Is there future forever? | Z Miszą Mostem i Mają Kolesnik rozmawia Łucja Malec-Kornajew

ŁUCJA MALEC-KORNAJEW: Jak wyglądały początki twojej przygody z graffiti?

MISZA MOST: Ważne jest przede wszystkim to, że zacząłem malować graffiti, kiedy ono się dopiero w Rosji pojawiało i gdy w ogóle niewiele osób wiedziało, co to takiego. Projekty te były wtedy czymś niezwykłym. Choćby dlatego, że nie można było dostać normalnych farb. Teraz można pójść do sklepu, kupić jakieś sensowne czasopismo, obejrzeć filmy, są nawet podręczniki do graffiti. Ponadto chociaż środowisko było niewielkie, to i tak najpierw musiałem dostać się do środka tej struktury. Mimo że graffiti wydaje się domeną wolności, to tak naprawdę rządzi się swoimi zasadami. Musiałem wniknąć w to środowisko, z jego hierarchią wartości, i zorientować się w powiązaniach między ludźmi, musiałem się dowiedzieć, kto jest tam ważny, a kto mniej…

Ł.M.-K.: Twoja sztuka ewoluowała od estetyki punkowo-komiksowej — jak twoje wczesne projekty, np. No Future Forever — do bardzo oszczędnej w formie, przywodzącej na myśl poezję. Oplatasz mury nieistniejącą roślinną wicią albo „punktujesz” je.

M.M.: Tak, wiele prac jest rezultatem kilku bodźców, czasami całego ich zestawu, które w rezultacie zmierzają do jakiegoś zwartego finału. Na przykład kiedy pracuję nad czymś, co zostanie potem natychmiast zamalowane, chcę szybko zareagować. Mam do tego specjalne narzędzie — taki ogrodowy opryskiwacz z plastikowym pojemnikiem.

MAJA KOLESNIK: Takie coś nam czasem w domu wybucha i wszędzie jest pełno farby [śmiech].

M.M.: Kiedy maluje się przy użyciu tego urządzenia, wychodzą różne zupełnie abstrakcyjne rzeczy — zajmuje to najwyżej jakieś piętnaście minut. W krótkim czasie można pokryć farbą ogromną przestrzeń. Nawet jeśli ktoś chce ją potem zamalować, to nie jest mu już tak łatwo, bo trzeba pokryć całą ścianę. Powstaje wtedy coś w rodzaju dialogu między tymi, którzy zamalowują ściany, wyścig: kto wygra — ja czy oni. Może faktycznie ostatecznie pojawia się abstrakcja, poezja, jakieś dziwne rzeczy, ale są one rezultatem działania w konkretnej sytuacji. W tym przypadku ważną rolę odgrywa też nieprzewidywalność narzędzia — trudno się nim maluje i nie do końca wiadomo, jaki będzie efekt.

Ł.M.-K.: Dialogujesz w ten sposób ze… strażą miejską?

M.M.: Tak, miałem nawet taki przypadek — na jakiejś ścianie już coś było namalowane, a ja to szybko dodatkowo obwiodłem konturem i powstał nowy rysunek, zajęło mi to może pięć minut. Potem zobaczyłem, że oni znów coś na tym namalowali, więc ja znów zachlapałem to farbą i dorobiłem duży napis, potem znowu oni coś tam zrobili, potem ja… Wyszła z tego cała rozmowa, dialog… mam to na zdjęciach. Czasem zamalowywali moje prace i te zamalowane fragmenty ściany były potem w innych kolorach, w dodatku pojawiały się różne niezaplanowane przeze mnie kształty — kwadrat, trójkąt. Mam całą dokumentację podobnych działań, obserwowałem je. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby spróbować kontrolować tego rodzaju sytuacje. Zacząłem malować na murach nieduże kwadraty w kontrastowych kolorach i ludzie, którzy malowali ściany, kompletnie nie wiedzieli, co z tym robić. Przychodzą i widzą na przykład beżowy mur, a na nim bordowy kwadrat. Niby nic tam nie ma, ale coś jest nie tak. Jakby coś zamalowano, może jakiś napis. Dla mnie jako artysty było to bardzo ciekawe, gdy chodziłem po mieście i widziałem je jeszcze przez dłuższy czas. Wyszedł z tego cały dialog i dlatego nazwałem tę serię Dialogi. Gdyby to był napis na trzy litery [w Polsce na cztery — Ł.M.-K.], to pewnie od razu by zniknął… Moskwa jest pod tym względem bardzo zadbanym miastem, nawet obcokrajowcy często mi mówią, że trudno u nas natknąć się na graffiti.

Ł.M.-K.: Kolory farby w Dialogach przypominają kolory ścian w rosyjskich domach, w dodatku ta farba wygląda tak, jakby łuszczyły się jej kolejne warstwy… Czy to dobre skojarzenie?

M.M.: Tak, to są te same ciężkie farby emaliowe, których używa się do malowania klatek schodowych. A skojarzenie z odłażącymi warstwami farby? Mniej więcej tak. Nie mogę powiedzieć, żeby to był zamierzony efekt, ale jest coś na rzeczy. Nie starałem się, żeby ta farba wyglądała na starą, ale na pewno ważna była kontrastowość, nawarstwienie, zależało mi na malarskim efekcie. Starałem się tę pracę specjalnie skomplikować, tak żeby nie były to tylko warstwy farby, chciałem stworzyć interesującą artystycznie abstrakcję.

Ł.M.-K.: W naturalny sposób w waszej twórczości pojawia się też dialog między wami obojgiem. Kiedy działasz sam, a kiedy występujecie razem z Mają? Od czego to zależy?

M.M.: Pracujemy w różnych stylach, rozpracowujemy różne koncepcje. Czasami mamy ochotę zrobić coś razem — jesteśmy przecież parą, ciekawi nas, co z tego może wyniknąć. To coś w rodzaju wzajemnego uzupełniania się. Dość trudnego, bo trzeba uzgodnić jakieś pomysły, plany…

M.K.: Pracowaliśmy razem w Moskwie, występowaliśmy na różnych festiwalach, robiliśmy wspólnie kompozycje naścienne, panneau…

Ł.M.-K.: Przepraszam, jeśli to zbyt intymne pytanie, ale czy to jakoś wpływa na wasz związek?

M.K.: Nie, w żaden sposób. W ogóle każde z nas odbiera sztukę inaczej, całkiem odmiennie. A kiedy pracujemy wspólnie, dochodzi do wymiany myśli, do wzajemnych inspiracji.

M.M.: Ciekawi nas wspólna praca, chcemy coraz częściej działać razem, nieźle nam to wychodzi. Maja ma świetne wyczucie formy, z wykształcenia jest architektem, jej graffiti są bardziej wyraziste, podczas gdy moje skłaniają się do form abstrakcyjnych.

Ł.M.-K.: Czy kiedy robicie coś razem, to Misza jest liderem, kieruje takim projektem?

M.M., M.K.: Nie, to nie tak, te prace są naprawdę wspólne.

M.M.: Nie da się tak łatwo określić, kto co wnosi do tych realizacji. Bardzo trudno byłoby odpowiedzieć na pytanie, na jakiej zasadzie dwoje tak różnych artystów jak my pracuje razem… To jest raczej pytanie dotyczące przyszłości.

Ł.M.-K.: A czy wy w ogóle chcecie, żeby odbierano was jako zespół?

M.M.: Nie zastanawiamy się nad tym, po prostu czasem robimy coś razem.

M.K.: Pomagamy też sobie nawzajem w pracach realizowanych indywidualnie, prosimy się nawzajem o korektę, o obiektywny osąd… to bardzo pomaga.

Ł.M.-K.: Wracając do samego malarstwa, Misza, czy inspirujesz się jakimiś artystami? Pytam, ponieważ kiedy patrzę na niektóre z twoich prac, przychodzą mi na myśl klasycy action painting, abstrakcji…

M.M.: Wiesz, ja mam z tym problem. Trudno mi wymienić ulubionych artystów, raczej staram się na nikim nie wzorować. Częściej chyba przeglądam swoje stare prace, próbuję sobie przypomnieć, jakie prowadziły mnie wtedy emocje, i przemyśleć je na nowo. Dodatkowo wpływa też na mnie to, co się dzieje w kraju, na co trzeba reagować. Nie należę do artystów, którzy potrafią przekształcić czyjąś ideę lub pracę w coś nowego. Ja raczej przyglądam się życiu i różnym sytuacjom. Może dlatego w Rosji tak trudno się o mnie pisze, bo nie wiadomo, do czego moje prace porównać, do jakiej tradycji odnieść. U nas się przyjęło, że tworzy się w nawiązaniu do czegoś, co już było, do jakiejś szkoły, na przykład do moskiewskiego konceptualizmu. Ale nie wiadomo, jak pisać o czymś nowym.

Ł.M.-K.: Ale jednak twoje prace są w Rosji pokazywane, jesteś znany…

M.M.: Oczywiście mam wystawy, nie mogę narzekać. Jednak to też stanowi część określonej sytuacji — tutaj na przykład [na wystawie Angry Birds, podczas trwania której rozmawiamy — Ł.M.-K.] jest pokazana grupa artystów, którą tworzymy my, czyli ludzie uprawiający inną sztukę. Pojawia się między nami jakaś wspólna energia. Na przykład prace Dawida [Ter Oganyana], twoje [Mai Kolesnik], zawierają w sobie pewne wspólne przesłanie, istnieje jakiś przesył energii. Inni artyści w Rosji, na przykład „Nowi Nudni”, tworzą spokojniejsze prace. W rosyjskiej sztuce są pewne puste miejsca i staram się je zapełnić…

Ł.M.-K.: Trudno jest przestawić się z malowania wielkich formatów, ścian, na mniejszy format płótna? Wystawiasz w galeriach też takie prace…

M.M.: Maja faktycznie ma z tym problemy — ona tworzy obrazy mające sześć lub nawet osiem metrów wysokości lub szerokości. Pojawia się więc problem, jak pomieścić je w mieszkaniu, żeby potem sprzedać. To nie jest raczej format komercyjny, a w Rosji w ogóle ze sprzedażą sztuki nie jest zbyt różowo. Wiadomo, że większa praca sprzeda się trudniej niż mniejsza, ale i ta mniejsza sprzedaje się raz na dwa lata. Na ścianie nie szkoda mi powierzchni, nie spodoba mi się coś — to proszę, masz inną ścianę, idź i maluj. Mur jest jednak czymś innym niż ramy płótna albo nawet ściana w galerii. Nie będę na przykład robić napisów graffiti na płótnie.

Ł.M.-K.: A udaje się wam żyć z waszej sztuki?

M.M.: Nie, w Rosji to się nie udaje, trzeba zajmować się czymś jeszcze. Mówię nie tylko o nas, wielu ma taki problem, nawet starsi, uznani artyści. Z drugiej strony można spojrzeć na to też w taki sposób, że jesteśmy dzięki temu bardziej niezależni. Możemy malować to, na co mamy ochotę. Na Zachodzie sztuka jest całkowicie podporządkowana komercji. Tam w dziewięćdziesięciu procentach (z małymi wyjątkami) to galerie albo instytucje dyktują artyście, czym ma się zajmować. A u nas na odwrót — dziewięćdziesiąt procent artystów, którzy pojawiają się na wystawach, rzeczywiście robi, co chce, są niezależni.

Ł.M.-K.: I postanowiliście, że wyjdziecie na ulicę — będziecie ratować ludzi, uczyć ich, jak żyć…

M.M.: Przedtem też wychodziliśmy na ulice. Teraz staliśmy się bardziej konceptualni niż wcześniej, gdy tworzyliśmy wyłącznie graffiti. Wydorośleliśmy i zrozumieliśmy, że dysponujemy narzędziem, dzięki któremu możemy o czymś opowiedzieć. Ja znam miasto, wiem, gdzie można szybko i bezpiecznie zadziałać, mam też potrzebne narzędzia malarskie. A jeśli ktoś ich nie ma, to będzie pisał w internecie albo pokazywał w galeriach. Nasza publiczność też się rozszerza — weźmy na przykład pracę, którą zrobiłem w Warszawie: wystawa się skończy, a graffiti w mieście zostanie, może na dwa kolejne lata, może na pięć…

Ł.M.-K.: Możesz powiedzieć więcej o tym, co stworzyłeś w Warszawie?

M.M.: Wychodziliśmy razem z Mają. W pojedynkę to jest trochę trudne i zarazem nudne. Starałem się wybrać takie miejsca, gdzie pojawia się wielu ludzi. A im bardziej widoczne miejsce, tym oczywiście bardziej niebezpieczne, zwłaszcza w nieznanym mieście, Co więcej, jeśli tutaj miałbym problemy z policją, to miałbym też może potem kłopot z wjazdem do Europy. W Niemczech za takie rzeczy dają mandat wysokości 500 euro, a potem mogą zapytać: „Jakie pan miał problemy z prawem…?”.

Ł.M.-K.: Ale tutaj nic takiego się nie stało?

M.M.: Wiesz, po prostu uważałem [śmiech]. Ale w ogóle dużo tu u was patroli jeździ po ulicach, u nas, w Moskwie, nie ma czegoś takiego, to mnie zdziwiło. A wracając do tematu — chodziliśmy i szukaliśmy nocą miejsca, w którym potem malowałem, a Maja mnie pilnowała. Na końcu, już w dzień, zrobiliśmy zdjęcia gotowej pracy i ludzi, którzy idą na jej tle. A w samym graffiti chodziło o to, żeby utrwalić cienie i sylwetki demonstrantów. Zwykle, kiedy jest demonstracja, następnego dnia nie ma już po niej śladu, miasto w tym miejscu żyje tak jak wcześniej, jakby nic się nie wydarzyło. Ulicą może przejść 30 000 osób, a nazajutrz jest tak, jakby nic się tam nie działo, będą jeździć samochody, ludzie będą robić zakupy… Ja starałem się zapisać znak, tak jakby tutaj była demonstracja, „odcisnąć” nastroje ludzi, którzy w niej szli — „Widmo rewolucji krąży po Europie”, bo to są widmowe prace. Starałem się zrobić je malarskim gestem, żeby mnie samemu miło się na to potem patrzyło.

Ł.M.-K.: Czy wasze prace komentują sytuację w Rosji, czy mają wymowę bardziej globalną?

M.M.: Nie chcemy być lokalni, nie chcemy robić projektów, które są reakcją na to, że zdemolowano piaskownicę na naszym podwórku. Nasze graffiti w Warszawie może się odnosić i do tego, co dzieje się teraz w Rosji, i do tego, co bardziej uniwersalnie, do demonstracji na świecie. Mogłoby się pojawić w dowolnym mieście, niekoniecznie w Warszawie. W ogóle lata 2011 i 2012 obfitowały w demonstracje, gdzieś, chyba w „The Times”, nie pamiętam dokładnie, ogłoszono je czasem protestów. Możliwe więc, że nawet gdyby nie było tego w Rosji — również zrobiłbym taką pracę…

Zapis rozmowy, która odbyła się podczas otwarcia wystawy Angry Birds, prezentującej młodych rosyjskich twórców w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie w marcu 2012 roku. Misza z pomocą Mai stworzył wówczas przy jednej z warszawskich ulic politycznie zaangażowane graffiti nawiązujące do buntowniczych nastrojów panujących w 2011 roku w Rosji — namalował przypominający kardiogram szkic postaci maszerujących demonstrantów.

MISZA MOST — ur. w 1981 roku w Moskwie, uczestnik wielu wystaw w Rosji i za jej granicami: w Bolonii, Nowym Jorku, Bazylei, Warszawie, Paryżu i wielu innych miastach. Graffiti zajmuje się od 1997 roku. Jest autorem cykli projektów wykonanych na ulicach Moskwy i innych miast, jak No future forever, Dialogi, Constitution live, Kamery. Tematyka i estetyka jego prac waha się od punkowej po liryczną, jest mocno zanurzona w kontekście politycznym. Misza jest jednym z bohaterów pełnometrażowego dokumentu telewizji Arte dotyczącego street-artu w USA, Rosji i Europie.

MAJA KOLESNIK — ur. w 1986 r. w Odessie, jest absolwentką Odeskiej Państwowej Akademii Budownictwa i Architektury. Zajmuje się architekturą i street-artem. Brała udział w licznych wystawach w Moskwie (m.in. w ramach specjalnych projektów IV Moskiewskiego Biennale Sztuki Współczesnej), Kijowie (m.in. wystawa 20 Nominantów Szort Listy Nagrody Pinczuka), Szargorodzie, Petersburgu, Rostowie n. Donem, a także w Szwajcarii i Polsce. Jako artystka i projektantka działa samodzielnie oraz we współpracy z Miszą Mostem.

ŁUCJA MALEC-KORNAJEW — ur. w 1979 r., prowadziła przez kilka lat program Biblioteka Sztuki. Spotkania w Małopolskim Instytucie Kultury w Krakowie, współpracowała też z festiwalem Krakowskie Reminiscencje Teatralne. Interesuje się sztuką współczesną krajów b. ZSRR, jest prezesem Fundacji Nowej Kultury i Sztuki BLOK. Otrzymała kilka nagród, m.in. za projekt współpracy transgranicznej w konkursie Kongresu Kultury Partnerstwa Wschodniego w Lublinie.