Dominik Gac | Kabaretowy oddział bojowy („Dakh Daughters Band”, reż. Vlad Troicki)

Tłoczno było tego wieczoru w warszawskim Nowym Teatrze. Przed pierwszym rzędem położono materace, przegoniono ludzi próbujących zająć miejsca na schodach. Zapewne z troski o bezpieczeństwo, bo jak wiadomo – a wiemy to od Kondratiukowego superbohatera Asa – ważne jest przestrzeganie przepisów BHP. Zwłaszcza w teatrze, chciałoby się dodać. Dlaczego zaczynam od „Hydrozagadki”? Bo – jak mówi jeden z bohaterów tego kultowego filmu – dobrze jest łączyć przyjemne z pożytecznym i dobrze jest mieć odznakę. Ostatnio w cenie są te za obywatelską troskę i empatię. A o Ukrainę troszczymy się wszyscy, prawda?

Zanim artystki dowodzone przez reżysera Vlada Troickiego wyszły na scenę, dało się odczuć zagęszczenie atmosfery. Raz po raz rozbrzmiewały okrzyki i oklaski, tworzące niemal stadionową aurę. Bo i nikt nie przyszedł tutaj na zwyczajny spektakl, prędzej na koncert. Choć i to określenie nie wyczerpuje tematu. Było w tym coś ze święta – być może dzięki licznej reprezentacji Ukraińców na widowni. Dla nich wizyta rodzimych artystek miała zapewne dodatkowy walor. Międzynarodowy entuzjazm podbijał oczekiwania.

Bogate i symetryczne wizualizacje, zuniformizowane kostiumy, kabaretowo-burleskowy sznyt, przekazywane z rąk do rąk instrumenty; wszystko to budowało wrażenie zespołu, w którym ważne są wielozadaniowość, ale również swego rodzaju ordnung. Dakh Daughters Band był jak kabaretowy oddział bojowy na froncie walki o wolność (?). Broń artystki dobrały odpowiednią i niejednoznaczną, po trosze wedle stereotypów, ale przewrotnie. Wyraziście manifestowany seksapil służył podkreśleniu kobiecej siły – upodmiotawiał. Na entourage składały się makijaże (biel twarzy, rumiane policzki i czarną kreską potraktowane oczy), a także podkreślające cielesność czarno-białe stroje, kontrowane przez czerwone kwiaty we włosach. Ukrainki ograły to wszystko jak mundury. Zaznaczając swoją siłę i wyzwolenie z dominujących stereotypów, jednocześnie epatowały dziewczęcym wdziękiem, kokieteryjnym urokiem, ale i zdecydowaniem, siłą.  W muzycznym arsenale (bo był to wszak koncert, czy też zbiór piosenkowych etiud) dominowały wyważone aranżacje oparte na silnym rytmie wygrywanym na perkusyjnej centrali bądź kotłach. Towarzyszyły im klawisze, za nimi szeregi smyczków, formację zamykała natomiast ariergarda przeszkadzajek, cymbałów, gitar, fletów i akordeonów. Cała ta armia czyściła pole dla działań wokalnych. To głosy decydowały o silnych i słabych fragmentach występu. Było to widoczne chociażby przy okazji przyjętego owacyjnie utworu „Rozy/Donbass”. W tym momencie szczególnie bolesny był brak na scenie Niny Garenetski i jej białego śpiewu. Obnażył on przy okazji niedostateczne umiejętności jej koleżanek, z których żadna nie tylko nie dorównała nieobecnej wokalistce, ale i nie sprostała własnym partiom znanym słuchaczom z oficjalnego nagrania utworu. Na szczęście była to jedyna tak rażąca wpadka. W pozostałych kompozycjach nie brakowało momentów godnych zachwytu. Śpiewy stanowiły o sile spektaklu również dlatego, że aktorskie przygotowanie artystek dawało się poznać przede wszystkich właśnie w tych partiach. Milczące więdły lub blakły, w niekoniecznie udanych choreografiach.

Ukraińska kultura czytana przez muzyczność to banał. Jednak rozśpiewana (na folkową nutę) Ukraina to coś więcej niż stereotyp. Wystarczy wspomnieć spokrewnioną z Dakh Daughters Band formację DakhaBrakha i jej wybitny krążek „Na mezhi”, na którym znakomicie ożeniono ludowe tradycje i nastrój rodem z płyt Dead Can Dance. Obydwa projekty działają zresztą pod auspicjami jednej organizacji – Dakh Theater. Wpisując DDB na muzyczną mapę Ukrainy, odkryjemy kolejne powiązania, na przykład z zespołem Perkalaba.  Ale tradycje sceny „avant-folkowej” zza naszej wschodniej granicy są dużo dłuższe niż działalność wymienionych tu formacji. Zainteresowani sięgnąć mogą chociażby do zapomnianej dziś grupy Cukor Bila Smert’, szczególnie do ich drugiego albumu, „Selo”. Mają też Ukraińcy prawdziwe skarby tradycji, dość wspomnieć o muzyce huculskiej (przykładem źródłowego zajmowania się tym obszarem może być Kapela Romana Kumłyka Czeremosz).

Ten niebywale mitogenny zakątek Karpat zasługuje zresztą na osobny akapit, zapładnia wszak wyobraźnię wielu twórców. Poczynając od Siergieja Paradżanowa, którego film „Cienie zapomnianych przodków” stał się kanwą dla znakomitej płyty amerykańskiej formacji A Hawk And A Hacksaw zatytułowanej „You Have Already Gone To The Other World”. Huculi grają pierwsze (nomen omen) skrzypce w usianej realizmem magicznym powieści „Niezwykli” Tarasa Prochaśki – tego samego, który na ukraiński przełożył fenomenalną tetralogię Stanisława Vincenza „Na wysokiej połoninie”. Są wreszcie Huculi tematem także dla Dakh Daughters Band. Stają się w jednym z utworów symbolem wynarodowienia, czy raczej wykorzenienia. Figurą umierającej tradycji wchłanianej przez globalizm. Ale to, że „Huculi chodzą w nowych ubraniach”, to nie tyle przyczynek do żałowania mieszkańców spod Czarnohory, ile powód do zadania pytania o szczerość intencji artystów. Koncept wybrany przez DDB opiera się przecież na jednym wielkim strojeniu się w cudze fatałaszki – oczywiście fantazyjnie pocięte i pozszywane, ale z gruntu obce, nieprzystające do lamentów nad odchodzącą w przeszłość tradycją i kulturą. Borykanie się z tożsamością to żywy problem dla młodych ukraińskich artystów, co widać między innymi w dramacie Olgi Maciupy „Sobowtóry”.

Niekonsekwencja czy też nadmierny eklektyzm to największy problem Dakh Daughters Band. Pieśni o konflikcie w Donbasie sąsiadują z wesołymi podrygami do tekstów o plaży w Miami. Wstrząsająca (w treści) melodeklamacja starej kobiety, wspominającej grozę wojny, nie przeraża, ponieważ wygłasza ją młoda dziewczyna z wdziękiem siadająca na bębnie, jak na końskim grzbiecie. Nie o stetryczałe marudzenie nad złamaniem zasady decorum tu idzie, a o wątpliwość intencji – o to, czy dla artystów tematy polityczne, historyczne i społeczne rzeczywiście są tym, co boli, czy tylko tym, na co chętnie patrzą inni. Wobec publiczności jestem zresztą równie, a może nawet bardziej podejrzliwy. Radosne i żywiołowe reakcje często znakomicie korespondowały z koncertowym wymiarem performansu i jego niezaprzeczalną energią. Sprzyjało im kokietowanie i komplementy płynące ze sceny. Były jednak chwile, w których pojawiało się pytanie o wymiar refleksji. Czy nie są dziś artyści z Ukrainy, posługując się słowami Nadiji Sawczenko, naszym młodszym rodzeństwem, któremu wiedzie się gorzej? Czy nie z tego powodu życzliwie bijemy brawo z „wysokości” warszawskich widowni, słuchając pieśni o uchodźcach z miejsc, gdzie dzielni chłopcy giną za wolność? Robimy to śmiało, ponieważ nie czujemy patosu. Skutecznie zredukowanego postmodernistycznymi zabawami. Tak jakby twórcy wiedzieli, w jakie tony uderzyć, aby wywołać aplauz, zachęcić do wspólnego śpiewania, poderwać z foteli – wszystko byłoby dobrze, gdyby stała za tym jeszcze chęć wywołania namysłu. Niewykluczone, że moje wątpliwości trafiają jak kulą w płot. Ukraińska dramatopisarka Natalia Worożbyt, wspominając występ DDB w Magdeburgu, pisała: „[…] ten zespół, który występuje po całym świecie, robi teraz dla Ukrainy więcej niż wszystkie ukraińskie teatry akademickie razem wzięte […] opowiada i wyjaśnia współczesną historię swego narodu”.

Bardzo poręczny jest kabaretowy klucz wykorzystywany przez Dakh Daughters Band. Stanowi właściwie jedyną szansą na zespolenie przeciwieństw, na których budują Ukrainki swoją wyrazistość. W „czarnym kabarecie” można przecież być jednocześnie szyderczym, prowokującym, zaangażowanym, lekko upiornym, ale i w przerysowaniu szczerze wzruszającym, a nawet sentymentalnym. Wszystkie te chwyty stosują DDB również w utworach pozornie najbardziej neutralnych, wolnych od historyczno-politycznych kontekstów. Zaczynając od wstępu, czyli komediowej opowieści o wyższości Ukrainki nad Rosjanką, poprzez wielojęzyczną makabreskę małżeńską „Oh, God”, a na finałowym, reggae’owo rozbujanym coverze Wiki Wradij „To moje more” kończąc. Ten ostatni przez swoją (naddaną) polityczną wymowę ciekawie współgrał ze wspominanym songiem o kalifornijskiej plaży, który, co prawda, nastrojowo i tematycznie podobny, nie mógł podeprzeć się dodatkowym sensem historycznym. Cały ten eklektyzm  podały nam panie lekko, łatwo i ze smakiem. Laibachowy w swej konwencji „Love Must Die” dodawał, co prawda, odrobinę pikanterii, ale tyle, żeby nie przestraszyć. Podobnie „Dark Side”, w domyśle mroczniejszy niż figlarne, choć lekko w tonie noir „Papirosy”. Post-punkowcy z Puław śpiewali kiedyś: „jest bezpiecznie, jest spokojnie” – w tych wersach więcej było grozy i przejęcia niż w widowiskowych opowieściach DDB o tym, że na Ukrainie gore, nierzadko opartych na rytmach i beatach podobnych do tych znanych z piosenek Siekiery.

Ostatecznie widowisko prezentowane przez DDB to porywający i energiczny spektakl. Popis siły muzyki, nowocześnie połączonej z odwołaniami do XIX-wiecznego oblicza kabaretu w jego mroczniejszej wersji. Nie ma obowiązku traktować DDB „po ukraińsku”, równie dobrze można uznać ich propozycję za manifest feministyczny czy wolnościowy w szerszym znaczeniu. Trudno jednak uwolnić się od aktualnego kontekstu politycznego. W finale „Hydrozagadki” As dostaje cynk, że krokodyl uciekł z zoo. Niby śmieszne i absurdalne, ale trochę niepokojące. Niby niepokojące, ale… no właśnie, zupełnie jak Dakh Daughters Band, które były przejmujące i poważne, ale i zabawne, niby zabawne ale… Na koniec występu powiewały ukraińską flagą, ze sceny padło też słynne: „Sława Ukrainie, Gierojom sława!”. I to już nie był ani żart, ani postmodernizm.

„Dakh Daughters Band”. Reż. Vlad Troicki. Nowy Teatr w Warszawie, 24.06.2016 .

LITERATURA:

Maciupa: „Sobowtóry”. „Dialog” 2016, nr 7-8.
Worożbyt: „Muzyczna pauza”. „Teatr” 2016, nr 6.

Dodaj komentarz