Dominik Gac | Za królikami gonić po zmierzchu (Księżyc, „Rabbit Eclipse”, koncert w Królikarni, Warszawa 25.05.2016)

Księżyc powrócił na muzyczny firmament zeszłej jesieni, za sprawą płyty „Rabbit Eclipse” – pierwszej od dziewiętnastu lat. Od tego czasu świeci jasno, choć nienachalnie. Ewidentnie nie jest to pełnia, ale i nie nów. Zdawać by się mogło, że pomimo licznych pozytywnych recenzji z kraju i ze świata, nadal potrzeba teleskopu o soczewkach ze specyficznych muzycznych upodobań, aby zarejestrować to zjawisko. Astronomiczne konotacje mają swoje uzasadnienie: płytę nagrywano w perspektywie zaćmienia słońca (stąd eclipse w tytule). Ktokolwiek zatem spojrzał dwudziestego marca zeszłego roku w niebo, powinien dostrzec fragment muzycznych trudów uprawianych w stolicy, co z kolei winno przysłużyć się popularności albumu – ale zapewne nie każdy miał przy sobie szkiełko zadymione adekwatną muzyczną wrażliwością, wracamy więc do punktu wyjścia.

Reaktywacja – jak to często bywa – nim zaowocowała płytą, pociągnęła za sobą nieliczne, ale szeroko komentowane występy na żywo, oparte na repertuarze sprzed blisko dwóch dekad. Jeden z nich widziałem w Lublinie. Wychodząc z białej sali Galerii Labirynt, gdzie jeszcze odbijały się czarne piłki wykorzystane przez wokalistki do performatywnej zabawy, byłem przekonany, że miałem okazję doświadczyć czegoś niezwykłego. Po chwili stawiałem sobie jednak pytanie: ile było w tym naiwnego podekscytowania „powrotem legendy” sceny avant-folkowej? etnoambientowej? alternatywnej? (etykietki to oczywiście sprawa równie kłopotliwa, co nieistotna). Do rozstrzygania wątpliwości zmuszał fakt, że obrosły kultem zespół, który postrzegałem jako swego rodzaju hipsterską ciekawostkę dla wtajemniczonych, znowu daje możliwość doświadczenia go w działaniu. Nie mogłem zatem oprzeć się perspektywie ponownej konfrontacji. Tym razem areną była warszawska Królikarnia, gdzie Księżyc nagrywał ubiegłoroczny materiał (stąd w tytule rabbit). Spodziewałem się zatem wiele, wszak grali na swoim boisku, a i forma powinna być dojrzalsza, od lubelskiego koncertu minęło bowiem półtora roku.

 

Fot. Dominik Gac

Fot. Dominik Gac

Woda, zanim jeszcze zrozumiałem, że jest kluczem do interpretacji wydarzeń majowego wieczoru, była źródłem kłopotów. To przez nią, a właściwie przez jej cokolwiek irytującą formę, tj. deszcz (z towarzyszeniem niskich, jak na maj, temperatur i burzowych pomruków), odwołano koncert planowany na Noc Muzeów. Jadąc do Warszawy dziesięć dni później, z niepokojem spoglądałem na pękate chmury, a wiadomości od będących na miejscu przyjaciół nie napawały optymizmem – znowu pada. Cóż, dziwnym nie jest. Jeśli się nad tym zastanowić – Księżyc to dźwiękowa opowieść, w której woda gra olbrzymią rolę. To wszak „muzyka dla dziewcząt o oczach jak jeziora”, a skoro już przy jeziorach i uroczej atmosferze jesteśmy, aż prosi się, aby zaczerpnąć z tej studni, co to dziś sznurkami ogrodzona i opatrzona plakietką „prosimy nie dotykać eksponatów”, w rzeczywistości zaś nieustannie zasilająca kolejne kanały postmodernistycznie zmeliorowanego romantyzmu:

 

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice,
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,
I dwa obaczysz księżyce.

(A. Mickiewicz, „Świteź”)

Bo i rzeczywiście tym razem były to dwa Księżyce – ten dawny, nurzający się w czarnobaśniowym, groteskowo odświeżonym folklorze, i ten współczesny, uaktualniony o szlachetny minimalizm, gdzie prymat dźwięków przekłada się na redukcję słów. Lecz przy Puławskiej udało się połączyć je w jednym, spójnym obrazie – wprawdzie nie rustykalnym, a odznaczającym się klasycystyczną scenografią pałacowego frontu z szerokimi schodami, po których zstępowały, niby artbrutowe wiedźmy, ubrane w czerń wokalistki.

W tym samym czasie, gdy muzycy anektowali portyk, w pałacowych komnatach miała miejsce wystawa rzeźb „Rodin/Dunikowski. Kobieta w polu widzenia”. Jedna z prac tego pierwszego, pt. „Syrena”, przedstawiająca ekspresyjnie wykręconą sylwetkę kobiety grającej na flecie, to dobry przyczynek do indywidualnego i imaginacyjnego zarazem zapełnienia przestrzeni wystawowej, jaką stała się tego wieczoru Królikarnia. Na równych prawach „zagrały” w niej rzeźby, architektura przestrzeni i muzyka w swej teatralnej oprawie. Pomocny w tym „urządzaniu” będzie jeszcze jeden artysta, cokolwiek zapomniany i przykurzony, choć potencjalnie nader „hipsterski”: Stanisław Szukalski, który – jak sam mówił – wziął Augusta Rodina i Michała Anioła do kieszeni, po czym ruszył „w kierunku słońca”, to znaczy w świat swych zdumiewających projektów i koncepcji. Jedna z nich dotyczyła warszawskiej Syrenki, której pomnik-fontannę projektował z myślą o rynku Starego Miasta, a która to była – według jego teorii – widomym znakiem związku między Warszawą a Wyspą Wielkanocną. Druga to szalona teoria o Macimowie (ang. Protong), czyli języku używanym przez wszystkich ludzi na Ziemi przed potopem języku, którego pozostałości zachowały się w polskiej gwarze, co przybliża nas do Księżyca i jego czerpiących z ludowości tekstów, ale i do (stereotypowo czy rzeczywiście?) uniwersalnej siły world music, czy muzyki w ogóle. Postać Stacha z Warty zestawiam z twórcami „Rabbit Eclipse” tym śmielej, im dłużej przyglądam się płaskorzeźbie jego autorstwa zatytułowanej „Życie ludzkie”: kobieca postać trzyma czerpak nad podwojonymi, połączonymi w jeden znak słońcem i księżycem. Ta synteza, jak ying i yang, przywodzi na myśl zarówno słońce, co „pod ziemią lśni tak ślubnie”, połączenie przeciwieństw z „Kołysanki”, jak i realizację pragnienia z wiersza Rainera M. Rilkego:

Malowałbym Ciebie: nie na ścianach bez słońca,
na niebie samem od końca do końca!

(R.M. Rilke, „Księga godzin”)

Oszczędna, momentami niezwykle subtelna, niekiedy „impresjonistyczna” forma ostatniej płyty Księżyca odbiega od nastroju tej poezji, cenionej zresztą przez skład zespołu. Jest zdecydowanie bardziej oniryczna, a przy tym – paradoksalnie – sensualna, z dodatkiem odpowiedniej (choć znacznie mniejszej niż na wydawnictwach sprzed reaktywacji) dawki makabryczności. Doskonale zawiera się w wersie: „zawiśnij, a nie utoniesz”, z utworu „Mglista”. Różnica między mgłą a wodą jest kwestią stanu skupienia. Rzeczywiście, tego wieczoru skupienie w zapadającym zmierzchu i kiełkujących dźwiękach było wskazane. Umożliwiało odkrycie dialogu między dwoma wydawnictwami grupy. W zarejestrowanym na płycie „Księżyc” (1996) utworze „Chodź” Agata Harz namawia Katarzynę Smoluk na wspólną wędrówkę. Ten wokalny dialog: „– Chodź. / – Nie pójdę”, brzmiał w Królikarni jak appendix do wieńczącej „Rabbit Eclipse” ponad szesnastominutowej kompozycji „Syreny”, której wodny żywioł rozwijał i doprowadzał do kulminacji motyw zawarty w otwierającym materiał utworze „Kapkowa”. Oczywiście nie dało się ukryć różnic między tymi dwoma repertuarami: starsze kompozycje w niektórych fragmentach brzmiały bardzo in crudo (zakładam, że nieprzypadkowo to łacińskie sformułowanie obrał na szyld swej wytwórni jeden ze współtwórców Księżyca – Remigiusz Mazur-Hanaj). Odmienność tę można by zawrzeć w porównaniu skrzypcowych wprawek miastowego chłopca, który (jak bohaterowie powieści Wita Szostaka „Oberki do końca świata”), nasłuchał się sędziwego wiejskiego muzykanta, siedzącego na kulawej ławce pod chałupą, do nostalgicznego klawesynu z plenerowego recitalu, odbywającego się śród dojrzałej zieleni parku zaprojektowanego w stylu angielskim. Mistrzostwo i unikalność muzyki Księżyca opiera się na graniu tymi konwencjami tak, aby nie popaść w żadną z nich bez reszty.

Poza muzyką Księżyc eksponuje warstwę wizualną swoich koncertów. Pararytuały odprawiane przez wokalistki (przelewające wodę z pucharu do pucharu, grające na pustych i częściowo wypełnionych kielichach) zdawały się być subtelnymi dodatkami do występu, ale czynione wobec mikrofonów działały na tych samych prawach, co dźwięki generowane przez trzech poukrywanych za kolumnami pałacu muzykantów, posługujących się „pełnoprawnymi” instrumentami. Chociaż – czy gwizdek na wodę w kształcie ptaka, używany przez jedną z wokalistek to nie stuprocentowy instrument? A może to gwizdanie nie dla publiczności było przeznaczone, a dla swarliwych łysek, które objęły straż nad stawami leżącymi w parku poniżej pałacowego wzgórza? Czego tam pilnować? Jak uczą słowiańskie wierzenia – stojąca woda jest bramą do zaświatów. Koncert w swej narracji również był pewnym zejściem pod ziemię/pod wodę, do osobliwej krainy, gdzie plastikowe rury rozhuśtane przez milczące śpiewaczki generują oniryczne melodie. Księżycowe nawie pełne są nie naiwnych zapożyczeń ze zmitologizowanej przeszłości (patrz płyta „Brzask bogów” formacji Lelek), a współczesnego bagażu kulturowego, którego tradycyjne elementy poddano recyklingowi. Wiązanie tego zespołu z ludowością sensu stricto jest zresztą ryzykowne, dość wyostrzyć słuch na obecne w ich działalności echa Meredith Monk. Inspiracje nowojorską awangardą nie wykluczają oczywiście fascynacji środkowoeuropejskim folklorem, wskazują jednak na dużo szersze spektrum. Widoczne także w zestawieniu z polskim podwórkiem teatralnym, chociażby wpływami „Gardzienic”, do których muzycy przyznają się w wywiadach – swoją drogą, oddany w służbę teatru kompleks pałacowo-parkowy w podlubelskiej wiosce to idealne miejsce na koncert Księżyca – podobnie jak Włodzimierz Staniewski twórcy „Rabbit Eclipse” niczego tak naprawdę nie rekonstruują, kreując zamiast tego własne „obrządki”. Skłonność do performansu i zabawy, o której wspomniałem, tym razem realizowana była m. in. przy pomocy dużych podświetlanych piłek. Przerzucano się nimi zarówno na scenie (u stóp pałacowych schodów), jak i na trawniku (za siedzącą na leżakach widownią). Efekt przywodził na myśl popkulturowe tryzny nad piaskownicą, w której „Zakopana jest dziewczynka z mandragory”. Elementy teatralne zaprzęgnięte jako „dodatki” (odwrotnie niż w przypadku spektakli, gdzie to muzyka zwykła wypełnia marginesy) zdawać się mogły czysto ludyczne, wolne od uciążliwej semantyki i presji interpretacji. Tak postrzegałem rozjarzoną kulę, którą podając sobie z rąk do rąk, panie śpiewaczki zostawiły w połowie schodów, jak okruch większego blasku. Nieco inny charakter miał moment, w którym Agata Harz wyruszyła między publiczność z lustrem w rękach, zatrzymując się przed wybranymi widzami i konfrontując ich z odbiciem. Być może Księżyc fundował test na samoświadomość, a może wracał do wieszcza, po to, aby widzowie dwa obaczyć mogli oblicza. Niewykluczone, że było to znane skądinąd pytanie: co jest po drugiej stronie lustra, zaś dziewczyna z okładki ostatniej płyty na imię miała Alicja. Zapewne nie było jej łatwo odnaleźć się w tym postmodernistycznym świecie, gdzie bodźce i informacje rozmnożone jak króliki rozbiegły się we wszystkie strony – nie sposób zdecydować, za którym gonić. Kiedyś inne były na to recepty – upolować, oprawić, zjeść. A może te saskie wzorce wcale się nie zestarzały? Zdaje się jednak, że dziś biegamy po liminalnych ogrodach, wspaniałomyślnie oszczędzając króliki i szukając nieistniejących nor.

Blisko półtoragodzinny występ zakończył się w nocy. Księżyc zbierał instrumenty i rekwizyty, księżyc świecił. Oklaski po koncercie urwały się dość szybko, tak jakby ktoś wziął przykład z instrukcji zawartej w „Lalce” i przyszył „dłoń do dłoni”. Czy jest sens sumować wrażenia? Księżyc jasno świecił… a w tym blasku i gwarze rozmów uwydatniła się jedna z największych zalet tej formacji: zdolność do zaprowadzenia słuchacza na granicę ciszy, tak aby nie przyszło mu do głowy psuć dźwiękowego krajobrazu. Jest bowiem podróż z Księżycem wędrówką po pograniczach, napawaniem się niecodziennymi widokami – to zasadnicza wartość. Pogranicza są bowiem równie intensywne co centra. Ponadto dostrzec można na nich rzeczy, które gdzie indziej dawno już przysypano popkolorowym śmieciem.


LITERATURA:

W. Kowalski, Wywiad z Księżycem, http://www.porcys.com/interview/wywiad-z-ksiezycem/ [dostęp on-line: 31.05.2016].

Księżyc, Księżyc, OBUH Records, 1996.

Księżyc, Rabbit Eclipse, Penultimate Press, 2015.

L. Lemański, Stach z Warty Szukalski i Szczep Rogate Serce, Lublin 2007.

A. Mickiewicz, Świteź, http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0009.htm [dostęp on-line: 30.05.2016].

R. M. Rilke, Księga godzin, https://pl.wikisource.org/wiki/Strona:Ksi%C4%99ga_godzin_(Rilke).djvu/029 [dostęp on-line: 30.05.2016].

Various Artists, Muzyka jakiej świat nie widzi, OBUH Records, 1996.

Dodaj komentarz