Dominika Dolata | Figury wobec reguł gry („Na pokuszenie”, reż. Sofia Coppola)

Sofia Coppola przenosi nas w środek XIX wieku, w samo serce wojny secesyjnej, czy może raczej: w jej osierdzie. Chociaż wydarzenia polityczne są jednym z najbardziej znaczących czynników budujących sytuację fabularną, w filmie nie pojawia się ani jedna scena ukazująca działania wojenne. Istota konfliktu Północy z Południem też rysuje się ledwo we wzmiankach na drugim planie; perspektywa skierowana jest bowiem na zupełnie innego rodzaju zmagania.

W rezydencji w środku lasu, niczym w zaczarowanym zamku, wiedzie specyficzny, wyizolowany żywot garstka uczennic i opiekujące się nimi dwie nauczycielki. Internat wyludnił się wskutek toczącej się wojny, a kontynuowanie codziennego, szkolnego trybu zajęć czyni placówkę bardziej oniryczną i absurdalną, niż kiedykolwiek mogłaby być. Obowiązek i repetycja, służące utrzymaniu za wszelką cenę „normalności”, mają daleko większe znaczenie niż refleksja nad patową sytuacją i jej źródłami. Refleksja ta pozostawiona jest odbiorcy, a impulsem do jej podjęcia, intensyfikującym presję napierającą na seminarium, jest pojawienie się w tym świecie mężczyzny.

Oto bowiem uczennica Amy, młoda pasjonatka botaniki, podczas wyprawy do lasu znajduje ciężko rannego żołnierza z Północy, niemogącego się samodzielnie poruszać kaprala Johna McBurneya. Kierowana poczuciem chrześcijańskiego obowiązku, a może jeszcze bardziej niemożliwością wybrnięcia z sytuacji, pomaga mu dostać się do żeńskiej szkoły. Rezydentki opatrują i pielęgnują żołnierza, zaś początkowo okazywana niechęć z powodu wyuczonej przynależności do przeciwnego obozu okazuje się bardzo powierzchowna. Przybycie młodego, przystojnego i nader uprzejmego mężczyzny jest zbyt egzotyczne, ekscytujące i niesamowite, by którakolwiek mogła ten fakt zignorować; co najmniej tak samo ekscytujące i cudowne, jak dla kaprala, który przypadkiem trafił z piekła do raju na ziemi. Żołnierz nie zamierza więc tak łatwo dać się wymknąć darowi niebios z rąk, zwłaszcza, że bardziej niż w zdolności bojowe uposażony jest w wybitnie szarmanckie maniery.

Gra psychologiczna rozgrywa się zasadniczo między czterema najmocniej zarysowanymi charakterami: kapralem, Marthą Farnsworth, powściągliwą, inteligentną kierowniczką seminarium, wytrawną strateżką w swoim małym imperium, jej podwładną Edwiną Dabney, zgaszoną przez uwięzienie na końcu świata melancholiczką o pogrzebanych w sercu wielkich tęsknotach, i najstarszą uczennicą, Alicią, odkrywającą właśnie siłę i pokusy świeżo rozkwitającej kobiecości, opierającą na płci całe swe młodzieńcze jestestwo. Nie dochodzi tu jednak do żadnych przetasowań, jakich przywykliśmy spodziewać się po fabułach zbudowanych na wielokątnych napięciach międzyludzkich. Do nieuwspółcześniania historycznych mentalności Sofia Coppola przyzwyczaiła nas już trochę „Marią Antoniną” (niestandardowa ścieżka dźwiękowa miała raczej uwrażliwić widza na wiek młodej królowej i względnie typowe jego przeżywanie). Niemniej początkowo zdziwiłam się, że ta opowieść jest aż tak konwencjonalna. Każdy okazuje się tu tym, kim się wydaje. Postaci są olśniewającą fuzją niezliczonych charakterów, w które obfitowała XIX-wieczna powieść realistyczna. Nie są (przesadnie) przerysowane, bardziej powieściowe od powieści; są po prostu doskonałe w swym gatunku, typie.

Dzięki temu opowieść rozwija się z naturalnością i konsekwencją powstającej lawiny. Kolejne etapy relacji wydarzają się co prawda skokowo, ale zarazem – niepostrzeżenie. Wszystko dlatego, że cała sytuacja rozgrywa się w doskonale przyjętych i ustalonych ramach – i to zarówno na poziomie publicznie eksponowanym, jak i sekretnie zadzierzganych sympatii, spisków, uczuć i sojuszy. Mieszkanki rezydencji nieustannie stawiane są przed koniecznością postępowania według jakiejś oczywistości; czy to dyktowanej chrześcijańską i kobiecą uczynnością i opiekuńczością (vide stereotyp sanitariuszki), czy to biologią, czy to damsko-męskim konwenansem (romantycznym, uwodzicielskim, partnersko dojrzałym i wyrozumowanym), czy wreszcie – podstawowym bezpieczeństwem placówki. Postacią najbardziej operatywną (o największej możliwości dokonywania wyboru i kreowania sytuacji) okazuje się kapral, ale też jedynie w pewnym sensie: opuszczenie internatu jest dla niego niemal równoznaczne ze śmiercią, czy to z rąk konfederatów jako jeniec, czy to na polu walki, jako niesprawny żołnierz. Sposób zaś na pozostanie w ośrodku opiera się na jedynym atucie, jakim może szafować młody mężczyzna, a szafuje nim z logiką – znów – najbardziej oczywistych wyborów i dyspozycji, jakie mógł podjąć w takiej konfiguracji charakterologicznej, w którą został wplątany. Fabuła rozwija się trochę jak grecka tragedia; w momencie, gdy jej uczestnicy (a zwłaszcza: uczestniczki) mają jeszcze jakiś pozór wyboru, to polega on na poczynaniach tak niewinnych, że niepodobna byłoby przewidzieć monstrualnych konsekwencji, jakie z nich wynikną. Ponadto rezygnacja z większości tych poczynań oznaczałaby grubiaństwo, czyli – faktyczne momenty realnego wyboru są jeszcze bardziej ograniczone.

Żadną miarą nie należy bowiem lekceważyć tu potęgi konwenansu. To on okazuje się głównym bohaterem tej historii. Każdy element układanki obserwowany jest z takim skupieniem i bezlitosnym zbliżeniem, by widz nie miał wątpliwości: inaczej się „nie dało”, inaczej być nie mogło. Czas i miejsce zostały tu wybrane całkowicie nieprzypadkowo. O ile bowiem w „Marii Antoninie” drobiazgowy ceremoniał jest metaforą formy jako takiej, gorsetu, do którego trzeba się przystosować, żeby nauczyć się maksymalnie wyzyskiwać jego szczeliny i nawiasy, tak tutaj, w sercu wieku XIX, konwencjonalnego do dna, w szkole – inkubatorze oderwanej od świata i rzeczywistości kobiecości – wszystko jest sformalizowane i nie ma ucieczki od przyjętych ścieżek zachowania. Ogłada i inteligencja, wrażliwość i uduchowienie, bunt i namiętność: konwencja zdążyła rozpoznać już wszystko i ustalić ramy dopuszczalności. Także zdrady i zadawania gwałtu.

Tym samym okazuje się, że ta nieuchronna opatrzność systemu, który zawsze wskazuje, co robić, zapędza wszystkich w fatalne sytuacje bez wyjścia i prostą, nieuniknioną ścieżką wymusza grozę i tragedię. Konwenans nie jest tu wyszydzony jako opresja – właściwie do pewnego momentu w całej tej ustalonej konfiguracji każdy czuje się dobrze, oddycha pełną piersią i z ekscytacją niespotykaną bohaterkom zanim ich monokultura wzbogaciła się o przeciwną płeć. Dopiero spiętrzenie zawikłania, wywołane w dużej mierze laboratoryjnym wydzieleniem i zamknięciem zaledwie czwórki rozgrywających, okazało się co najmniej kłopotliwe i przykre. Zniszczyło dotychczasowe zaufanie – co prawda wymuszone, ale w końcu ten savoir-vivre’owy przymus ma dawać osadzonym w nim efekt prawdy. Zabójcza siła konieczności rozciągnęła się daleko dalej niż na surrealistyczną stagnację i regularne tętno organizmu żeńskiej szkoły.

Ironia tego spójnego w swym fatalizmie filmu polega na tym, że realistyczne czy deterministyczne rozpoznawanie i mapowane wszelkich sytuacji społecznych ma przecież służyć uporządkowaniu i bezpieczeństwu w tych sytuacjach. Tak oto tryb logicznego wynikania okazuje się zawierać w sobie nieusuwalną grozę i pesymizm, gdyż czyni katastrofę nieuniknioną.

„Na pokuszenie”. Reż. Sofia Coppola. USA 2017.


Dominika Dolata – ur. 1992, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Śląskim. Debiut w zbiorze „Ptaki. Przeploty” (2015).

 

Dodaj komentarz