Jakub Skurtys | Siedmiu wspaniałych (Tomasz Dalasiński, „Nieopowiadania”)

Czy mam jakiś problem z nowa książką Tomasza Dalasińskiego? Nie. Mam za to przyjemność z lektury, choć ta przyjemność z gruntu nie pokrywa się z moim krytycznym credo. Ale skoro się nie pokrywa, to raczej credo trzeba nagiąć niż samą literaturę, prawda?  Ale nagiąć w jaki sposób? Jak drąg, jak drewniany pałąk,  jak zasady gry w planszówkę albo reguły komunikacji? Naginam się zatem do lektury „Nieopowiadań” i do próby napisania o nich, choć zwykle o prozie nie piszę. Za mnie się napisze? Zapisze? Się?

Powyższe zdania to trochę próbka, trochę pastisz stylu samego Dalasińskiego. Bo „Nieopowiadania” rzeczywiście opowiadaniami nie są: ani to wiersze, ani też prozy poetyckie, ani nawet opowieści, mające na celu uwikłanie nas w przeżywanie fikcji. To raczej nadświadome struktury narracyjne, w których, owszem, coś się dzieje, jacyś bohaterowie (głównie sam autor i jego liczne awatary) doświadczają różnych zdarzeń i roztrząsają problemy od zupełnie prozaicznych, po te, powiedzmy, metafizyczne, ale tak naprawdę liczy się przygoda świadomości narracyjnej i języka. Te dwie figury niczym żywioły konfrontują się ze sobą w metaliterackich dygresjach, postmodernistycznych zabawach i dekonstruowaniu metafizyki lektury na wszystkich jej etapach: od gier z przestrzenią kartki i czasem narracji, przez jedność i jedyność tekstu (procedura „ctrl+c” pojawia się tu wprost, rzucając Borgesowemu Menardowi wyzwanie epoki cyfrowej), rozprzęganie składni,  aż po napisanie recenzji z własnej książki w stylu portalu „Lubimy Czytać”, co oczywiście odbywa się pod sztandarem Wielkiej Ironii.

Czyta się „Nieopowiadania” jak szczególny rodzaj sylwy, spisanej przez poetę i literaturoznawcę zarazem. Z poety jest tu sporo życia,  słuchu językowego,  środowiskowych potyczek i przeżywania literatury w sposób, hmm, „naturalny”, tzn. życia wespół z lekturami, a nie jedynie z przykrym obowiązkiem ich odhaczania.  Z badacza pozostaje z kolei teoretyczna i filozoficzna świadomość wyczerpania literatury (fikcji) oraz imperatyw nieustannego komplikowania narracji. I nie chodzi o to, że poeci tej świadomości nie mają,  ale ich gra toczy się jakby na innym poziomie, o inną stawkę. Metapoziom przychodzi do nich jako rywal poetyckości, przychodzi z innej współczesnej poezji, z Andrzeja Sosnowskiego, z Tadeusza Różewicza, z fascynacji czyjąś frazą i z chęci jej wykorzystania. U Dalasińskiego przychodzi raczej z praktyki krytycznej, z tego trybu myślenia, który chce każdemu słowu zadać osobne pytanie, ale zwykle miarkuje się, że zdradza w ten sposób źródłowy tekst i zamiast pisać recenzję,  uprawia autokreację. Powstrzymuje więc rękę i wraca do w miarę zdyscyplinowanej narracji o wierszach czy powieściach. W „Nieopowiadaniach” czyni Dalasiński zadość temu pragnieniu porzucenia źródeł. Wreszcie może pisać o pisaniu,  które jest przecież jego życiem,  życiem tej garstki pasjonatów na skalę kraju, którzy poświęcili się zawodowo literaturze. Wszak „dobry orator przejęzyczy nawet własną śmierć” (s. 58).

Więcej problemów sprawia (nie)opowiadanie kluczowe, najdłuższe i zdecydowanie najciekawsze w całym tomie. To historia podzielona na siedem części, traktująca o jednym dniu z życia sześciu osób (czy na pewno?), których losy przeplatają się zupełnie przypadkowo. Dla jasności, przywołajmy wszystkich bohaterów: 1) student polonistyki, alkoholik-poeta, ze słabością do starszych kobiet, 2) prostytutka, a raczej „sponsoretka”, opłacająca swój awans społeczny i wyjazd do dużego miasta z portfeli biznesmenów, która ponadto mierzy się z poaborcyjną traumą, 3) pracownica służb sprzątania miasta, samotna matka w dojrzałym wieku, poszukująca miłości miedzy trudami życia, 4) sentymentalny gej-kryminalista, który próbuje zacząć od nowa, 5) biznesmen szukający żony w procesie rekrutacyjnym, 6) bogata i wykształcona korpo-dziewczyna szukająca pracy na miarę jej oczekiwań oraz 7) ‒ to na razie tajemnica… Te postaci są w gruncie rzeczy mocno stereotypowe, od kliszy studenta-poety-alkoholika, przez prostytutkę, po samotną matkę na głodowej posadzie.

To, co z początku wydaje się oczywiste ‒ próba stworzenia nowego banalizmu, opowiedzenia o najzwyczajniejszej codzienności z różnych perspektyw ‒ z czasem zaczyna się jednak komplikować. Okazuje się bowiem, że banalizm, utrwalony jako krytyczna klisza przez Pawła Dunina-Wąsowicza, nie jest tu ciągłą repetycją sytuacji (po pierwsze: powtarzanych po dwa razy i opisywanych oczami kilku postaci; po drugie: alternatywnych losów, które bohaterowie sobie dopowiadają), ale repetycją banalności warunków samej porażki, której wszelki tragizm zostaje odebrany, ośmieszony i sprozaizowany. „Banalizm” pojawia się zresztą wprost w książce w postaci przywołania (w opowieści 7., a jakże!) szkicu Adama Morawca o prozie Adama Wiedemanna.

O tym, że tragizm znika, decyduje u Dalasińskiego wielość perspektyw: to, co dla jednego bohatera wydaje się porażką i tym samym dramatyzuje jego losy, dla innego okazałoby się nieznaczącą wyrwą w porządku dnia. Pamiętamy o tym, a jeśli nie daj boże zapomnimy, w sukurs przychodzi Narrator:

[…] co jest pechem dla jednego, wcale nie musi być pechem dla kogoś innego. Nieszczęście bohatera jest radochą dla nas: za chwilę wejdziemy bowiem w struktury modnej, rwanej narracji, którą od początku chciałem zastosować, lecz nie miałem ku temu odpowiedniej motywacji fabularnej (s. 118).

Chciałoby się powiedzieć, że ta wielość perspektyw to bardzo filmowe ujęcie tematu, w którym kamera intymnie śledzi bohaterów. Ale jest jeszcze bohater siódmy, nasza tajemnica: Narrator i jego „własna” (tak mu się wydaje) opowieść, jego ironiczne lub histeryczne wręcz wtrącanie się do poszczególnych wątków. To zarazem „narrator”, „narratorzy”, „my, narrator” oraz wszelkie inne konstrukcje dysponenta reguł, który niczym w rzeczywistości (również tej tekstowej) nie dysponuje. Całość zdaje się napędzać kolejny zabieg z poziomu „warsztatu twórczego”, istny MacGuffin, czyli „wędrujący z rąk do rąk srebrny kluczyk”, który równocześnie zaburza chronologię, pojawia się we właściwych miejscach (i rękach), ale już w nieodpowiednim dla narracji czasie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu usamodzielnił się na tyle, żeby przeskoczyć poza opowiadanie, do utworów z pierwszej części książki

Może nie powinienem zdradzać zakończeń, ale jak inaczej napisać rzetelną recenzję z tak autotematycznej książki? A zatem spoiler: bohaterowie zamieniają się w końcu biografiami, tożsamością, płcią i przeżywanymi sytuacjami, co prowadzi do zupełnego przekształcenia całej historii na zasadzie pewnej matematycznej wariantywności, która gubi pozory wszelkiego prawdopodobieństwa, efektu realności i wszystkich tych teoretycznie skomplikowanych, a w rzeczywistości niezwykle błahych detali, które wciągają czytelnika w opowieść. Ale nie odrywamy się zupełnie, tylko staramy się od nowa przystosować ‒ jako czytelnicy ‒ do tego „zrekonfigurowanego” świata, w którym znani nam bohaterowie nagle okazują się kimś innym, znane wydarzenia mają zupełnie inny przebieg, a przeszłość nie ma definitywnych rozstrzygnięć. Dotąd spotkania bohaterów przynosiły głównie cierpienie, smutek i rozczarowanie. Może lepiej się więc nie spotykać? „Spróbujmy zbudować narracje alternatywne, tak chyba będzie najbardziej sprawiedliwie” (s. 123), stwierdza narrator, ale o jaką i czyją sprawiedliwość mu chodzi? Czy w tym nowym wariancie wszyscy będą szczęśliwsi, wspanialsi, lepsi, a narracja okaże się mniej fatalistyczna?

Kluczowe wydaje się pytanie, które zadają sobie wszyscy bohaterowie, krążący w wielkim „teraz”: „Czy to na pewno JEGO wspomnienie?” (s. 139). Tak jakby to nie tożsamość postaci była przechodnia, ale jej wspomnienia, które ją każdorazowo i nieco przygodnie konstytuują. Powiedzmy więc inaczej: to nie jest opowieść o siedmiu personach, ale o siedmiu chwilowych konfiguracjach bazowych opowieści, które niby klocki mogą połączyć się w zupełnie chaotyczny sposób i dokonać całkowitej rewolucji. Cała ta „gra z fikcją” kończy się powtórzeniem Gombrowiczowskiego gestu z „Ferdydurke”, drwiną, ale jednak gorzką, tzn. podszytą egzystencjalną świadomością o „zaciągniętych pętlach” jako miksowaniu narracji i zarazem samobójstwie (czy nie tego dokonuje również opowieść?).

Obraz jednego dnia z życia siedmiu bohaterów (włączając narratora) staje się zatem zapisem jednej porażki każdego z nich. To „wielcy przegrani” opowieści, która w zależności od kontekstu i perspektywy okazuje się opowieścią o poszukiwaniu miłości, o awansie, transformacji, rodzicielstwie i wreszcie: o samym opowiadaniu. Chociaż poszczególne historie są naprawdę wciągające, a podwojenie perspektywy powoduje w czytelniku jakiś niezdrowy rodzaj voyeryzmu i satysfakcję z tym związaną, to najbardziej dramatyczna jest właśnie ta ostatnia, z numerem siedem: historia narratora, którego świadomość nie pozwala na skonstruowanie klasycznej opowieści, któremu wymyka się „z rąk” fikcja i który wie, że w tej grze z czytelnikiem „o życie” przegra również on sam.

Szukam dla Dalasińskiego odpowiedniej półki. Może z zabaw literackich i ironii Gombrowicz, do którego autor sam się przyznaje? Brakuje jednak roli demaskatora tradycji narodowych Może więc Lem z jego wariantami istnienia? Tym razem brakuje trochę skali filozoficznej i literackiego rozmachu. Może Wiedemann z jego ironiczną banalnością egzystencji Ale brak tu samego podmiotu, stabilnego i egotycznego, tego pierwszoosobowego, narcystycznego „ja”, z którego słynie autor „Kalipso”. Może zatem Nabokov z autotematyzmem teoretyka literatury? Chyba jednak za mało tu zmysłowości i „romansu z tekstem” A może po prostu OuLiPo z całym ich zamiłowaniem do utrudniania sobie pisarskiego życia, matematycznie pojętych eksperymentów z językiem i opowieścią, misternych splotów narracyjnych? Tak, chyba najbliższej są ci ostatni coś tu z Pereka (puzzelkowa struktura), coś z Mathewsa (równoczesność zdarzeń), coś z Calvino (gest zresetowania świata). OuLiPo à la polonaise: to ten rodzaj literatury, który oszukuje czytelnika, zostawia go z niczym, jeśli liczy on wyłącznie na immersję. Ale jeśli ma dobry słuch językowy, ceni konieczność ciągłego orientowania swojej pozycji i teoretyczno-literackie zagwozdki, to jesteśmy w domu.

A zatem raz jeszcze: jak pisać, nie zdradzając zakończenia? Robiąc pętlę. Wszak nie o zakończenia tu chodzi, ale o styki, na których spotyka się początek i koniec opowieści, o koło zamachowe, które wprawia w ruch narrację, zawsze różnorodną i fikcjogenną. „Zamieranie fikcji?” ‒ tak brzmi diagnoza krytyki ostatniego dwudziestolecia w polskiej prozie. Trwa tryumfalny pochód reportażu, biografii i eseju. W „Nieopowiadaniach” prezentuje Dalasiński to, co odzyskane, gdy zaprzeczymy opowiadaniu jako gatunkowi, formie, matrycy, przyzwyczajeniu: sam proces o bardzo, ale to bardzo życiodajnym charakterze. I chociaż postacie są kliszowe i banalne (banalistyczne!), to gest przemieszania elementów je konstruujących ujawnia, że takie właśnie miały być: proste, jak ludziki LEGO, do montażu własnego.

Tomasz Dalasiński: „Nieopowiadania”. Wydawnictwo FORMA. Szczecin 2016.

Dodaj komentarz