Jakub Skurtys | Not so serious, man („Neon Demon”, reż. Nicolas Winding Refn)

Niewinnie wyglądająca nastolatka (nie dajmy się zwieść pozorom!) Jesse (w tej roli wschodząca gwiazda i kolejne cudowne dziecko Hollywood – Elle Fanning) przybywa z prowincji by podbić świat mody. Dziewczyna zamieszkuje na obrzeżach Los Angeles w obskurnym, strzeżonym przez nieco podejrzanego Hanka (Keanu Reeves) motelu, do którego nocami zakradają się pantery. Jesse szybko uwodzi swoją naturalnością najwybitniejszych kreatorów mody i staje się prawdziwą gwiazdą. Znamy ten schemat amerykańskiego snu o kopciuszku w wersji celebryckiej, znamy na tyle dobrze, że z łatwością wpadamy w koleiny własnych przedsądów: wszystko skończy się źle, świat z kolorowych gazet okaże się pusty i okrutny, a film stanie się jego radykalną krytyką. Nic z tych rzeczy. „Neon Demon” Nicolasa Refna zręcznie wymyka się takim oczekiwaniom i pogrywa sobie nawet z dobrze znanym już stylem samego reżysera.

„Beauty isn’t everything, it’s the only thing” – tymi słowami, wypowiedzianymi w trakcie kawiarnianej rozmowy przez uznanego projektanta mody (między zdaniami cytującego Szekspira), można by podsumować najnowszy film Refna. W Cannes spotkał się on z mieszanymi reakcjami, od uwielbienia i zachwytów, po skrajne rozczarowanie krytyków  i gwizdy publiczności. U nas jest jak dotąd podobnie, na przykład Jakub Socha w relacji z Nowych Horyzontów postanowił potraktować film niczym traktat filozoficzny i rozprawił się z nim drastycznie, a samego reżysera określił mianem Lany Del Rey współczesnego kina. Mam jednak wrażenie, że oglądaliśmy z Sochą inny film lub od początku oczekiwaliśmy zupełnie czego innego od dzieła Refna. Problem z większością negatywnych recenzji „Neon Demon” streszcza się w jednym zaledwie zdaniu z relacji naszego krytyka: „Trudno się tylko zorientować, czy opowiadaną przez siebie historię – historię pięknej nastolatki z prowincji, dla której amerykański świat mody traci głowę – Refn traktuje poważnie czy bardzo poważnie”. Tu kryje się błąd, bo Refn swojej historii nie traktuje ani bardzo poważnie, ani nawet poważnie, i my też nie powinniśmy przesadzać. Przeciwnie – reżyser co chwile raczy widza absurdalnymi zwrotami akcji, tanią symboliką, scenami tak kuriozalnymi, ośmieszającymi już nie tylko estetykę glamour, ale w ogóle ambicje artystycznego kina, że nie sposób potraktować „Neon Demon” serio. Nie, to nie jest „traktat o pięknie” w stylu Sorrentino czy Kubricka, zrodzony z modernistycznych tęsknot i w ich duchu opowiedziany. To bezkompromisowe podszywanie się pod te tęsknoty, afiszowanie błyskotkami i tajemniczymi symbolami, by ostatecznie powiedzieć kilka słów nie tyle o bezdusznej rzeczywistości świata mody, ale o tym, o czym Refn opowiada nieustannie: o kinie, pragnieniu obrazów i ich złudzie. O ile jeszcze na „Valhalla Rising” mogliśmy dać się nabrać, bo najeżony pogańską i chrześcijańską symboliką, ociekający krwią i celebrujący antropologiczną ideę ofiary film pozostawał do końca w jednej tonacji, o tyle już wyłącznie zabawowych i efekciarskich „Drive” czy „Tylko Bóg wybacza” nie sposób było wziąć na serio. To wciąż doskonale zrobione filmy, ale nikt chyba, nie planując skrajnie wywrotowej analizy, nie będzie przykładowo posądzał wczesnego Tarantino o ciągoty filozoficzne, a Adama Sandlera nie oskarży o wywoływanie moralnego kaca.

Sam reżyser przyznawał, że nie obchodzi go za bardzo, czy stworzy film dobry czy zły w sensie estetycznym, ale czy ma on zdolność poruszenia widza, oczarowania go lub zniesmaczenia – wszystko jedno. Potraktujmy więc nowy film Refna nieco mniej ambitnie i dajmy mu w zamian tyle, ile on sam proponuje: trochę powierzchownego splendoru, wyczekany zachwyt i zachłyśnięcie się popcornem na co bardziej brutalnych scenach – z poczuciem, że ta przemoc musi przecież dokądś prowadzić. „Neon Demon” z maestrią przechodzi bowiem między konwencjami gatunkowymi: od dramatu o dojrzewaniu, przez paszkwil na świat mody i modelingu, thriller o modelkach-zombie, aż po soft porno i gore. Jest w nim pełno pustej symboliki i cały czas nadużywa się modernistycznego rekwizytorium, z okulocentryzmem na czele i iście bataille’owskim pragnieniem pożerania, którym wprost, bez owijania w bawełnę i fabularnego uzasadnienia, za to z wyraźnym hołdem w stronę Buñuela, epatuje reżyser. Nagromadzenie symboli oraz oniryczny i zarazem transowy klimat (wszak życie modelek toczyć się musi między planem zdjęciowym, pustymi mieszkaniami i neonowym klubem, najlepiej w rytmie filmów Xaviera Dolana) koniec końców tworzą przed nami iście pogańską balladę o cielesności. Refn staje się tu godnym następcą Davida Cronenberga – fetyszyzuje spojrzenie i ciało we wszystkich możliwych postaciach, otwiera je, łamie, napoczyna, zjada… Kto stanie z boku i przeczyta powyższe, stwierdzi z pewnością, że „Neon Demon” to w jeszcze większym stopniu eskalacja patologii i zboczeń, od których kino Duńczyka nigdy nie stroniło: z nekrofilią, gwałtem, pedofilią i antropofagią na czele.

Zderzenie naturalistycznych ujęć stosunku z martwym, poharatanym ciałem, nagranych w zimnych filtrach, z fantazją o masturbującej się nastolatce-lolitce w ciepłej tonacji domowego wnętrza, mimo oczywistej konwencjonalności, wciąż robi piorunujące wrażenie. Refn nie opowiada przecież o seksie i tylko po części o pragnieniach, które nas napędzają. W gruncie rzeczy, jeśli spojrzeć z ukosa (jak to kiedyś proponował Žižek), tworzy ów wyczekany przez krytyków traktat o pięknie i ułomności ludzkiego ciała, ale traktat na miarę XXI wieku, nie poszukujący już metafizycznych wytrychów, bezczelnie wykorzystujący przeszłe estetyki i wydobywający z nich pewien specyficzny rodzaj powierzchowności. „Neon Demon” to zatem feeria barw, modelki-manekiny, wampiry, sukuby, klasyczne już filtry w czerwieni i błękitach, a do tego pulsujące basy, ksylofon w tle i zmieniająca się na naszych oczach, młodziutka Elle Fanning, która właśnie wychodzi z roli wiecznego dziecka (przypomnijmy, że dwa lata wcześniej była jeszcze Aurorą w disnejowskiej „Czarownicy”).

Jest w tym filmie zarazem coś z Nowej Fali – pasja, z jaką kamera obserwuje twarz aktorki, jak pozwala jej się zmieniać przed obiektywem, nie tylko dzięki makijażowi i światłu, ale też odpowiednim kątom ujęć. To wielka zasługa operatorki (Natasha Braier), bo wespół z Refnem zdołali oni wydobyć z całkiem nieźle grającej Fanning coś, czego ona sama nie mogłaby oddać w tym wieku: demoniczność i delikatność zarazem, zawierającą się w najdrobniejszych ruchach mimicznych i niesymetryczności twarzy. Widać oczywiście, że młoda aktorka nie jest i nie była modelką, że nie porusza się profesjonalnie po wybiegu, nie ma odpowiedniej figury ani wzrostu i z pewnością nie stałaby się natchnieniem dla prawdziwego świata mody. Jej naturalny urok nie ma tu nic do rzeczy i pozostaje tylko argumentem za głównymi tezami Refna, ale też niespecjalnie nas to obchodzi, bo ulegamy (lub nie) czarowi światła i ciemności. Kluczowa w tym kontekście jest scena przemiany Jesse w studiu fotograficznym. Lampy gasną, a na zupełnie białym tle ekranu, w ciemności, zostaje ona – nagie, podatne na formowanie, nastoletnie ciało, oraz podstarzały artysta, fotograf-demiurg, który dopiero wydobędzie z niej doskonałość, pomaluje złotem i stworzy w ten sposób nową Boginię Piękna (z którą pochopnie zacznie się utożsamiać nasza bohaterka). Jest w tej scenie magia, a reżyser próbuje nas przez cały film omamić takimi właśnie sztuczkami: raz barokowym przepychem obrazów, to znów sterylnymi wnętrzami i kolorystyką, bo na jednym poziomie stawia tzw. wysoką sztukę i jej filozoficzne aspiracje ze zdjęciem do modowego pisma.

Zrobił Refn tak, jak wielokrotnie zapowiadał: nakręcił horror, w którym mógł zrealizować wszystkie swoje fantazje na temat kobiecego piękna, nie martwiąc się specjalnie o fabularną spójność ani głębię. Gdy jedna bohaterka wyczerpie się artystycznie, a kamera nie zdoła jej już bardziej uprzedmiotowić i opakować – nic strasznego, jej miejsce zajmie inna, doskonale zimna, statyczna i bezwzględna Sarah (w tej roli nareszcie profesjonalna australijska modelka Abbey Lee, znana z czwartej odsłony „Mad Maxa”), przypominająca raczej kobiecą wersję T-1000 niż człowieka z krwi i kości. Owszem, są w „Neon Demon” „poważne” rozmowy o życiu, wprawki do czegoś na wzór umoralniających, oświeceniowych dykteryjek, są też gesty współczucia, zupełnej interesowności oraz skrajnej bezduszności i szaleństwa, ale chyba nawet aktorzy nie traktują ich specjalnie poważnie, bawiąc się z własnymi, kliszowymi przecież rolami: demonicznego fotografa (Desmond Harrington), zakochanego naiwniaka o dobrym sercu (Karl Glusman, niestety w nie najlepszej dyspozycji, podobnie bezbarwny jak w „Love”), oszalałej z zazdrości konkurentki (cudowny duet Lee i Belli Heathcote) czy psychopatycznej asystentki, pozostającej zawsze na drugim planie (pierwszorzędna Jena Malone).

Na początku tego wieku sporą karierę w filmoznawczych opracowaniach zrobiło tak zwane kino francuskiej nowej ekstremy (Gaspar Noe, Bruno Dumont, Leos Carax). „Neon Demon” sporo zawdzięcza tym filmom i wykorzystuje przetarte przez nie szlaki, by przemówić nie tyle do intelektu widza, co do jego emocjonalnej strony, pokazując więcej, szybciej i bardziej efektownie (efekciarsko – powiedzą niektórzy). Spora w tym zasługa muzyki, za pomocą której Cliff Martinez, w trzecim już wspólnym projekcie z Refnem, nie tylko tworzy swoisty trans, gdy rozum śpi, ale też wywołuje duchy wielkich poprzedników, z opracowanym przez Vangelisa „Łowcą androidów” na czele.

Skoro „Neon Demon” jest jednak rodzajem wyśnionej przez seksualnego maniaka baśni, ubranej w piękną formę pierniczkowej chatki, w której co but to kopciuszek, czy wypada go w ogóle rozliczać z potencjalnego balastu teoretycznego? W sprawie świata mody nie ma Refn wiele do dodania i chociaż ciekawie prowadzi wampiryczne wątki, nie sposób wyciągnąć z nich żadnej przekonującej hipotezy. Innym problem jest uprzedmiotowienie i seksualizacja bohaterek, które kamera zmienia w produkt idealny. Z jednej strony naraża się Duńczyk na zarzuty o mizoginię i seksizm, a opowiadając o tym, jak realizuje w filmie własne fantazje, tylko podsyca takie teorie. Od razu zapala się jednak awaryjna lampka: może „Neon Demon” ma subwersywny charakter, a balansowanie między paszkwilem i banałem przynosi jakąś zbawienną formę upodmiotowienia?

Chociaż Refn traktuje bohaterki niczym rzeźby lub manekiny (nie pierwszy to raz), niezdolne do głębszych interakcji lub refleksji, i tym samym reprodukuje tylko mechanizmy świata mody, to pozwala im też na pewną dozę samostanowienia, a przy tym nieustannie zwraca uwagę na kluczową rolę wzroku w kinie, kierując lustro fantazji w stronę widza. Jesse jest wręcz nadświadoma faktu bycia obserwowaną, zauważaną, podziwianą i, podobnie jak jej rywalka Sarah, potrafi się przeistaczać na potrzeby tego procederu – nie dla zysku, mężczyzn, adoracji, ale z zamysłem, że „być”, to wciąż przede wszystkim „być widzianą”. Nad wszystkim góruje eksponowane celowo wielkie oko Księżyca, jakby to ono było ostatnią instancją obserwującą nas i sygnującą naszą zbiorową fantazję. Zapewne nie bez powodu scenariusz filmu współtworzyły wraz z Refnem Marry Laws i Polly Stenham, a zdjęciami zajęła się Braier. Wbrew samemu sobie, opowiadając o szczególnym (owszem – kulturowym i wysoce patriarchalnym) sposobie stawania się kobietą, nie chciał Duńczyk po raz kolejny wyłącznie powielać męskiego spojrzenia, ale też jego własny manieryzm nie pozwolił mu na przełamanie go ani na dalej posuniętą krytykę. Refn pozostaje więc Refnem, czyli niejednoznacznym moralnie sztukmistrzem, który przed bandą lunatyków prezentuje kolorowe szkiełka, a potem przypadkowo przebija mieczem jedną z asystentek. Czy tym razem przesadził? W formule „może zachwycić” streszcza się wątpliwość większości krytyków, próbujących uniknąć radykalniejszej oceny, ale też streszcza się cały zamysł jego kina: wizja musi zwyciężyć równanie, a Méliès raz jeszcze przekonać Lumière’ów, że precyzyjne rozstawianie robotników na planie to nie żaden realizm, a tylko inne oblicze fikcji. Mnie przekonał.


„Neon Demon”. Reż. Nicolas Winding Refn. Dania, Francja, USA 2016.

Dodaj komentarz