpowiedzi można szukać za pomocą różnych dyscyplin i narracji. Moim zamierzeniem jest – oby nie wbrew duchowi pierwotnej refleksji – dokonać rozszerzenia oikologicznego paradygmatu na filmoznawstwo a następnie wykorzystanie tegoż w badaniach nad horrorem”? Jakim językiem opisać oikologię? Jakimi kategoriami? Jak przełożyć te na język filmu? Tadeusz Sławek zaczyna swoje rozważania od nakreślenia opozycji pojęć tu oraz tam (tamże: 8). Pozornie prosta antyteza miejsc (rozumiana tylko jako opozycja przestrzeni) w istocie odpowiada na jedno z podstawowych pytań w naszej kulturze: gdzie? Gdzie jesteśmy u siebie, a gdzie jesteśmy obcy? To zagadnienie ma nie tylko wymiar terytorialny (stosunkowo łatwo wyznaczalny) lecz – przede wszystkim – kulturowy. W popularnym powiedzeniu: „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” ludowy twórca przysłowia zawarł część tej refleksji: dom oznacza tu, a rzeczywistość zewnętrzna (owo wszędzie) traktowana jest jako opozycyjna. Przysłowie zakłada też mobilność wypowiadającego, który porusza się wszędzie, zatem jest w ruchu, podróżuje, pokazuje nam, że pojęcie domu nie jest pojęciem tylko geograficznym, ale może nawet przede wszystkim – kulturowym.

Drugim aspektem oikologii jest refleksja o przestrzeni – publicznej, prywatnej, społecznej (tamże: 10-11). To ważny aspekt, szczególnie w kontekście rozważań o filmie. Przestrzeń przedstawiona może mieć bowiem rozmaity charakter i w związku z tym różne cechy wtórne, takie jak bezpieczeństwo (szczególnie istotne w horrorach) czy zabarwienie emocjonalne (ziemia ojczysta lub wrogi teren). Aleksandra Kunce z kolei zwraca uwagę na pozytywne aspekty lokalności: „to co lokalne, stanowi dobre otoczenie człowieka” (tamże: 67). W horrorach ta teza nie zawsze jest prawdziwa. Czytaj dalej

Kamila Szwarc | Skandynawski monopol na prowokację

Etykieta twórcy kontrowersyjnego chyba już na stałe przylgnęła do Larsa von Triera, który swój publiczny wizerunek uczynił częścią artystycznego projektu, kreując tym samym własny mit. Choć może to, co wzbudza tyle sprzecznych emocji, nie do końca jest kontrowersyjne, lecz po prostu vontrierowskie (w Danii określenie to jest powszechnie znane i oznacza coś wywołującego zdziwienie). Jego najnowsza produkcja również wywołała niemałe wzburzenie, po raz kolejny stawiając publiczność przed pytaniem o granice między tym, co możliwe, a tym, co dopuszczalne. Na skalę tego wzburzenia na pewno ma wpływ skandal ciągnący się za reżyserem od czasu dyskusji na forum festiwalu w Cannes w 2011 roku i nadanego mu wówczas statusu persona non grata. Z drugiej zaś, to właśnie obrazoburcza i brutalna scena w „Domu, który zbudował Jack” (2018) sprawiła, że ponad setka widzów opuściła premierowy seans.

Mimo iż Triera  z łatwością utożsamiamy z filmem artystycznym, wyznaczającym nowe kierunki, to jednak jego tegoroczne dzieło mocno wpisuje się konwencję popkulturowej, postmodernistycznej gry (można też uznać, że jest to trzecia część trylogii o USA – „Land of Opportunities” – szczególnie, jeśli przyjrzymy się zabiegom formalnym i sposobie osadzenia fabuły). Nie lada sztuką jest zatem próba wpisania filmu Duńczyka w ramy jakiejś konkretnej kategorii gatunkowej. W swoich działaniach przypomina on kameleona, jakim był przykładowo Stanley Kubrick, eksperymentujący z konwencjami i klasycznymi regułami kina, przy każdej kolejnej produkcji zmieniający ramy bieżących zasad. Na filmowych portalach internetowych typu IBDb, Rotten Tomatoes czy Filmweb, przy opisie omawianego filmu znajdujemy kategorie takie jak dramat, horror, mystery czy thriller. Niektóre z nich dałoby się zakwestionować, choć zgodnie z Altmanowską teorią o nieprzejrzystości i przenikaniu się gatunków, można raczej zadać pytanie, czy połączenia te nie są wynikiem postmodernistycznej strategii. „Dom, który zbudował Jack” wykazuje silne związki z thrillerem, ale można by też pójść o krok dalej i zakwalifikować go jako pochodną thrillera psychologicznego (bo w końcu jesteśmy świadkami dylematów bohatera) z elementami suspensu, do którego które są wprowadzane w początkowych scenach filmu. Duński reżyser przetwarza konwencję suspensu, zgodnie z którą film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć, czego potwierdzeniem jest pojawienie się na chwilę w kadrze postaci Alfreda Hitchcocka. Tym jednak, co pozwoli uspójnić odbiór filmu, a jednocześnie wyznaczyć jedną ze ścieżek interpretacyjnych, jest potraktowanie „Domu, który zbudował Jack” jako dzieła autotematycznego. Czytaj dalej