Dominika Polok | Wpływowe inaczej („Faworyta”, reż. Jorgos Lantimos)

Lady Marlborough jest dwórką tak bliską królowej Anny, że początkowo trudno się zorientować, która z nich jest władczynią. Mówią sobie po imieniu i bez najmniejszej kurtuazji, przy czym to Lady Marlborough jest bardziej władcza, pełna godności i opanowania. Wynika to z faktu, że urodzenie – choć wysokie – rozminęło ją z powołaniem: to ona ma predyspozycje do rządzenia, jest stuprocentową polityczką i strateżką. Przyjaźń z królową umożliwia jej zakulisowe sprawowanie władzy.

W pełni sił i rozkwicie aktywności zastaje ją jej daleka kuzynka, Abigail. Jako córka zrujnowanego szlachcica-hazardzisty jest zmuszona sama zatroszczyć się o swój byt. Postanawia spróbować szczęścia na królewskim dworze, licząc na wstawiennictwo spokrewnionej arystokratki. Trafia do kuchni, jako pomagierka.

Ekspozycja tej opowieści zbudowana jest na zestawianiu jaskrawo kontrastujących scen między życiem Marlborough a Abigail: respekt – poniżenie, wpływy – poddaństwo, luksus – nędza. Przez długi czas nic nie wskazuje na to, by cokolwiek mogło się wydarzyć w polu tak zakreślonej przepaści, mimo że Abigail wcale nie czuje się gorszą czy mniej wartościową osobą. Wie, że jej społeczne położenie to wyłącznie wynik okoliczności i jest doskonale świadoma jego beznadziei i niepewności. Jest zdeterminowana, by poprawić je chociaż o tyle, by zyskać stabilność, nie upaść między najniższy plebs – albo jeszcze niżej. I nawet gdy bohaterka z satysfakcją pokona jeden szczebel drabiny, nadal wydaje się, że Lanthimos opowiada dwie całkowicie odrębne historie.

Wątek związujący obie te fabuły pojawia się stosunkowo późno. Mam nadzieję, że nie zdradzę wielkiej niespodzianki pisząc, że owym zwornikiem akcji, a zarazem polem walki o władzę okazuje się homoseksualizm królowej i jej wieloletni romans z Marlborough. Gdy Abigail odkrywa ową tajemnicę poliszynela, początkowe przerażenie prędko ustępuje przeczuciu perspektywy włączenia się do rozgrywki o pozycję. Wydaje się więc, że odkrycie kart wykreowało starą jak świat opowieść o łóżkowych kulisach walki o władzę – tylko że w wersji jednopłciowej.

Skoro skonstruowany schemat fabularny wydaje się tak oczywisty, to podstawowym nasuwającym się pytaniem jest, czy uczynienie go historią lesbijską jakoś go zmieniło. Dużo wskazuje na to, że tak. Nie bez powodu reżyser tak gruntownie spolaryzował konflikt między rywalkami na tle klasowym. Granice między warstwami społecznymi są w XVIII w. nadal dość nieprzepuszczalne, zwłaszcza w wędrówce ku górze; trzeba niemało wysiłku, sprytu i przedsiębiorczości, by piąć się wzwyż. Lanthimos pokazuje nam tę piramidę, w nieoczywisty sposób usuwając z jej szkieletu jeden z podstawowych elementów – płeć.

Prostota, a nieoczywistość gestu leży bowiem nie w samym fakcie skomplikowania gender bohaterów, a w podmienieniu sex centralnej postaci konfliktu. I ma to wydźwięk nie tyle seksualnie wywrotowy, co oczyszcza pole walki ze stereotypowo międzypłciowych rozgrywek, dając miejsce na rozwinięcie pełni potencjału wszelkim innym pobudkom i interesom. Nagle widzimy mapę międzyludzkich i społecznych konfliktów w całej jej złożoności i pokomplikowaniu – jak nie do pogodzenia są indywidualne pragnienia, u nikogo nieznajdujące zrozumienia i jak te rozbieżności produkują cynizm przez manipulację, wymuszanie bądź handlowanie tymi atutami, których pożądają inni, tak, by samemu zdobyć namiastkowe zaspokojenie. Odświeżającym jawi się fakt, że nakreślenie takiej panoramy było możliwe przez usunięcie z niej płci (ale przecież nie miłości ani seksu). „Ujednolicenie” w tej materii neutralizuje klasycznie stereotypowe zależności między głównymi bohaterkami.

W tej sytuacji odgrywanie swoich ról płciowych (kobiecych, XVIII-wiecznych) schodzi na całkowicie dalszy plan. Bohaterki nie są abstrakcyjnie oderwane od konwenansu swojej epoki – jedynie diabolicznie świadome jego służebnej funkcji. Są w pełni zdolne zastosować się do kulturowego protokołu w sytuacjach, gdzie jest on najbardziej użytecznym narzędziem – i analogicznie, kiedy bywa nim jego łamanie. W ten sposób Lanthimos tworzy – na swój sposób – jedną z najbardziej przekonujących wizji minionej epoki: charaktery są w niej doskonale osadzone, a zarazem w pełni zindywidualizowane i pełnokrwiste.

Ten do najdrobniejszego detalu skonstruowany realizm pęka jednak w kilku bardzo ulotnych momentach. Charakterystyczna, lanthimosowska atmosfera absurdu skrycie wypełnia tę opowieść od początku do końca, ale jej chwilowe rozdymanie poważnie zakrzywia tę precyzyjnie stworzoną czasoprzestrzeń. Dzieje się to w dość przypadkowych, mało istotnych momentach, które choć mają wpływ na dalszą fabułę, nie niosą same w sobie zbyt dużego ładunku znaczeniowego – np. podczas balu tańcząca pośrodku szpaleru gości para zaczyna w „drętwy”, dworski sposób odtwarzać kroki ze wszystkich późniejszych epok, łącznie z czasami obecnymi. Wciąż zastanawiam się nad celem tych epizodycznych zwichnięć. Mogą być zupełnie bez znaczenia – jako elementy wyłącznie grepsiarskie, budujące konwencję dziwacznej, alternatywnej komedii. Mogą być próbą uniwersalizacji całej historii, środkiem zapobiegawczym przed podporządkowaniem jej dawnej epoce historycznej. Na to są one jednak zbyt rzadkie, poza tym – przekonujące charaktery i sens konfliktów, nawet jeśli tu dotyczą konkretnie tronu i pałacu, czynią tę opowieść dostatecznie przekładalną i uniwersalną.

Wreszcie – mogą być sygnałem, by nie brać obrazu Lanthimosa tak na sto procent, że to tylko konstrukcja. Może faktycznie użył nietypowej metody oraz XVIII-wiecznego kostiumu, by opowiedzieć o głębokich, bolesnych pragnieniach i co dzieje się na liniach ich przecinania z pragnieniami innych ludzi – ale jego zabieg, by zrobić to bez „zakłóceń” wynikających z czytania takich konfliktów przez stereotyp płciowy nie jest jedynym możliwym do tego środkiem. Odwaga, z jaką go zastosował, potencjalnie uruchamiając typowe kontrowersje, mogła służyć po prostu wymuszeniu przyjrzenia się całej historii bliżej – wbrew odruchom zamykania postaci w oczywistych, nawykowych rozpoznaniach.

„Faworyta”. Reż. Jorgos Lantimos. Irlandia, USA, Wielka Brytania 2018.

Dominika Polok – ur. 1992, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Śląskim. Debiut w zbiorze „Ptaki. Przeploty” (2015).

Dodaj komentarz