Hanna Kocur | Życie ukryte w słowach (Grzegorz Bogdał, „Floryda”)

Na początku tego roku do księgarń trafiła debiutancka książka Grzegorza Bogdała zatytułowana „Floryda” – pozycja sprawiająca wrażenie literackiego eksperymentu, w którym autor zdaje się badać możliwości formalne, jakie oferuje mu proza. W każdej z pięciu opowieści testuje on inną formę nadawczą, bawiąc się językiem i tradycją literacką. Pojawia się zatem list adresowany do papieża, monolog skierowany do ptaka i stenograf rozmowy, w której odnotowane są tylko wypowiedzi jednej strony. Ta polifoniczna forma, miejscami dodatkowo podwojona przez zastosowanie mowy pozornie zależnej, sprawia wrażenie kakofonii, w której nie wiemy dokładnie kto mówi i do kogo, ale mimo wszystko czytamy i dajemy się ponieść temu potokowi nieskrepowanych monologów. 

Wszystkie te części są względem siebie równorzędne, ale w każdej z nich występuje inny narrator, opisujący inne zdarzenia. Przy czym zaznaczyć należy, że przedstawione wypadki raczej nie pochodzą z rejestru tematów często spotykanych w literaturze, a same opowieści nie są zbudowane w sposób kanoniczny. Zdaje się, że narratorzy nie mają ambicji stworzenia spójnych historii, a jedyną ich potrzebą jest rozmowa, możliwość mówienia i dzielenia się własnymi troskami. W kolejnych rozdziałach powtarza się bowiem ten sam, luźny tok narracji stylizowanej na mowę potoczną. Zaprezentowane przez Bogdała opowiastki trudno jest nawet zaklasyfikować gatunkowo, bo choć łatwo można dostrzec w nich pewne nawiązania do tradycji gawędy, autor nie traktuje tych tropów bardzo wiążąco. Można odnieść wrażenie, że jedynie oddaje on swoim bohaterom głos i pozwala mówić, co im w duszy gra. Czytelnik zaś włącza się w ten monolog jakby w środku opowieści, która zresztą nawet nie jest przeznaczona dla niego.

Dlatego też proza Bogdała sprawia wrażenie rozmowy przypadkowo podsłuchanej lub korespondencji, która trafiła do rąk osób trzecich. Żadna z części nie wpisuje się w klasyczne ramy formalne opowiadania. Od pierwszych zdań narratorzy przenoszą nas do swoich światów, nie oferując żadnych informacji wprowadzających, by skończyć wypowiedź w wybranym przez siebie momencie i swobodnie porzucić swojego odbiorcę. Stąd większość tych historii pozbawiona jest rozwiązania i zakończenia, przynajmniej w klasycznym ujęciu. Taka z pozoru przypadkowa budowa wydaje się jednak adekwatna do fabuły, sprawiającej wrażenie błahostki nieprzystającej do wielkiej literatury. Poszczególne historie z „Florydy” składają się z banalnych zdarzeń rozgrywających się w scenerii, w której nie obwiązuje zasada prawdopodobieństwa. Autor nie wydaje się zainteresowany budowaniem dramatycznych, wielkich narracji, dlatego nawet tragedia i zbrodnia są tutaj wpisane w szarą codzienność i normalność. Przy czym ową zwyczajność należy wziąć w nawias, bowiem w wykreowanej przez Bogdała rzeczywistości nic nie jest tym, czego czytelnik mógłby oczekiwać, zaczynając od samych bohaterów-narratorów, z których każdy jest w jakiś sposób okaleczony, zdeformowany lub w inny sposób fizycznie naznaczony. Wszystko to wydaje się jednak komponować w spójną całość: proste historie opowiadane przez niedoskonałych, przypadkowych ludzi, sprawiają wrażenie czegoś niedokończonego i stworzonego jakby naprędce.

Jednocześnie jednak, pomimo wszystko, każdy z narratorów stara się nadać swojej opowieści porządek i sens, kreując w ten sposób również siebie i swoje życie na nowo. Bohaterowie Bogdała nakładają maski i odgrywają role znane im z historii, kultury i telewizji, stając się – przynajmniej we własnym mniemaniu – kimś. Nie jest do końca ważne, czyje życie naśladują, istotne jest to, jak mówi jeden z bohaterów, który samego siebie określa jako sobowtóra Freddy’ego Mercury’ego, że nie trzeba być „tylko sobą”. Również pozostałe postaci i ich historie stanowią nie do końca udane kopie czegoś znanego, oswojonego i przez to pozornie bardziej realnego. Koniec końców mistyfikacja, pomimo rekwizytów i starań bohaterów, wychodzi na jaw. W oparciu o tę zasadę autor skomponował wszystkie części swojego debiutanckiego dzieła, z których każda odnosi się do pewnego wzoru, znanego z biblii lub nawiązującego do historii. W obu przypadkach  mamy do czynienia z archetypicznymi obrazami mocno zakorzenionymi w kulturze, branymi jednakże w nawias. Inspiracje te przyjmują postać transformacji ewangelicznych przypowieści o nauczającym i uzdrawiającym Jezusie, których autor pozbawił jednak biblijnej powagi, na apostoła wybierając karła, a zdolności uzdrawiające nadając psu. Autor wykorzystuje zatem gotowe wątki, postaci i historie, ale nigdy nie doprowadza ich do końca, porzucając gdzieś po drodze również zasady prawdopodobieństwa i tworząc swoją własną wariację na ich temat. Ironia, z jaką Bogdał podchodzi do kultury i tradycji, ma charakter niemal obrazoburczy; znosi wszelkie hierarchie i nieustannie mieszają porządki sacrum i profanum. W tej wyzwolonej z realistycznej logiki rzeczywistości bohaterowie zmagają się wciąż z tymi samymi uniwersalnymi problemami zbrodni, winy i pamięci, jednak zamiast popadać w tragiczną powagę, ciągle ocierają się o groteskę, która, jak się zdaje, jest immanentną cechą świata „Florydy”.

Inspiracje autora nie wyczerpują się jednak na kwestii  judeochrześcijańskiej. Bogdał czerpie pełnymi garściami z kultury i tradycji, zasiedlając świat Florydy archetypicznymi postaciami i motywami. Przykładem na to może być chociażby postać matki, rytualnie zabitej przez syna, której martwe ciało, stale obecne w życiu mordercy, staje się symbolem winy, ale i próby odkupienia przez przyjęcie systemu wartości ofiary. Dochodzi tu zatem do swoistej trawestacji  freudowskiego odczytania pierwotnego mordu, w której miejsce zabitego praojca zajmuje matka – kura domowa. Bogdał jest doskonale świadomy kultury, w której żyje, i z premedytacja gra z jej kodami, konwencjami i konwenansami. Jego pastiszowe parafrazy toposów pozwalają zadać pytanie o ich aktualność w świecie wypaczonym i miejscami brutalnym, ale przy tym wszystkim zadziwiająco dobrze nam znajomym. Bowiem pomimo eksperymentów formalnych i elementów z realizmem magicznym postacie zasiedlające świat „Florydy” zdają się swojskie i niepokojąca nam bliskie.

Grzegorz Bogdał: „Floryda”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2017.


 

Hanna Kocur – ur. 1990, absolwentka filologii polskiej, aktualnie studiuje filologię serbską i chorwacką na Uniwersytecie Wrocławskim.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>