Dziennik bez spinki

Przeczytałem motto oraz pierwszy akapit odautorskiego wprowadzenia do Nebraski Zbigniewa Białasa i poczułem, że może być dobrze. Mottem stały się słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów westernu Clinta Eastwooda: „Cholera, przestraszyłem się, że już nie żyję. A ja po prostu byłem w Nebrasce”, w pierwszym akapicie zaś Białas powiadamia, że wybór Nebraski jako miejsca pobytu stypendialnego nie był niewinny: „[…] nikt nie wybiera się do Omaha prowadzić badania”. To ostatnie na tyle zaniepokoiło przedstawicieli Fundacji Fulbrighta (kto normalny jedzie do Nebraski?), że dopiero za trzecim podejściem stypendium udało się uzyskać. Dopowiedzmy: świadomie wybrać Nebraskę to świadomie postawić na amerykańskie zadupie, ale też ktoś, kto dobrowolnie chce się zanurzyć w prowincjonalnym smutku i bezruchu Midwestu, nie może być człowiekiem banalnym. Słowem, ostentacja Białasa, który wzgardził Nowym Jorkiem, Los Angeles i kilkoma innymi potężnymi centrami nauki i kultury, od razu mi się spodobała. Ma gościu jaja — pomyślałem.

No dobrze, brzmi to fajnie, ale chyba nie do końca odpowiada prawdzie. Prawda jest bowiem taka, że sosnowiecki anglista miał dwa wyraźne cele, kiedy w połowie stycznia 2001 roku lądował w Omaha. Po pierwsze, chciał spokojnie pracować nad opowieściami starych podróżników (ekspedycja Lewisa i Clarka, wyprawa Alexandra von Humboldta), zebrać materiały do planowanej książki o wymienionych tu słynnych odkrywcach amerykańskiego interioru. Po wtóre, chciał objechać Stany, oczywiście tylko pewną ich część, co mu się udało — zanim w lipcu tegoż roku ruszył w długą wycieczkę (wespół z żoną i synem, którzy pojawili się w czasie letnich wakacji), wybrał się do Tennessee, obu Dakot, Wyoming, nad Wielkie Jeziora, by powędkować, i do Chicago. Wybór środka Ameryki jako bazy wypadowej okazał się trafną i praktyczną decyzją. Wspomniana zaś letnia wyprawa była całkiem okazałym tripem: „Nebraska, Kolorado, Utha, Nevada, potem dotarliśmy do Pacyfiku w Oregonie, pojechaliśmy w dół przez Kalifornię do granicy Meksyku, zahaczyliśmy znowu o Nevadę, a wróciliśmy przez Arizonę, Nowy Meksyk, Teksas, Oklahomę i Kansas. Tak jakoś”. Dość powiedzieć, że nasz podróżnik wyrobił podwójną „normę”, o której pisał — często w Nebrasce przywoływany — Jean Baudrillard: „Przejedź dziesięć tysięcy mil po Ameryce, a będziesz miał głębszą wiedzę o tym kraju, niż mają wszystkie instytuty socjologii i nauk politycznych razem wzięte”. Białas przejechał dwadzieścia tysięcy mil.

Zapyta ktoś, co w tym niezwykłego, wszak bez mała każdy, kto posiadł umiejętność składania słów i zarazem przebywał przez jakiś czas w Stanach (dłuższy niż wypad na Fashion Week do Nowego Jorku; u Białasa to dziewięć i pół miesiąca), czuł się w obowiązku relację sporządzić; samych polskojęzycznych opowieści z amerykańskich szlaków (ach, ta poetyka on the road nie do zdarcia!) zliczyć niepodobna. Odpowiadam: Nebraska to rzecz wyjątkowa, gdyż została napisana bez spinki — skrótowo (to bardziej notatnik niż sprawozdanie), bez silenia się na oryginalność, wymądrzania się, czyli, chciałoby się powiedzieć, bez odkrywania Ameryki po Ameryce Baudrillarda. Po prostu Nebraska to najbardziej bezpretensjonalna opowieść o Stanach spośród tych, jakie dotąd miałem okazję przeczytać, a zapewniam, że trochę tego było. Dodatkowym argumentem przemawiającym za książką Zbigniewa Białasa jest to, iż podaje on swoje zapiski dziennikowe z piętnastoletnim poślizgiem. Notacje autora Kronik sosnowieckich (trylogii kryminalnej w stylu retro, jakby ktoś nie wiedział) jawią się jako aktualne w tym znaczeniu, że półtorej dekady nie odcisnęło na nich piętna. Owszem, w końcówce Nebraski Białas odnotował amerykańskie reakcje na 11 września (roku pamiętnego i jednocześnie roku stypendialnego), ale bez najmniejszej sugestii, że doszło do jakiegoś przełomu; żadnych frazesów w rodzaju: Ameryka już nigdy nie będzie taka sama. Owszem, zapiski Białasa pochodzą sprzed wielkiej zapaści społeczno-ekonomicznej i — szerzej — systemowej roku 2008, ale dla spraw, o których w swej książce pisze, także i to tąpnięcie jest bodaj obojętne. Dlaczego?

Ano chyba dlatego, że Białas nie ma w sobie pasji socjologicznej, nie dąży do uchwycenia jakiejś prawdy na temat amerykańskiego społeczeństwa, opisania jankeskiego idiomu, nawet tamtejszym mentalem czy obyczajowością średnio się zajmuje. Jego interesuje amerykańska kultura, ale nade wszystko ta archaiczna, bo przecież zawodowo bada relacje podróżnicze pierwszych śmiałków, którzy wyprawili się na zachód, zanim ten stał się Dzikim Zachodem, czyli stosunki z początku XIX wieku (ekspedycja Levisa i Clarka miała miejsce w latach 1804–1806). Wyczulony jest też na kontekst etnograficzny — chętnie zapisuje, do kogo dane terytorium należało (tzn. przed przybyciem białych osadników). Niekiedy zapisuje tylko pro forma — na przykład w ten sposób: „Te tereny należały do Paunisów, ale kogo to dziś interesuje?”.

Gwoli dopowiedzenia — autor Nebraski nie stroni też od tropów popkulturowych. Bez wahania udaje się przeto do świątyni Elvisa, podąża śladami Tomka Sawyera, ale też — co wydaje mi się godne zaakcentowania — nie ma oporów przed tym, by zachowywać się jak typowy, banalny turysta, który pojawia się wszędzie tam, gdzie mu bedekery każą, który strzela fotki tam, gdzie wszyscy strzelają. Nie szczypie się i nie spina… dlatego uczciwie notuje: „Nic mądrego czy odkrywczego nie mam do powiedzenia ani o północnej Kalifornii, ani o sekwojach. Zrobiliśmy to, co robią wszyscy turyści: przejechaliśmy drogą wyrąbaną w pniu drzewa, które nazywa się Tour-Thru’ Tree i oglądaliśmy te nieprawdopodobne stumetrowe kolosy o średnicy sześciu metrów, obwodzie dwudziestu i wieku tysiąca pięciuset lat”. I to jest świetne, a świetne jest, bo lokuje się na antypodach amerykańskich opowieści tych podróżników, którzy nieodmiennie i z uporem godnym lepszej sprawy chcą nas Ameryką zadziwić, którzy bez oporu wchodzą w role „odkrywców” i „rewelatorów”. Jak nie ma efektu „łoł”, sprawozdanie się nie liczy.

Białas w żaden sposób nie „uegzotycznia”, nie udziwnia Stanów Zjednoczonych. Kataloguje drobne kolizje, niewiele znaczące różnice, ciekawostki, z których „epopei” nie da się zrobić — tu choćby sprawa zdobywania amerykańskiego prawa jazdy, trybu, w jakim wynajmuje się mieszkanie czy kontaktuje z urzędami. Jest uważny i bez wątpienia potrafi obserwować, ale w ekscytację nie popada. Powiedziałbym, że głównie zbiera rozmaite smaczki, jak na przykład ten, że „firma Mariott należy do mormonów”, a ta ma monopol na obsługę stołówek na jego kampusie (prywatny, jezuicki Creighton University). W związku z tym notuje, nie stroniąc od ironii: „Do czego to podobne, żeby mormońska firma ciągnęła zyski z jezuickiego uniwersytetu? Dlaczego jezuici na to pozwalają? To trochę tak, jakby oddać w ajencję świadkom Jehowy stołówki na Jasnej Górze”. Kiedy przybywa — inny przykład tej samej ironicznej metody — do Pine Ridge, rezerwatu Indian w Dakocie Południowej, zauważa, że w jednej z malutkich osad (22 mieszkańców) zlokalizowano aż cztery sklepy monopolowe, które sprzedają hektolitry alkoholu. 15 tysięcy Siuksów uwala się szpetnie, sprytnie wykorzystując prawo stanowe — sklepy z alkoholem znajdują się ciut za granicą, już na terytorium Nebraski, toteż wódz John Żółty Ptak na próżno śle petycje do prezydenta USA z żądaniem likwidacji liquor store’ów.

Oryginalne jest także to, że autor Nebraski nie jest szczególnie towarzyski. Nie tyle unika kontaktów towarzyskich, ile ogranicza je do niezbędnego minimum. Koleguje się tylko, acz niezbyt żarliwie, z Gregiem, dyrektorem Centrum Studiów nad Twórczością Henry’ego Jamesa, działającym przy wspomnianym uniwersytecie w Omaha. To wybór strategiczny, gdyż nieodmiennie chodzi o to, by nic naszego stypendystę nie rozpraszało. Widzimy go tedy albo za kierownicą forda taurusa (kupionego specjalnie na czas stypendium), albo pochylonego nad książkami. Na miesiąc przed końcem pobytu w Stanach, 18 września, notuje: „Do Polski powinienem przywieźć ponad sto siedemdziesiąt stron monografii”. Nuda? Może i nuda, ale ważniejszy jest ów wszechobecny luz zespolony ze zdrowym rozsądkiem. Zbigniew Białas bynajmniej nie zlekceważył Ameryki, raczej nie dał się jej uwieść, nie pozwolił, by ta zamieszała mu w głowie. I być może w ten właśnie sposób najbardziej się wyróżnił.


Zbigniew Białas, Nebraska, Wydawnictwo MG, Kraków 2016.

Dodaj komentarz