Joanna Birek | Biały kauczuk niczym krew

Jak co roku polskie lato obfitowało w festiwale filmowe. Mnie przyciągnęły nie głośne wrocławskie Nowe Horyzonty, a przegląd filmowy w nieco skromniejszej odsłonie — Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu. Obrazem, który zrobił na mnie tego roku największe wrażenie, nie była jednak żadna z powszechnie nagradzanych produkcji, a szerzej nieznany film W objęciach węża (El abrazo de la serpiente, Kolumbia 2015) autorstwa młodego reżysera Ciro Guerry. Najnowsze, trzecie dzieło tego twórcy zostało już co prawda docenione na festiwalu w Cannes, gdzie zdobyło nagrodę Arte Cinema, próżno było go jednak szukać wśród najgłośniej omawianych tytułów tego przeglądu. Tymczasem film zachwyca nie tylko mistrzowsko zrealizowanymi zdjęciami amazońskiej dżungli, ale także precyzją, z jaką reżyserowi udało się skonstruować tę płynącą dwoma równoległymi torami czasowymi historię.

Nie bez powodu mówi się o tym filmie w kontekście prozy Josepha Conrada — jego konstrukcja od razu narzuca bowiem skojarzenia z wyprawą Marlowe’a z Jądra ciemności w górę rzeki Kongo. W objęciach węża opowiada inspirowaną dziennikami z podróży swoich bohaterów historię dwóch ekspedycji w głąb lasów Amazonii, które mają jeden cel — dotrzeć do Yakruny, tajemniczej rośliny, której kwiaty mają mieć niezwykłe działania lecznicze. Obie wyprawy dzieli czterdzieści lat, a łączy osoba szamana Karamakate — ostatniego przedstawiciela jednego z licznych plemion amazońskich, które z powierzchni ziemi zmiotła ekspansja kolonialistów. Jako młodzieniec towarzyszy on najpierw ciężko choremu etnologowi z Niemiec Theodorowi Koch-Grunbergowi, a później, już jako starzec, amerykańskiemu biologowi Richardowi Shultesowi. Ich wyprawa w górę rzeki napotyka liczne przeszkody, stanowiące gorzki obraz tego, co stało się z ludami Amazonii w wyniku imperialistycznych zapędów Europy.

Choć w swojej konstrukcji i temacie film Guerry bez wątpienia nawiązuje do Jądra ciemności, czas jego powstania wnosi oczywiście nowe znaczenia do dyskusji o kolonializmie. Obraz kolumbijskiego reżysera nie tyle stanowi krytykę imperializmu, co podejmuje próbę zdiagnozowania jego długotrwałych efektów, wpisując się w nurt myśli postkolonialnej.

Kolumbijski film jako nadrzędną zasadą operuje podwójnością, dwoistością rzeczy. Każde wydarzenie będzie miało w tym filmie swoje odbicie, każde wypowiedziane słowo powtórzone zostanie przez zniekształcające je echo. Podróż, którą serwuje nam reżyser, prowadzi, jak się wydaje, w górę dwóch równolegle płynących obok siebie rzek. Już punkt wyjścia filmu — pojawienie się w obozowisku młodego Karamakatego obcego, Niemca Theodora — odbija się echem w identycznym niemal spotkaniu starego szamana z młodym amerykańskim naukowcem. W obu planach czasowych bohaterowie odwiedzają te same miejsca, pośród amazońskiej dżungli odnajdując świadectwa szaleństwa kolonializmu i jego dzieło zniszczenia, a także ludzi zmuszonych do tego, by w tym świecie żyć.

Karamakate to nie tylko łącznik pomiędzy dwoma naukowcami. Przede wszystkim jest on przedstawicielem wymierającego plemienia i jako jedyny zna jego tajemnice, pieśni i zaklęcia. Mimo swej początkowej nieufności wobec podróżników zgadza się im pomóc, z jednej tylko przyczyny — wie, że już nikt nigdy nie pozna prawdy o jego ludziach, i dlatego stara się ją przekazać za wszelką cenę, nawet jeśli tym, który ją przyjmuje, jest obcy. W tym film Ciro Guerry zaskakuje chyba najbardziej. Mówi nie tylko o śmierci tradycji i całych kultur, do których przyczynił się kolonializm — sugeruje także, co można zrobić, by mimo wszystko je zachować. Karamakate nie ma złudzeń, jest zaskakująco świadom przemian, jakie zaszły. Z jednej strony stara się kultywować tradycje, z drugiej zaś zdaje sobie sprawę z tego, że jego ludność ma prawo do zdobyczy cywilizacji, których tak często odmawia im biały człowiek.

Mądrość Karamakatego objawia się nie tylko w znajomości praw rządzących życiem w amazońskiej dżungli. Szaman niezwykle trzeźwo patrzy na świat, który przecież powinien być mu obcy. Szczególnie dziwi go chyba najbardziej charakterystyczna cecha cywilizacji Zachodu — niepohamowany konsumpcjonizm, który każe białemu człowiekowi pochłaniać ogromne ilości jedzenia i troszczyć się o posiadane przedmioty, które w odczuciu Karamakatego są tylko zbędnym balastem. Religijnych fanatyków nazywa „największym złem tego świata”, a stwierdzenie Richarda, że ten postanowił poświęcić życie badaniu roślin, uznaje za najmądrzejszą rzecz, jaką usłyszał od białego człowieka. Chodź zanurzony w tajemniczym mistycyzmie praktyk swojego plemienia, Karamakate wydaje się jednak przede wszystkim głosem rozsądku, krytycznie patrzącym na otaczającą go rzeczywistość.

Szaman nie ocenia jednak jednoznacznie negatywnie tego, co przedstawiają sobą jego przybysze z Zachodu. Balast, którego nie chce się pozbyć Theodor, zawiera bowiem całe spektrum etnologicznych obserwacji. Karamakate zazdrośnie przygląda się zgromadzonym przez badacza rysunkom i zdjęciom, rozpoznając na nich elementy swojej codzienności. Sam nie zna sposobu na utrwalanie w ten sposób wiedzy, którą posiada. Rysowane przez niego kredą na skale rysunki z biegiem lat coraz bardziej tracą znaczenie. Starość źle obchodzi się z umysłem szamana, który cierpi, zorientowawszy się, że nie potrafi przygotować już tradycyjnej mieszanki z liści koki. Zawodzi go pamięć — jest ostatnim przedstawicielem kultury swojego plemienia, a mimo to coraz trudniej mu o niej pamiętać. Jego pamięć, która jest pamięcią całego ludu, zaciera się i zanika. To dlatego Karamakate rozumie Amerykanina Richarda, gdy ten nie pozwala szamanowi wyrzucić przywiezionego z domu gramofonu. Razem odsłuchują płytę, która w amazońskiej dżungli przypomina przybyszowi ojczyznę i dziedzictwo jego przodków. Karamakate ze smutkiem może tylko skonstatować, że jego pieśni nikt nie zapamięta ani nie zapisze. Sam fakt, że historia opowiedziana w filmie Guerry powstała na kanwie dzienników Koch-Grunberga i Schultesa, świadczy o tym, jak ważna jest możliwość utrwalania tego, co ulotne, i upomina się o nadanie martwym kulturom statusu nieśmiertelności.

Guerra wskazuje także na powody, dla których Karamakate zmuszony został, by wiedzę o swoich tradycjach przekazać przybyszom z obcych krajów. Kolonizatorów do Amazonii sprowadził przede wszystkim kauczuk, do wydobycia którego zaprzęgnięto tubylców. Plecy Manduki, towarzysza Theodora, pokryte bliznami po uderzeniach bata plantatorów, przypominają o losie innych jemu podobnych. Na swojej drodze podróżnicy natykają się na małą plantację drzew, z których kauczuk spływa niczym biała krew. Pozbawiony ręki niewolnik, napotkany przez podróżników w pobliżu miejsca wydobycia drogocennej substancji, błaga, by go zabić. Tuż obok, zamiast drzew, rośnie las naprędce skleconych krzyży, znaczących groby już poległych niewolników. Okrutny los czeka każdego, kto trafi do tego miejsca, a litość polegać tu może już tylko na skróceniu męki.

To jednak wątek sprowadzonej do amazońskiej dżungli chrześcijańskiej wiary najbardziej zapada widzom w pamięć. Forteca z drewna pośrodku lasu, w której jedynymi mieszkańcami są stary misjonarz i gromadka przechrzczonych chłopców („Jeremiasz”), już na pierwszy rzut oka wydaje się naznaczona piętnem szaleństwa. Duchowny twierdzi, że ratuje dzieci przed „barbarzyństwem i kanibalizmem”, oferując im w zamian Słowo Boże i porządek zachodniej cywilizacji, w rezultacie jednak jego czyny niczym nie różnią się od zachowania plantatorów wobec niewolników. Blizny na ciele Manduki znajdują echo w praktyce misjonarza, który przywiązaniem do pala i biczowaniem karze swoich podopiecznych za mówienie w „diabelskim języku”.

Gdy po latach Karamakate ponownie dociera tam w towarzystwie Richarda Shultesa, okazuje się, że forteca, która miała być dla miejscowych dzieci ostoją, pozostawiona i zapomniana przez Kościół, przekształca się w miejsce odrażającego kultu, któremu przewodzi samozwańczy Mesjasz. Tym razem podróżników wita nie widok pala do biczowania, a makabryczna wystawa z krzyży obwieszonych zwłokami nieszczęśników, którzy trafili w tamte strony. Słowa misjonarza o barbarzyństwie, przed którym rzekomo chronił wziętych pod skrzydła chłopców, zostają gorzko i ironicznie zderzone z rzeczywistością, w której zasiana przez niego wiara prowadzi do obrazoburczej, kanibalistycznej orgii.

Warto wreszcie wspomnieć o formalnych aspektach filmu, nakręconego niemal w całości w czerni i bieli. Dzika, zielona amazońska dżungla nabiera w obrazie Guerry barwy kości, stanowi portret stanu, do którego doprowadzili ją przybysze z zewnątrz, cmentarzyska dawnych ludów. Nawet gdy płonie żywy ogień, trawiący jedne z ostatnich upraw yakruny w biblijnej niemal scenie, jasny płomień wydaje się niemal przezroczysty na tle białego nieba. W czerni i bieli wulkaniczny osad gór, na szczycie których ma miejsce finał filmu, przypomina sączący się z drzew kauczuk, wypływającą i zasychającą powoli krew ludów, które już nigdy nie wrócą.

Jedyny barwny fragment filmu stanowi jednocześnie jego finał i puentę. Ostatni kwiat yakruny, czyli wszystko, co pozostało po kulturze plemienia Karamakate, rozmywa się w narkotycznej, skrzącej się kolorami wizji jednego z bohaterów. Stary szaman znika; pozostaje jednak wrażenie, że — choć jego lud przestał istnieć — ma szansę przeżyć w podaniach, w doświadczeniu tych, którzy odbyli z Karamakate podróż w głąb amazońskiej dżungli. Nawet ekspansywna cywilizacja Zachodu blaknie wobec piękna i mistycyzmu tego niezwykłego obszaru.

W objęciach węża (El abrazo de la serpiente), reż. Ciro Guerra, scenariusz: Ciro Guerra, Jacques Toulemonde Vidal, produkcja: Argentyna, Wenezuela, Kolumbia 2015.

Dodaj komentarz