Jakub Skurtys | Życie ze szmat (Edward Pasewicz, „Miejsce”)

W najnowszym, przedatowanym tomie Edwarda Pasewicza „Miejsce” (Poznań 2016, choć wyszedł dopiero w marcu bieżącego roku), możemy obserwować konsekwentne rozwijanie tych linii lub subkodów, które sygnowały „Pałacyk Bertolda Brechta” i „Och, Mitochondria”. Mamy zatem jeszcze dalej posuniętą świadomość biologicznego charakteru języka i życia na ich mikroorganicznym poziomie, mamy grę z mitologicznymi trybami uniezwyklania własnej biografii, pewien rodzaj gejowskiej nostalgii dojrzałego już bohatera, wpatrującego się w młodość innych i recytującego mantry do „pięknych a śmiertelnych” chłopców, mamy wreszcie spiętrzoną na wielu poziomach hermeneutykę, która zaprasza nas do stawiania pytań o granice egzegezy, o czytelność i komunikatywność znaków, o możliwość odkodowania stojących za nimi desygnatów lub – i to chyba ważniejsze w przypadku całej twórczości Pasewicza – afektów. Jest w „Miejscu” linia, która prowadzi nas od znaku do rzeczy, przez szereg splotów i zapętleń, przez metafory tkania, szycia, komunikacji, języka i samego kodu, oraz ta, w której nieprzekładalne na język emocje są śladami innych, nie mniej poetyckich poruszeń (namiętności, miłości, pożądania, lęku). Tę pierwszą linię moglibyśmy nazwać kratylejską (nazwy odnoszą się wciąż do rzeczy, ale samo powiązanie zostało utracone), drugą zaś spinozjańską, gdzie na planach materialnym (rozciągłość) i duchowym (myślenie) odbywa się analogiczna praca poruszeń i pobudzeń ciał, której echem jest wiersz.

Oczywiście tytuł tomu będzie nas kierował ku tej pierwszej, do jakiegoś miejsca, poza samego siebie, starając się zarysować scenę, na której pierwotnie występuje podmiot, wtórnie zaś sam wiersz. Wyciągam te metafory z pierwszego utworu: „Mam scenę, napisała szminką na lustrze, / przeczytałem to, gdy myłem dłonie. / Litery porastały też papier / plakatów powieszonych na drzwiach”, i prawem puenty: „Wróciłem do baru, naiwna jama chłonąco-trawiąca, / ciało na scenie wewnątrz innych ciał” („Widzenie wieczorne”, s. 5). Między tymi wersami odbywa się proces alienacji, a podmiot uświadamia sobie zarówno obcość względem rzeczywistości, pojętej jako system relacji i odbić, jak i własne w tym systemie miejsce. To miejsce możemy nazwać właśnie „sceną”, której nie można mieć w sensie posiadania, ale którą można sobą zapełnić (w wymiarze fizycznym) i nasycić świadomością (w wymiarze myślowym).

Od zapisanego na lustrze, widmowego komunikatu bez autora i adresata „mam scenę” (mam pomysł na scenę? scena w klubie jest „moja”?), z koniecznie wpisanym w niego czasowym rozminięciem się, przechodzimy wraz z podmiotem, kierowani jego wolą nadinterpretacji, do zarysowania innej „sceny”, słabej i pozbawionej już przemocy posiadania: „uroiłem sobie, że mnie, pęknięcia, / nikt tutaj nie widzi, żadna moja cząstka / nie rezonuje z ich cząstkami”. W pierwszym wierszu „Miejsca” dzieje się zatem rzecz podobna do tej, którą Grzegorz Jankowicz wydobywał przed laty w posłowiu doMuzyki na instrumenty strunowe…”najpierw zarysowana, a potem obnażona zostaje sama scena patrzenia, dzięki której wszystko, co nas dotyczy, staje się przedmiotem gry w przyglądanie się, podpatrywanie, przyciąganie i spuszczanie wzroku1. Ta gra ma oczywiście wymiar erotyczny, u Pasewicza szczególnie wyeksponowany w litaniach do pięknych, młodzieńczych ciał, ale ma też – i to chyba ważniejsze – wymiar społeczny. To, co jest bowiem sceną spojrzenia, jest również w sposób nieuchronny i zupełnie realny polem konfliktów. Samo patrzenie staje się w „Miejscu” uświadomioną formą władzy sądzenia i moralnym wręcz imperatywem: „krew pulsuje jeszcze, więc pozdrów tych, którzy / nadal widzą, opluj tych, co odwrócili wzrok” („List z hotelu”, s. 12), „Rzeź jest wpisana w każdy wiersz, / ale zamknięcia powiek nikt nie usprawiedliwia” („Ciałka rzęskowe”, s. 14), „Dlatego zawsze masz jakąś latarkę, / może paść prąd i trzeba będzie pójść do piwnicy / albo do knajpy wpadną chłopcy, / którzy nie lubią dyskutować o cielesności języka, / walą w mordę po ludzku i narodowo” („Weronal”, s. 19). Patrzenie ustanawia (i hierarchizuje) jednak nie tylko relacje społeczne, ale dotyczy również samego związku między znakami (pismem) a światem: zachodzi tu rodzaj mimetycznego powtórzenia, a poprzez metaforykę „widzenia” zaciera się przesłona języka.

To, że trzeba patrzeć i nie wolno schodzić z linii wzroku, nie oznacza jeszcze, że rzeczywiste jest tylko to, co wypatrzone. Rzeczywiste jest bowiem i to, co organiczne, a w swojej mikroskali umyka widzeniu: białka, krwinki, komórki, tkanki. Podmiot „Widzenia wieczornego” „uroił sobie” (a pokrewieństwo z biologicznym rojem jest tutaj znaczące), że jest pęknięciem i że na poziomie molekularnym „nie rezonuje” z innymi cząstkami. Jakkolwiek kratylejsko by zatem nie czytać „Miejsca” – jako baru, parkietu, domu czy pierwotnej sceny patrzenia, na której rozgrywają się społeczne konflikty w wykluczanie i włączanie, jest w tym tomie silny, spinozjański nurt, który podważa wyłączność takich odczytań. Oto bowiem komunikaty prowadzą donikąd, zaszyfrowane słowa okazują się tylko powtarzaniem nazw („Blitzkrieg”, s. 10), i mimo że wszystko na swój sposób znaczy (kontynuuje tym Pasewicz iście romantyczną pansemiozę), znaczenia są nam niedostępne lub uniemożliwiają komunikację: „Jest jakiś przekaz, / ale spal go przed przeczytaniem” („Przed przeczytaniem spal”, s. 6), „ale coś poszło nie tak i nie mogliśmy / się dogadać, język mi zaszwankował / i na czas nie zszył rany, i już tak pewnie / bez końca nie będziemy ze sobą gadali” („Oberwać tak koncertowo”, s. 31), „kartka / zapisana zgrabnym pismem, / ale nieznanym mi alfabetem” („Raport”, s. 24).

„Kupiłem kurtkę w lumpeksie, / mówiła do mnie: / wyłuskaj mnie z bezimienności. / W kieszeniach zwitki, nieznane znaki / na biletach tramwajowych. / Pismo czy zwykłe bazgroły?” (tamże). Na to pytanie Pasewicz nie odpowiada, bo każda odpowiedź byłaby błędna w świecie skonstruowanym z relacji znaczeniowych. Robi jednak wymyk: ponownie przesuwa wzrok na tkanki, jakby w mikroświecie szukał zbawienia własnej, kratylejskiej tęsknoty. Redukcja człowieka do zespołów rezonujących ze sobą komórek (wszystko jest przecież dźwiękiem!) nie jest, jak choćby u Kiry Pietrek, prowokacyjnym i profanacyjnym wygrywaniem nagiego życia przeciwko życiu politycznemu. To raczej próba reaktywacji roussowskiej wizji natury, białka i krwinki są bowiem potrzebne Pasewiczowi, żeby podtrzymać życie systemu spojrzeń, który konstytuuje nasz (i jego) społeczny byt. Bez nich (białek) doszłoby do ostatecznej symulacji i alienacji, lub inaczej: subsumcji wszelkiego życia pod pansemiotyczną władzę martwych znaków (pisma). Litery zarastają jednak w pierwszym wierszu plakat, bo językowi została przypisana w tym uniwersum wola życia, nie zaś intencja znaczeniowa. Chociaż podmioty u autora „Dolnej Wildy” cierpią na paranoiczną wręcz chęć deszyfracji świata, odnajdywania znaków we wszystkim, co je otacza, i zapraszają tym samym czytelnika do wzajemnej celebracji hermeneutyki, jako właściwej formy istnienia, jest to gra widmowa i wysoce śmiertelna. Choć język żyje sam z siebie, rozrasta się, porasta i dzieli, w znaczeniach czeka odwleczona śmierć.

„Miejsce” to chyba najbardziej dosłowny politycznie tomik Pasewicza, a w wielu społecznych kontekstach przypomina wręcz powrót do „Dolnej Wildy” (np. „Widzenie wieczorne” to odbicie „Egzotycznej rybie z akwarium w Café 2000”). Tytułowa przestrzeń – najczęściej bar, ale też mieszkanie i miasto – staje się równocześnie miejscem azylu (ucieczki od władzy policyjnej), filozoficzną i poetycką heterotopią, oraz punktem obserwacji posunięć przeciwnika, choć i on patrzy, zagląda przez ramię:

Państwo jeszcze tutaj nie dolazło, dlatego zagląda.
Mogę spokojnie siedzieć
i obserwować muszkę owocówkę, no i pić z nią
popołudniowe małe piwko. Państwo zerka
z innych dzielnic, ale jeszcze nie złożyło wizyty z maczetami,
w kominiarkach, jeszcze nie zrobił się tutaj
krwisty zachód słońca.
                                                  („«Miejsce Pub» Estery 1”, s. 38)

W szeregu wierszy z „Miejsca” zabiera Pasewicz wprost głos na temat przemocy, nie tylko samego państwa, ale i wysługującego się nim, radykalnego skrzydła nacjonalistów. To, co homoseksualne, zostaje zderzone z tym, co brutalne i „męskie” (s. 31), litanie pytań i wątpliwości z tym, co kategoryczne i tymi, którzy wątpliwości nigdy nie mają (s. 40), to, co bogoojczyźniane, z tym, co miłosne i ponadczasowe (s. 46). Wynikiem takich spotkań jest zwykle przemoc i krew, bo podmiot-pęknięcie to również podmiot popękany, otwarty, fizycznie napoczęty, zakrwawiony. Pasewicz inscenizuje ten spektakl celowo przed czytelnikiem, mówi mu: „patrz, nie spuszczaj wzroku”, ale nie chodzi w żadnym razie o bycie ofiarą i współczucie czytającego. Ironia ogrywa ten prosty afekt i zmienia go w uniwersalny wstręt wobec przemocy. Niech cieknie, napatrzcie się do woli, bo i tak wszyscy „później jak lalki, jak kukły, / wleczemy nad rzekę nasze ciała z nici i ściegów, / powtarzając jak upiorną mantrę: / to szycie, to szycie ze szmat” („Zwrot beta”, s. 45). Ubezdźwięcznione życie to ostrzeżenie i chyba najbardziej ponura wizja, jaka może się wyłonić z sonorycznych wierszy Pasewicza.

Tymczasem tkanki zdają się tworzyć odrębny kod, własną mitologię i własny język, który usuwa zapośredniczenie i obala hermeneutykę. Tkanek nie trzeba bowiem czytać ani interpretować; mogą one tylko afektywnie rezonować, czyli poruszać się w podobnym rytmie. Kratylos spotyka zatem Spinozę (i Deleuze’a) w miejscu, w którym tęsknota za rzeczywistością niezapośredniczoną przez fałszywy kod przechodzi w świadomość materialnego dostrajania się częstotliwości różnorakich istnień, wśród których człowiek (i jego twór: nowoczesny podmiot) są tylko ogniwami. Łańcuch bytów Pasewicza jest zatem horyzontalny, a nie wertykalny, i choć podmiot nieustannie użala się nad samym sobą, rozpisując kolejne erotyki, to pozostaje jednym z wielu elementów w ruchu, w grze namiętności i impulsów, a nie grze znaczeń.

W ten sposób autor „Dolnej Wildy” na dobre opuścił bezpieczne poletko postmodernistycznych pastiszów, które zarzucali mu z początku niektórzy krytycy. Znak utracił nie tylko desygnat, co byłoby jeszcze bardzo modernistyczne, ale też symbolicznie zeszło ze sceny samo znaczenie, ustawiając się w kolejce równych sobie powiązań (correspondances), czekających na swoje „Miejsce”. Pożądanie i namiętność wygrywają w tym tomie napięcia przeciw słowom, przeciw próbom porozumienia i komunikacyjnym klęskom, a wreszcie przeciw policyjnemu aparatowi przemocy. Między „ja” i „ty”, dyskursem miłosnym i dyskursem władzy, wzrasta jednak nowe przykazanie: białko, umiłowane białko.


Edward Pasewicz: „Miejsce”. WBPiCAK. Poznań 2016.

Dodaj komentarz