Finnegans Meet — o możliwościach translacji literatury na obraz z Krzysztofem Bartnickim i Marcinem Szmandrą rozmawia Grzegorz Olszański

Spotkaliśmy się na jednej z najważniejszych imprez literackich w Polsce, czyli Festiwalu „Conrada”, gdzie Marcin Szmandra (artysta plastyk) oraz Krzysztof Bartnicki (tłumacz, pisarz) prezentowali projekt Finnegans Meet — obrotowy wizytownik z kartami, których powstanie było inspirowane ostatnim, najbardziej enigmatycznym oraz hermetycznym dziełem Joyce’a. Zaczęliśmy rozmawiać — i nagle stało się dla mnie oczywiste, że po naszej rozmowie musi pozostać jakiś ślad. Tak narodził się pomysł — a hasło numeru „awangardy” znakomicie go uwiarygodniło — żeby pokazać czytelnikom „Opcji” choćby niektóre prace z tamtego quasi-wernisażu i zaprezentować rozmowę z twórcami tego projektu.

Grzegorz Olszański: Kiedy w 1923 roku rzeźbiarz August Suter zapytał Joyce’a, jaka będzie konstrukcja jego nowego utworu, ten odpowiedział: „Nie mam pojęcia. Przypomina ono górę, w której kopię tunele z różnych stron, lecz nie wiem, co znajdę”. Cóż więc znaleźliście w tej górze? Do czego się dowierciliście, pracując nie nad kodem słownym, lecz graficznym?

Krzysztof Bartnicki: „Nie wiem,  powiem?”: czyżby to Joyce, oponent Wittgensteina? Jego wypowiedzi o Finnegans Wake są synchroniczne, sprzeczne, odwołują się do obrazów (!) — mocnych, ale nie pomocnych. A może Joyce wskazuje po prostu, że to, co zaczyna, i to, co kiedyś skończy, to dwie różne sprawy? Owszem, nie jest to fortunne, że tą samą metką oznacza się i dzieło w zamyśle, jego plan, i dzieło w szkicu, notatce, próbie, i dzieło w toku, rozroście i akrecji, i dzieło w druku, i dzieło w ostatecznym odczycie (któregonotabene nadal nie ma). Opinia z 1923 to nie to samo co opinia z 1939 (roku pierwszego wydania), z kolei opinia z 1939 nie waży wiele wobec opinii pojoyce’owskich. Nie zgłaszam tu niezgody na objęcie Finnegans Wake jakimś onelinerem, blurbem, cytatem, ale zwracam uwagę, że może to być samospełniająca się przepowiednia: jeden z najbardziej utartych sloganów o Wake mówi, że Joyce przedstawia tekst nieczytelny. Ale mało kto dopytuje (tzn. doczytuje): a czemuż, a w jaki sposób, a czy na pewno. Być może roi mi się marzenie, że da się zacząć czytanie Wake bez uprzedniego wpływu dżojsologii pozytywnej (zachęcającej) lub negatywnej (zniechęcającej)? Być może naprawdę najpierw musimy zawierzyć krytykowi, obcemu, autorytetowi? A gdzie sytuuję się ja? Jako czytelnik fabuły postrzegam Wake jako coś nudego, coś w rodzaju pracy koncepcyjnej: cmokamy raz i dwa nad efektownością idei założycielskiej, ale raczej nie czytamy. Jako odbiorca po-literacki mam natomiast Finnegans Wake za tekst genialny, poruszający i zapładniający. Stąd wiara, że mocowanie się z nim w grafice to namysł w toku, a nie porzucenie jednej drogi na rzecz innej. Ufam, że „dowiercam się” do grafiki nie dlatego, że wcześniej dowierciłem się do literatury (i dźwięku), i szukam dla siebie nowego narkotyku; ani dlatego, że mi w literaturze (i dźwięku) nie wyszło: ale dlatego, że językWake warto badać w różnych systemach, ba, w sumach systemów. Uważam, że na tym właśnie polega wielkość tej nie-tylko-literatury. Ogląd Wake z perspektywy rozmaitych dyscyplin, m.in. filmu, gry, może architektury, a poza sztuką na przykład fizyki kwantowej, ale też wykonanie testów intersemiotycznych: to wszystko razem nazwałbym dopiero aktem odbioru Finnegans Wake, w odróżnieniu od drobniejszego — cóż, że zabierającego lata — odczytania literackiego. Ale zdaję sobie sprawę, że Marcin podchodzi do tego z innej strony — zapewne nie aż tak bardzo nieskonceptualizowanej.

Marcin Szmandra: Finneganów tren to dla mnie góra, która wyrosła przede mną całkiem niedawno — jest tak ogromna i tak mało ją znam, że którymkolwiek wykopanym przez Joyce’a tunelem pójdę, znajdę coś nowego, coś niesamowitego i inspirującego. Mnie, jako grafika, paradoksalnie, bardzo inspiruje język tego tekstu, jego giętkość i to, co można z nim zrobić. Dlatego właśnie tak bardzo chciałem „wpaść” w finnegański labirynt, zatopić się w nim i siłą wewnętrznego przymusu spróbować połączyć tkankę języka z grafiką. Chciałem to zrobić nawet za cenę porażki, choć mam nadzieję — nie mnie to jednak osądzać — że rzecz zakończyła się przynajmniej remisem.

G.O.: Użyłeś, Krzysztofie, określenia „odbiorca po-literacki”. Byłbym wdzięczny za wyjaśnienie, co się kryje pod tym terminiem, bo spotykam się z nim chyba po raz pierwszy.

K.B.: Po-literackość to z jednej strony uznanie, że Wake kojarzy nam się z literaturą. Dopiero po zmierzeniu się z tym pierwszym skojarzeniem możemy wziąć pod uwagę myśl, że a nuż Finnegans Wake literaturą nie jest — nie jest nią wcale, albo przede wszystkim, albo wyłącznie. Używając terminu „po-literatura”, chcę podkreślić, że jeśli coś wygląda jak literatura, pachnie jak literatura i ma litery jak literatura, to wcale nie musi być literaturą. To zachęta do naruszania aksjomatów, ale także do zastanowienia się nad celem literatury, języka. „Po-literackość” to także zwrócenie uwagi na to, że zdarzają się teksty (Finnegans Wake przykładem), w przypdku których egzegeza równa jest ejzegezie. Nie wynosimy niczego z lektury Wake — prócz tego, z czym sami do niej wejdziemy. „Po-literackość” to wreszcie sugestia pewnych paraleli literatury i świata fizyki. Weźmy na przykład obserwację przemian energii. Dlaczego po wydaniu Trenu doczekałem się — zamiast analiz literaturoznawczych i krytycznoliterackich — licznych komentarzy dźwiękowych i obrazowych? Czy skomasowana energia literacka musiała zmienić formę, aby móc pójść dalej? Ale dokąd? Co byłoby układem izolowanym, w którym suma wszystkich energii jest stała? Literatura? A może cała sztuka? A może działalność człowieka w ogóle? Jakie są funkcje stanu w sztuce? Gdzie kryje się ekwiwalent entropii? Czy świat sztuki ma granice? Czy sztuka skończy, trawestując Frosta, w ogniu, czy w lodzie? I kiedy? Zaprawdę, zaprawdę, Finnegans Wake to nie tylko pełnokrwisty temat na festiwal „Conrada”, ale i na „Copernicusa”: którą inną (powiedzmy, że) powieść możemy tak przedstawić? O kwantowo superpozycyjnej naturze jednostek językowychFinnegans Wake nie będę mówił, bo to temat na tłusty doktorat.

G.O.: To, dlaczego Krzysztofa frapuje wciąż Finnegans Wake, jest dosyć jasne. Pytanie natomiast, co sprawiło — Marcinie, wybacz oczywistość tego pytania — że ten sam utwór zafrapował również ciebie. Pytanie to w innym przypadku można by uznać za nieco kuriozalne, ale przecież mowa o książce, która od samego początku, od publikacji jej pierwszych fragmentów wzbudzała dość skrajne opinie i reakcje. Zachwytom Becketta można by przeciwstawić mało entuzjastyczne słowa Ezry Pounda, który w liście do Joyce’a pisał: „Ten cały chaos jest dla mnie jak boska wizja, albo wzór leku na rzeżączkę. Nic z tego nie rozumiem!”. Entuzjazmowi Attridge’a, który upomina się o przyjemność związaną z lekturą dzieła Joyce’a można przeciwstawić wstręt Nabokova, który pisał: „Finnegans Wake to nic innego jak bezkształtna kupa sztucznego folkloru […], męczące chrapanie, które słyszę z drugiego pokoju”. No więc, Marcinie, jak to się stało, że wplątałeś się w tę historię?

M.Sz.: Odkąd pamiętam, zawsze pociągały mnie lektury gęste, duszne, których nie byłem w stanie zrozumieć podczas pierwszej lektury i musiałem się odwoływać do komentarzy, gloss, interpretacji. Kiedy w liceum odkryłem Ulissesa Joyce’a, było to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Przyznam, niewiele z tego rozumiałem, ale właśnie to było ekscytujące, bo najzwyczajniej inspirujące. Uświadomiłem sobie, że istnieje nie tylko sztuka łatwa, lekka i przyjemna, ale też taka, która wymaga wysiłku, czasu, pracy i skupienia. Dokładnie jak w tej anegdocie, w której jeden ze zwiedzających wystawę dzieł Picassa powiedział, że nic z tego wszystkiego nie rozumie, na co Picasso zapytał go, czy rozumie język chiński. Kiedy zaprzeczył, słynny kubista wytłumaczył mu, że z malarstwem jest identycznie jak z chińskim — by zrozumieć, trzeba się go uczyć. Dużo później przyszła pora naFinneganów tren. Był to już zupełnie nowy, wyższy poziom abstrakcji, nieporównywalny z niczym, co kiedykolwiek wcześniej czytałem. A więc znów zacząłem się Joyce’a uczyć i odkrywać go na nowo. Po pierwszej stronie wiedziałem, że samo tylko przeczytanie tego „potwora” będzie zadaniem nadzwyczaj trudnym. Wtedy właśnie postanowiłem, paradoksalnie, ułatwić sobie życie i do czytania przymusić się poprzez tworzenie ilustracji, do każdej strony jednej. Tak powstał projekt Finneganowizje. Nie czytam więcFinneganów trenu, by ilustracje tworzyć, ale tworzę je, by książkę przeczytać, zgłębiać strona po stronie.

G.O.: Najlepszym dowodem twojej fascynacji ostatnim utworem Joyce’a jest to, że projekt, o którym tu rozmawiamy, nie jest pierwszym wyrastającym z kontaktu z Finnegans Wake — wcześniej były Finneganowizje. Gdybyś mógł pokrótce opowiedzieć o tamtym cyklu i o relacjach między nim a pracami, które weszły w skład Finnegans Meet. Co je łączy? Czym się różnią?

M.Sz.: Przede wszystkim Finneganowizje są próbą zilustrowania Finnegans Wake strona po stronie. Kluczowym pojęciem dla całości pracy są tytułowe „wizje”. Wiedziałem bowiem, że próba jakiekogokolwiek obiektywnego odczytania tego dzieła jest niemożliwa, a jeśli chodzi o sztuki wizualne, będzie ona skażona interpetacją własną, indywidualnymi upodobaniami i — czego nie dałbym rady samodzielnie sprawdzić — możliwymi błędnymi interpretacjami. „Wizje” są więc tym wszystkim, co zobaczę oczyma wyobraźni, z całym bagażem nadinterpretacji, skojarzeń, wydumanych, niekoniecznie joyce’owskich odczytań. Wizji nie można kontrolować, one po prostu są, a ja je utrwalam, nie bacząc na konsekwencje — sam zresztą tekst Finneganów trenu nas do tego zachęca, sugerując, że „dalsze wyrazy można brać w jakim się chce porządku”. Inaczej ma się sprawa z Finnegans Meet. Tutaj praca jest o wiele bardziej zorganizowana i wielostopniowa. Nie byłem — jak w przypadku Finneganowizji — sam sobie panem i nie dobierałem elementów graficznych, tłumacząc je wizyjnymi widzimisię. Każdy element, czy to symbol, czy liczba, ma konkretne znaczenie i nie pojawia się bez powodu. Pod tym względem Finnegans Meetjest tworem o wiele bardziej — nie wiem, czy to akurat dobre słowo — obiektywnym, ale na pewno przemyślanym, zaś nieomal każde rozwiązanie plastyczne ma tekstowe uzasadnienie.

G.O.: Jeśli inspiracji i pewnej ramy twórczej Joyce’owi dostarczyła praca Vico oraz dzieła Giordana Bruna i Mikołaja z Kuzy, to czy w waszym przypadku istnieją takie inspiracje, które miały bezpośrednie przełożenia na kształt i formę Finnegans Meet? Nie chcę jakoś radykalnie ułatwiać odbiorcom obcowania z waszym projektem, ale pewne wskazówki zapewne by im się przydały.

K.B.: Kuzańczyk, Bruno i Vico są ważni, jasne, ale dla porządku przypomnę o groźbie redukcji: inspiracje w Wake idą od człowieka pierwotnego po naukę najnowszą. Nie uciekam od pytania, tylko je komentuję: mimo różnych interpretacyjnych uroszczeń nie ma pojedynczych kluczy do Wake: są pęki kluczy — i legiony idei, nierzadko nie do końca ze sobą zgodnych. Ale owszem, niektóre z nich można wyróżnić. No więc dla mnie wśród najistotniejszych cech Wake wskazać należy fenomen formułowania się sensu nie w zapisie autora, lecz w interpretacji egzegety. Co oznacza formułowanie treści śniej w procesie odbioru. Rozpoznaję w Joysie nie twórcę treści ustalonych w przeszłości, ale twórcę maszyny produkującej treści ustalane w przyszłości. W związku z tym inną cechąWake (którą chciałem „przetłumaczyć”) jest to, że nie ma ؟adnych niedających się sfalsyfikować sądów o Wake: wszystko jest interpretacją; a to, czy interpretację nazwiemy dobrą, czy złą, zależy głównie od siły autorytetu, która rozstrzyga o jej przydatności albo zdroworozsądkowości. Ja wprawdzie nie zgadzam się z opinią, że jeden obraz wart jest więcej niż tuzin (a co dopiero tysiąc) słów — chyba że potraktujemy to symetrycznie: że także jedno słowo może znaczyć tyle co tuzin obrazów — wiem jednak też, że w obrazie tkwi większa niż w literaturze potencja symboliczna. Niejasność literacką często nazwiemy bełkotem, ale niejasność graficzną nie — niejednoznaczny obraz każe jednak rozważyć jakieś interpretacje. Warto to wykorzystać.

M.Sz.: Patrząc od strony graficznej, nie da się wskazać żadnej odgórnej inspiracji czy ramy, której się trzymałem/trzymaliśmy. Dla mnie istotne było to, aby oba projekty związane z Finneganów trenem (czyli FinneganowizjeFinnegans Meet) stylistycznie się nie mieszały, aby w dalszym ciągu stanowiły dwa różne światy. Jedyne ramy, które założyłem, były związane z samym procesem realizacji ilustracji — określona liczba kolorów (czerń i odcienie szarości), rodzaje pędzelków etc. Te elementy są stałe i powtarzają się. Od tematyki każdej wizytówki zależał oczywiście styl — i mimo że starałem się przemycić jak najwięcej stylu własnego, nie mogłem uniknąć (ale też nie chciałem) nawiązań do innych artystów, kierunków w sztuce, stylistyk. Było to dla mnie duże wyzwanie: zmierzyć się z ogromną różnorodnością stylów i motywów. Do tej pory tworzyłem zgodnie z regułą: „tworzę to, co potrafię, a reszty unikam”. Teraz nie mogłem się niczym wykręcić i przyszedł w końcu czas, by zmierzyć się z tematami, które nie były dla mnie wygodne, a jako że staram się własne braki warsztatowe i niedostatek umiejętności przekuć w zalety, myślę, że metoda, zgodnie z którą uprawiam to moje naśladownictwo, jest dzięki temu unikalna.

G.O.: Czy moglibyście — nie czując lęku przed wpływem — opowiedzieć o jakichś potencjalnych prekursorach waszego projektu? Czy w ogóle fakt, że istnieje sporo rozmaitych wariacji na temat tego dzieła Joyce’a (ich sugestywnego wyliczenia, choć pomijającego raczej sztuki plastyczne, dokonał Zenon Fajfer w Elewatorze), miał w ogóle jakieś znaczenie?

K.B.: O, nie, nie można pominąć sztuk plastycznych, a ściślej: nie można zrezygnować z obrazu w opisie Wake. Chyba że potraktuje się budulec tekstu jako proliteracki aksjomat, że przyklaśnie się pewnego rodzaju uzurpacji ze strony literatury, co prowadzi do tego, że mówimy dziś raczej, iż tekst składa się z wyrazów (a nie z obrazów zwanych wyrazami), te zaś skomponowane są z liter (a nie z obrazów zwanych literami). Prymarnie litery to rysunki, które literatura grafice odebrała i uabstrakcyjniła je nie do poznania. Nie wszędzie się to (dość wrogie) przejęcie obrazu literaturze udało, dowodem tego są na przykład sinogramy, hieroglify, a w pewnym sensie również „kontrrewolucyjne” akty poezji konkretnej. Joyce, który w Wake korzysta i z tradycji egipskiej, i azjatyckiej, a poza tym odwołuje się do wyglądu, kształtu liter alfabetu, które w jego tekście ożywają, robią fikołki, kładą się na wznak — ma świadomość graficznej podbudowy swojej literatury (podobnie jak dźwiękowej bazy oratury). Ba, dociera oto do mnie, że JEŻELI (to duże, ale nie niemożliwe „jeżeli”) nie wiemy, co jest literacką istotnością Wake, tj. jeżeli deklarujemy pełną czytelniczą bezradność, wtedy pozostaje nam obcowanie z graficzną warstwą tekstu. Idąc dalej, okazuje się więc, że ja już dokonałem przekładu (literacko hermetycznej) grafiki na inną (wiernie literacko hermetyczną) grafikę — której tytuł toFinneganów tren. Cóż, tak czy owak: w pracy z Marcinem nasza graficzność była jasna, pierwsza, intencjonalna, dominująca, konstytuująca: tu elementami tekstowymi chcemy uzupełniać obrazy, służyć obrazom, a nie na odwrót. A co do poprzedników: znam (i kolekcjonuję) różne graficzne odpowiedzi na Wake: impresje, wariacje, reakcje, asocjacje; chciałem jednak, żeby nasza z Marcinem praca nie była zbyt swobodna (!), ale żeby zachowała z Wake możliwie szerokie iunctim. Żeby nie była grafiką okazji literatury, ale raczej razem z nią, obok niej. I to na tyle wyraźnie, by pozwolić się nazwać interdyscyplinarną translacją. Wśród warunków koniecznych przekładu podałem takie: przekształcamy w obraz wszystko (tj. nie dokonujemy zabiegu na fragmencie), czynimy to strona po stronie (tj. szanujemy kolejność wskazaną u Joyce’a), zaznaczamy tematy przewodnie, obecność głównych bohaterów, dominujące symbole z Wake. No a na końcu sprawdzamy, czy udało się w przekładzie przekazać zakładaną dominantę (niby-)semantyczną.

M.Sz.: Jeśli chodzi o wariacje na temat FW, znam jedynie prace Krzysztofa. Były one dla mnie ogromną inspiracją i wyznaczały pewną drogę, której kolejnym etapem stał się nasz wizytownik. Miałem więc to szczęście (albo pecha), by podejść do tematu bez bagażu doświadczeń innych twórców, którzy zmagali się z FW. Wyjątkiem jest może projekt graficzny Stephena Crowe’a (Wake in progress), który na bieżąco śledzę i bardzo bym chciał, by dotrwał do końca. Nie był on jendak dla mnie punktem odniesienia podczas tworzenia ilustracji do wizytówek. To zupełnie inny świat: świat naszej translacji, naszych inspiracji, nawiązań, wyborów, odczytań.

G.O.: Wasz projekt ma dość nietypową formę — wizytownik. Trzeba przyznać, że był to niezwykle logiczny wybór, zważywszy jego obrotową, kolistą formę. Odsyła ona do inspirowanej myślą Vico konstrukcji powieści, ale też do ostatniego zdania, które znajduje dopełnienie w zdaniu pierwszym. Fakt, że mamy tu do czynienia z wizytówkami, jest już nieco bardziej enigmatyczny. Jak rozumiem, można go traktować jako dość nietypową formę zaproszenia do zapoznania się z tym dziełem. Może są jednak jakieś inne — zapewne tak — powody wyboru takiej właśnie formy?

K.B.: Wizytownik ma nad Finnegans Wake pewną przewagę prorecepcyjną: można objąć wzrokiem naraz cztery wizytówki, a przecież czterech stron tekstu się tak nie ogarnie. Poza tym wizytówki obracają się w dwóch niezależnych kolumnach: po paru obrotach ujawniają się przed oczami karty oddalone numerycznie. Zaryzykowałbym tezę, że autonomia tych kolumn służy kompensacji w przekładzie: skoro w języku plastyki nie możemy uzyskać precyzji właściwej dla języka literackiego, to musimy powetować to gdzie indziej, zastąpić ją czym innym: i właśnie, zwiększając potencję skojarzeń skrośnych (a wszak przypadkowość znaczeń i ich powoływanie w drodze swobodnej asocjacji to dystynktywne cechy języka Finnegans Wake). Co do „zapraszania”: nasz wizytownik ma zapraszać dokładnie tak, jak zaprasza Finnegans Wake. A więc na pierwszy rzut oka jesteśmy otwarci i zwyczajni, ale potem częstujemy odbiorcę kodem — który jednych odrzuci, ale innych skłoni do zanurzenia się głębiej. I u Joyce’a, i u nas zastosowany został pewien rodzaj kamuflażu.

M.Sz.: Obrotowość wizytownika jest gwarancją przygody (i zabawy). Lepiej niż książka pozwala na docieranie do różnych nawiązań, skojarzeń, tożsamych i bliźniaczych motywów. Znam osoby, które do Finneganów trenu nigdy nie zajrzą, ale wizytownik oglądają z autentycznym zainteresowaniem — raz w skupieniu, raz z dziecięcym zachwytem. Przestaje nagle przeszkadzać wielość motywów, symboli, elementów niezrozumiałych, rebusów, kodów. Podobnie nie jest już przeszkodą losowość w generowaniu znaczeń, bo wynika ona z natury wizytownika. W warstwie powierzchniowej nie jest Finnegans Meet tworem tak niezrozumiałym i dziwnym jakFinnegans Wake, gdyż odbiorca przez formę dzieła akceptuje „wielość” osób, firm, usługetc., i nikt od niego nie wymaga, by trudził się składaniem wszystkiego do kupy, znajdowaniem ostatecznej prawdy, semantycznej pełni, układaniem rozpuzlowanego obrazu.

G.O.: Krzysztofie, Finnegans Wake powstawało, gdy europejskie awangardy odgrywały kluczową rolę w kulturowym krajobrazie początku wieku. Można by rzec, że dzieło Joyce’a jest niejako modelowym dzieckiem wieku. Jednocześnie traktowano je jak bękarta, bo nawet najwięksi admiratorzy pisarza mieli z tym utworem spore kłopoty. Abstrahując od recepcyjnych przygód, o których można by zapewne gadać godzinami, chciałbym cię zapytać o to, co wciąż jest w tym utworze aktualne. Czy idealnym miejscem dlaa niego jest muzealna półka? Czy wręcz odwrotnie, jego awangardowy potencjał wciąż jest znaczny?

K.B.: Odpowiedź zależy od siły oczekiwań i przyzwyczajeń czytelnika. Szukasz fabuły? Nie sięgaj po Wake. Chcesz literatury, w której od metody ważniejsza jest treść? Nie sięgaj poWake. Uważasz, że skoro można tę książkę czytać dekadami, to ani chybi skrywa się w niej jakiś graal literatury, jakiś diament największy? Nie sięgaj po Wake. Przeczuwasz, że to jakieś mistycznie przekombinowane banialuki? Nie sięgaj po Wake. Nie lubisz mieszać ani być mieszanym? Nie sięgaj po Wake. Ale jeśli chcesz sprawdzić, jak wstaje znaczenie Quine’owskiego gavagai? Sięgaj. Podnieca cię język? Sięgaj. Wolisz fizykę kwantową od innych? Sięgaj. Mocniej pociąga cię la langueniż la parole? Sięgaj. Uważasz, że dźwięk najpełniej brzmi w ciszy? Sięgaj. Masz parę lat wolnego czasu? Sięgaj. Bierzesz poprawkę na to, że może właśnie wpuszczam cię w maliny, ale godzisz się z możliwością straty? Rzuć monetą.

G.O.: Zamiast opublikować jakąś naukową książkę na temat Finnegans Wake, rzucić polskim czytelnikom dzieła Joyce’a jakiś podręczny i poręczny zestaw wytrychów, zostałeś autorem dwóch projektów, które odsyłają do ostatniego dzieła Joyce’a, choć trudno w nich szukać pomocy w egzegezie. Miast redukować sensy, multiplikujesz je. Można by powiedzieć, że wyciągasz skrajne konsekwencje ze stwierdzenia Joyce’a, który w jednej z rozmów powiedział ponoć, że „FW to czysta muzyka”. Ponieważ ani Finnegans Wake, aniDa Capo al Finne nie miały jakichś gigantycznych nakładów ani też możnego protektora, który zadbałby o ich odpowiednie rozreklamowanie, może ty mógłbyś powiedzieć czytelnikowi „Opcji” (na przykład w poetyce reklamy), jaka była ich geneza i cóż można w nich znaleźć?

K.B.: Opracowanie encyklopedyczne raczej nie ma sensu: egzegez Wake jest już tyle, że nie sposób ich poznać. Po co jeszcze jedna? Czy naprawdę ktoś chciałby obejrzeć dwa-trzy tysiące stron moich notatek? Ile zapłaci? Zrobiłem wyjątek dla (szumnie mówiąc) teorii przekładu czy też praktyki przekładu, czy jeszcze inaczej: odniesienia orientalnej teorii wojny do praktyki przekładu. Uznałem, że tego jeszcze nie było i że może być ciekawe. W ten sposób na rynek wydawniczy trafiło Fu wojny, tekst, z którego jestem — w imieniu autorów opracowanych tam przeze mnie chińskich traktatów — bardzo dumny. Z pojęciem „czysta muzyka” mam problem. Cóż to znaczy? Równanie „FW to zapis dźwięków” akceptuję za to bez specjalnych oporów. KsiążkaDa capo al Finne sprowadza Finnegans Wake do kryptogramu muzycznego — po to, aby w tym kryptogramie móc odnajdywać uproszczone zapisy cudzych motywów muzycznych. Czyli: weź z Wake sekwencję liter muzycznie symbolicznych i przypisz im odpowiednie długości (według własnego uznania), a pozyskane nuty zagraj jak jakiś motyw z Gwiezdnych wojen. Nie tylko zyskasz radość zamiany literatury na muzykę, nie tylko staniesz przed dylematem: „Kto tu jest faktycznym kompozytorem?”, ale w nagrodę będziesz mógł zastanowić się, „czy to  jest motyw z Gwiezdnych wojen”. Jeśli nie, to będziesz zastanawiać się, gdzie przebiega granica identyfikacji utworu X jako X i swobody tworzenia wariacji na temat X? (a jeśli tak, to będziesz się zastanawiać się, dlaczego maestro John Williams nie dzieli się z tobą honorarium). Liter wykorzystanych w Da capo al Finnejest tylko osiem: ABCDEFGH, jak la-b-do-re-mi-fa-sol-si. Ale czemu tylko te? Czemu nie wykorzystać innych notacji? — spytał ktoś. Spytał — i dostał odpowiedź: Finnegans Wake, tekst, który zbiera do kupy różne notacje muzyczne, historyczne i aktualne, bardziej i mniej popularne, z Zachodu i Wschodu, po to, by stwierdzić, że ponad 96 procent tego tekstu to oznaczenia i skróty muzyczne. (Powtarzam więc: jeśli coś wygląda jak literatura, pachnie jak literatura i ma litery jak literatura, to wcale nie musi być literaturą.) No a poza tym: czy to nie frajda dowiedzieć się, że w Wake tylko jeden raz występuje sekwencja „tpt” i sekwencja „xyl”, a przy tym po sto sekwencji „gui” i „mic”? Czy Joyce podpowiada instrumentarium? Że niby to utwór na sto gitar przy stu mikrofonach, z trąbką i ksylofonem w partiach solowych? Toć tylko brać i grać [śmiech]. Na koniec zaś jeszcze jeden raryts (katalog Biblioteki Narodowej mi świadkiem): Finnegans Wake to drugi — po Hotelu Finna — pośmiertny utwór Joyce’a, i jedyny muzyczny!

G.O.: Przez całe lata — praktycznie od 1923 roku do momentu wydania — dzieło Joyce’a funkcjonowało pod tytułem Work in Progress. Czy i wasz projekt wciąż jest w toku, czy raczej obcujemy z pracą zamkniętą, skończoną?

K.B.: O tak, nasz projekt jest w toku — i to na kilka sposobów. Jeden z nich, sposób dokuczliwy, lecz odnoszący się ładnie do kategorii „błędu” w Finnegans Wake, wynika z ludzkiej omylności. A więc zdarzają się literówki, które należy poprawiać, mieszają się liczby, które aż proszą się o przemodelowanie, dorysowanie. Podobnie jak Wake, tak i nasza praca istnieje w różnych wariantach: w wielu wersjach roboczych (cyfrowych), testowych, w wersjach wystawienniczych, w wersji idealnej (do której dążymy), wersji planowanej do szerszej dystrybucji (ale tu musielibyśmy jakoś przeskoczyć kłopotliwość formy: obrotowy wizytownik z dostateczną liczbą koszulek kosztuje dosyć dużo.) A może okaże się, że praca będzie upowszechniana przede wszystkim w wersji nieobrotowej (np. na planszach) i fragmentarycznej? No cóż, zżymam się na to trochę, bo nie po to wymyśla się obrotowość wizytownika, by z niej rezygnować pod presją rynku, ale pociechą jest mi świadomość, że także lektura Finnegans Wake jest — być może najczęściej — przypadkowa i wycinkowa. W innym znaczeniu „toku” — Wake pozostaje w toku i my pozostaniemy w toku: nie ma żadnej daty ważności procesu dopisywania coraz nowszych interpretacji. Stąd z otwartą przyłbicą stawiamy na niektórych wizytówkach odwołania do Pynchona, Lovecrafta, Pratchetta, Tolkiena i innych, czy do historii po-Joyce’owskiej.

G.O.: Krzysztofie, na koniec chciałem cię jeszcze zapytać o to, co sprawiło, że porzuciłeś muzykę i zająłeś się sztukami wizualnymi. Jest to też pytanie o twoją rolę w tym projekcie i rodzaj waszej współpracy. Rola Marcina jest jasna — wykonawca — a twoja?

K.B.: Impulsem jest zdrowie — już nie to, co za młodu. Nie mogę w każdym medium kręcić się przy Wake po 10–15 lat, nie mam po prostu tyle czasu (a poza tym wcale nie rozwiodłem się z muzyką: działam na przykład w zespole pracującym nad udźwiękowionym audiobookiem Finnegans Wake.) Co do zakresu obowiązków we współpracy z Marcinem, to wskazujemy je na wizytówce numer dwa. O, proszę:


KRZYSZTOF BARTNICKI — pisarz, tłumacz, awangardysta. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz laureat Nagrody „Literatury na Świecie”. Autor pierwszego polskiego przekładu Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. W 2014 opublikował Da capo al. Finne (kryptogram muzyczny dzieła Joyce) oraz Finnegans _ake (partyturę Joyce’owskiej suity Eis-dur).

MARCIN SZMANDRA — poeta, prozaik, artysta sztuk wizualnych. Opublikował tom poezji Rojbry, cierczki i spacnioki oraz zbiór opowiadań Harmiderek. Autor ilustracji do Finnegans Wake (Finneganowizje). Wraz z Krzysztofem Bartnickim przygotował projekt Finnegans Meet.

GRZEGORZ OLSZAŃSKI — poeta, krytyk muzyczny, filolog. Autor kilku książek poetyckich i dwóch prozatorskich.

Dodaj komentarz