Dariusz Nowacki | Istotność nieistotności (Milan Kundera „Święto nieistotności”)

Marek Bieńczyk w dużym tekście poświęconym tyleż ostatniej powieści Milana Kundery, co całemu dziełu czesko-francuskiego pisarza zapewnia, że „sprzedaż na całym świecie jest ogromna, recenzje entuzjastyczne, jak za czasów Nieznośnej lekkości bytu, nawet we Francji, gdzie krytykowano go najczęściej” (Żart pożegnalny, „Książki. Magazyn do Czytania” 2015, nr 2). Nie wątpię, że to prawdziwe informacje (nie ma powodu wątpić), ale też nie kryję, że jestem zaskoczony. Wszak Święto nieistotności — sam Bieńczyk o tym pisze — to powieściowa fraszka, wyrafinowany figiel literacki, psikus bądź nawet wybryk starego pisarza. Można o tej książce myśleć rozmaicie, przemieszczając się w dół (eksces, dziwactwo) lub w górę (manifestacja absolutnej wolności, na którą może sobie pozwolić wyłącznie ktoś, kto już nie musi niczego udowadniać), jednak bez względu na to, co zrobimy, niepodobna nie zauważyć, że tytułowa nieistotność — poza tym, że jest bezpośrednio tematyzowana w powieści — odnosi się także do gestu pisarskiego; można w niej widzieć coś na kształt zwięzłego, jawnie prowokacyjnego autokomentarza. Trochę na zasadzie: chcieliście, to macie… skumbrie w tomacie. A więc jednak żart…

Być może wcale nie powinienem się dziwić i zarazem wydziwiać. Może jest tak, że zachodnia publiczność, ta elitarna, nastawiona na lekturę dzieł z najwyższej półki, nie mówiąc o najbardziej wybrednych krytykach tam działających, dosyć ma bestsellerów-wydmuszek, o których po pół roku świat zapomina, tych wszystkich głośnych powieści nastawionych na rozgłos? Może woli stracić z Kunderą, niż zyskać — dajmy na to — z Houellebeqiem?

Nie ma co sprawy demonizować, czyli twierdzić, że stustronicowa opowiastka zatytułowana Święto nieistotności piętrzy przed nami Bój wie jakie trudności. Instrukcję obsługi tego typu utworów dostajemy — jeśli mieliśmy szczęście — w ramach edukacji literaturoznawczej na poziomie szkoły średniej. Wiadomo: na dzień dobry trzeba przejść na poziom meta, co oczywiście ma tę wadę, że metakomunikacja bądź meteporozumienie zachodzi ponad tekstem i niejako poza lekturą. W tym układzie tzw. świat przedstawiony i fabuła nie są nam oczywiście do niczego potrzebne. Ponadto krocząc ścieżką „meta”, można zajść naprawdę wysoko — tak wysoko, że ostatnia rzecz Kundery zupełnie zniknie nam z oczu. W jakiejś mierze ów efekt zniknięcia (z pola widzenia), uwolnienia się od własnego dzieła zaplanował sam pisarz, który Świętem nieistotności się z nami żegna. Przywołany przed chwilą Bieńczyk — a komu ufać, jak nie jemu — zaleca, żeby frazę „ostatnia powieść Kundery” traktować poważnie i dosłownie („więcej nie będzie”).

Święto nieistotności to nagłówek siódmej i zarazem ostatniej części utworu. Na prawie przedostatniej stronie, kilka akapitów przed końcem, pojawia się jak gdyby ostateczna definicja nieistotności czy — też zarysowana w kilkunastu zdaniach teoria (teoryjka) tejże nieistotności. Wcześniej również jest o niej mowa (np. w końcówce części pierwszej oznaczonej jako Bohaterowie przedstawiają się). Ta finałowa wykładnia, gdyby przyszło ją zredukować do aforyzm, brzmiałaby: „Nieistotność to sedno egzystencji. Jest z nami wciąż i wszędzie”. Rzecz w tym — czytamy dalej — żeby ją dostrzec, zaakceptować, a nawet „nauczyć się ją kochać”. Wszystko, o czym czytamy wcześniej, nie tyle ilustruje tę puentę, ile pod nią podprowadza, i to na kilka sposobów.

Pierwszy i najprostszy jest taki, że przyglądamy się „czterem kumplom” opowiadacza, czyli Alainowi, Ramonowi, Charles’owi i Kalibanowi; będzie i piąty facet, D’Ardelo, ale to — jak właściwie wszystko w tej powieści — nie ma żadnego znaczenia. Co to za goście? Przeciętni współcześni paryżanie w różnym wieku i różnych profesji. Ponieważ od samego początku opisujący ich „przygody” narrator mówi o nieistotności wszelkich społecznych czy kulturowych parametrów (nieważne, kim są, co robią, jakie mają poglądy itd.), nie warto tych bohaterów szerzej przedstawiać. A ich „przygody”? Same śródtytuły (w obrębie poszczególnych części) o nich powiadamiają: Alain medytuje nad pępkiem, Ramon przechadza się po Ogrodzie Luksemburskim — to pierwsze dwa. I rzeczywiście — Alain zastanawia się, czy aby „ośrodek kobiecego powabu” nie przeniósł się z ud, pośladków i piersi na — coraz popularniejsze i powszechniejsze — odkryte pępki młodych paryżanek. Z kolei Ramon przystaje przed muzeum mieszczącym się na terenie Ogrodu Luksemburskiego i rozważa: z jednej strony chciałby obejrzeć wystawę malarstwa Chagalla, z drugiej zaś strony nie uśmiecha mu się stać w „bezkresnej kolejce” do kasy. Owszem, przy użyciu tej metody (streszczenie, parafraza) można by zinwentaryzować po kolei wszystkie sceny i motywy, ale właściwie po co. A gdybyśmy jednak zapomnieli, że inwentaryzujemy samą błahość, narrator nam o tym przypomni.

Drugi sposób — cały czas mówię o podprowadzaniu pod puentę — jest bardziej wyrafinowany. Otóż Kundera operuje anegdotami, które na pozór mają spory (albo w ogóle jakiś) potencjał paraboliczny bądź metaforyczny. Przykładem anegdota o Stalinie polującym na kuropatwy. Historyjka ta, ponoć znaleziona we Wspomnieniach Chruszczowa, pozwala co najwyżej zastanowić się nad ewolucją, jaką przeszło pojmowanie żartu, ale w żaden sposób nie komentuje i nie interpretuje tego, co zachodzi w świecie powieściowym. Podobny status posiada mikrozdarzenie obecne w rozdziale piątym, zatytułowanym Pod sufitem leci piórko (o wznoszącym się i opadającym piórku mikrofabuła traktuje). A skoro już o tym rozdziale mowa, powiedzmy o trzeciej metodzie. Otóż ów rozdział otwiera powtórzone zdanie wraz z narratorskim komentarzem: „To słowa napisane przeze mnie w ostatnim akapicie poprzedniego zdania”. Chodzi o to, że metatekstowe wtrącenia nie tylko zostały osadzone dokładnie na tym samym poziomie co fabularne mikrozmyślenia, ale przede wszystkim o to, że nie pozwalają się zebrać w jakąkolwiek całość. A zatem żaden to stary, klasyczny autotematyzm, w którym było możliwe, a w zasadzie konieczne, wyodrębnienie głosu wewnątrztekstowego nadawcy, który opisywał swoje posunięcia i rozstrzygnięcia pisarskie. Innymi słowy, opowieść o kumplach opowiadacza jest tak samo nieistotna jak opowieść o opowieści (o kumplach opowiadacza).

Skoro tak się sprawy mają, to co pozostaje? Na przykład uczepić się przesłania zawartego w ostatniej powieści Kundery, zakładając — być może całkiem naiwnie i bezzasadnie — że akurat ta staroświecka kategoria, tak blisko spokrewniona z morałem, jako jedyna nie została tutaj zakwestionowana. Byłoby to przesłanie zaskakujące, gdyż nad wyraz pogodne i — co tu kryć — prostolinijne. Kundera wcale nie upomina się o ważność spraw nieważnych, nie chce rehabilitować błahości, która w pewnych sytuacjach daje się ująć jako swoje przeciwieństwo (mówimy wtedy o rzeczach pozornie błahych) — na to jest zbyt szczwany. Chciałbym tedy finałowy wywód Ramona „o wartości, jaką przedstawia nieistotność” potraktować najzupełniej serio, a nawet wziąć sobie tę naukę do serca. Tak więc powtórzymy: najpierw trzeba ją rozpoznać, potem zgodzić się na nią, i to raczej bezwarunkowo, by ostatecznie „oddychać nieistotnością, która nas otacza” i która „jest kluczem mądrości, jest kluczem do dobrego humoru”. Amen.

 

Milan Kundera, Święto nieistotności, przeł. M. Bieńczyk, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015.

 

Dodaj komentarz