Karol Szafraniec | Samotność pętli (CADU, „Zanosi się na deszcz”)

Samotność pętli (5,3)

Wystawa brazylijskiego artysty CADU w nowosądeckim BWA Sokół już ze względu na pojawienie się w tym właśnie miejscu łączy i sugeruje wiele zjawisk pozornie średnio do siebie przystających. To pierwsza indywidualna wystawa tego artysty w Polsce, ale też kolejny projekt nowosądeckiej galerii mający nie tyle przybliżyć, co zintegrować sztukę współczesną z lokalnym odbiorcą i zastanymi kontekstami. Mamy więc z jednej strony element egzotyczny, uniwersalny, „światowy”, z drugiej coś swojskiego, znanego i bliskiego. Egzotyczne są pozbawione dziobów papugi na plakacie i dwujęzyczny tytuł. Domowe, familiarne są zwykłe słoiki, zabawki, instrumenty, głosy dzieci dobiegające z głośników. I właśnie cały potencjał znaczeniowy wystawy powstaje dzięki napięciu między tymi biegunami. W tym połączeniu rodzą się nowe sensy, ale ich kolejnym źródłem są nawiązania do otaczającej galerię przestrzeni i jej lokalnych historii, do których ekspozycja nieustannie odsyła. Dzieje się to w sposób niewymuszony i czasem ledwie zauważalny, dzięki czemu (zgodnie z założeniem kuratorki Anny Smolak) staje się ona rodzajem „analogowego hipertekstu”. CADU (czyli Carlos Eduardo Felix da Costa) to człowiek wielu zawodów i zainteresowań. Był pływakiem, modelem, stolarzem, wreszcie rysownikiem, projektantem logotypów i wykładowcą. A to nie wszystko. Tak szeroki wachlarz zainteresowań w dużym stopniu znajduje odbicie w sztuce — opartej na konceptualnym zamyśle, połączonym zazwyczaj z elementami rzemieślniczymi i delikatną, lecz dającą się zauważyć formą plastyczną wywiedzioną z rysunku. CADU lubi też wyzwania angażujące ciało w podobnym stopniu co umysł, stąd takie przedsięwzięcia jak Estações (2012), w ramach którego zaprojektował drewnianą chatkę, własnoręcznie wykonał ją w środku brazylijskiego lasu, by w końcu na rok samotnie w niej zamieszkać, prowadząc tam eksperymenty artystyczne i poznawcze. Uwydatnia się tutaj obecna w jego twórczości fascynacja naturą, próba — niejako z góry skazana na porażkę — jej poznania i okiełznania. Równie ważnym elementem jego prac jest obserwacja jednostki pozbawionej bodźców kulturowych, powoli synchronizującej się z cyklicznością przyrody.

Osobnym, ale przenikającym całą twórczość Brazylijczyka czynnikiem jest muzyka rozumiana jako zespół surowych dźwięków — naturalnych, pierwotnych, jeszcze niemających swojej struktury. Sytuuje to artystę blisko idei Johna Cage’a, a zwłaszcza wywiedzionej z jego myśli koncepcji music made by non-musicians, którą CADU do pewnego stopnia próbował wprowadzić w życie także w Nowym Sączu.

Niemal każdy z tych elementów był na wystawie mniej lub bardziej widoczny. Wszystkie pozostawały w intrygującej wzajemnej relacji, gdzie na zasadzie pętli odsyłały dalej, by powrócić w znane już miejsce, które nabiera dzięki temu nieco innego charakteru. Pętla zresztą pełni tu funkcję naczelnego symbolu unaoczniającego nie tylko znaczenia kryjące się za poszczególnymi eksponatami, ale też mechanizm działania całości. Tak właśnie działała wystawa — rozmieszczona na dwóch piętrach, składała się z powracających z kondygnacji na kondygnację wątków, niosących coraz to nowe znaczenia.

Tytuł — It’s Gonna Rain — odnosi się do słynnego dzieła Steve’a Reicha, gdzie zapętlona taśma powtarza tytułowe zdanie, wypowiadane przez szalonego kaznodzieję, co powoli przeradza się w transową abstrakcję. Pierwsza pętla, na jaką się natykamy, to dziecięcy pociąg-zabawka, zmodyfikowany jednak w taki sposób, by doczepione do niego przyrządy lekko uderzały w rozstawione obok torów naczynia (szklanki, butelki, słoiki). Ta Partytura sprawia wrażenie czystej zabawy, spontanicznej przypadkowości, której charakter zmienia się w zależności od prędkości jazdy pociągu. Na początku nie da się uchwycić ukrytego rytmu, a dźwięki są tak ciche, że przy sporej liczbie widzów stają się niesłyszalne. Jednak każde uruchomienie uwięzionego w pętli pojazdu tworzy pewien rytm, który od tej pory będzie nam cały czas towarzyszył. Równie subtelnie jest na piętrze, gdzie znajduje się instalacja złożona ze zniszczonych bądź zabawkowych instrumentów oraz oddziałujących na nie zwykłych przedmiotów, poruszanych przez powietrze z obracającego się wiatraka. Instrumenty wydają ciche (czasem ledwo słyszalne) dźwięki. Każdy powstaje wbrew „prawidłowym” sposobom ich użycia. Dodatkowo widzowie mają do dyspozycji przyczepione do instrumentów silniczki, które można do woli uruchamiać, ingerując tym samym w pewien ustalony cykl.

Obie te prace powstawały w ramach warsztatów z dziećmi z nowosądeckiego Pałacu Młodzieży, które tworzyły własne konstrukcje, bawiły się dźwiękami i eksperymentowały z nimi spontanicznie. Zainspirowany tymi działaniami artysta stworzył struktury, które zachowały ducha spontaniczności, a zarazem zyskały subtelny plastyczny charakter, przypominając nieukończoną rzeźbę. Warto w tym momencie wspomnieć, że CADU uważa, iż proces powstawiania obiektu jest równie ważny, jeśli nie ważniejszy, od efektu końcowego. Ma to niebagatelne znaczenie w przypadku kolejnej pracy, zatytułowanej Kloto, stworzonej przy pomocy Ewy Szpili, koronczarki z miejscowości Bobowa, i jej córki. Podczas wernisażu obie kobiety szyły połączone ze sobą rękodzieła, równocześnie prując materiały należące do drugiej. Łącząca je nić, rozciągnięta i przymocowana w różnych miejscach sali, otaczając publiczność, delikatnie, niemal niezauważalnie się przesuwała. Powstała w ten sposób rzeźba performatywna, bazująca na mitologicznych odniesieniach i kontemplująca czas. W miarę oglądania wystawy okazywało się, że CADU chwyta się swoimi pętlami coraz poważniejszych tematów, choć cały czas pozostawaliśmy tak naprawdę w obszarze drobnych zabaw i codziennych czynności.

Drugie piętro kontrastuje z dolnymi partiami wystawy natężeniem dźwięku. Pustynia Gobi to ułożone w okrąg głośniki, z których wydobywa się zapętlony, czytany przez dzieci fragment tekstu Henry’ego Millera z rozdziału Klimatyzowanego koszmaru (The Air-Conditioned Nightmare, 1945) poświęconego kompozytorowi Edgarowi Varèsemu. Początkowe wrażenie przypadkowego hałasu znikało, gdy podchodziło się do któregoś z głośników. Każde dziecko czytało tekst osobno i tak też było nagrywane, co sprawiło, że mieliśmy do czynienia z osobliwym „chórem”, w którym jednak nie zanikały cechy indywidualne czytających. Ze wszystkich prac ta właśnie była najbogatsza w intertekstualne odniesienia. Miller odwołuje się do utopijnej idei stojącej za nigdy niezrealizowaną kompozycją Varèsego Espace. Chodziło tam o równoczesne wykonanie przez chóry w różnych miejscach świata tej samej kompozycji. Efekt owego połączenia miał być słyszany jedynie dzięki transmisji radiowej, czego ze względów technicznych nie można było w pełni zsynchronizować. Kilka pomysłów z Espace kompozytor ostatecznie wykorzystał w utworze Déserts, do czego Miller nawiązuje. Powstaje zatem pustynia dźwięków, zderzających się ze sobą bloków hałasu, z których każdy funkcjonuje osobno, mimo że wszystkie opierają się na tym samym materiale. Pojawia się rodzaj wspólnoty, choć trudno nie ulec wrażeniu, że ostatecznie na pustyni każdy głos pozostaje samotny. Czytany przez dzieci tekst miał charakter społecznościowy i antytotalitarny, wprowadzając na wystawę element polityczny, krytyczny, i nadając nieco odmienną wymowę wcześniej oglądanym pracom. Nie pozostaje również bez znaczenia postać amerykańskiego kompozytora — awangardowego samotnika, walczącego o nowy język muzyki, podobnie jak Cage badającego „pierwotność” dźwięku, muzyczności hałasu, ale i wierzącego w polityczno-transformacyjny wymiar sztuki, co również kierowało interpretację jego prac w stronę odczytań politycznych.

Całość zamykała skromna i do pewnego stopnia tradycyjnie plastyczna praca Półkule, składająca się z dwóch serii „rysunków” wytworzonych w ciągu tygodnia przez promienie słoneczne. Jedna seria powstała w Nowym Sączu, druga na pustyni w Chile. A więc znów mieliśmy do czynienia z zapętleniem, ale tym razem na skalę wręcz kosmiczną. W tym przypadku artysta nie jest nawet inicjatorem niezależnego od niego procesu, a jedynie może go dokumentować, zapisać pewien ślad, stawiając widza przed świadomością nieuchronnego cyklu zjawisk planetarnych i zadając pytanie o różnicę w działaniu zapętlonego pociągu-zabawki.

CADU szuka pęknięć, małych szczelin między tym, co nazwane, uporządkowane, a tym, co jeszcze niesformułowane, pozornie pozbawione wewnętrznego ładu. Fascynacja cyklicznością każe mu szukać podobnych struktur zarówno w wymiarze czasu, jak przestrzeni. W ideach politycznych i dziecięcych zabawach. W tym, co lokalne, i tym co uniwersalne. I nawet jeśli nie jest to zbyt odkrywcze, a niektórym może wydawać się cokolwiek wyświechtane, to jednak siłą wystawy jest jej zaskakująca subtelność, kryjąca się w unikaniu przeciążenia elementami rozmaitych dyskursów (politycznych czy teoretycznych — które przecież w formie odwołań są nienachalnie obecne) i banalnej zwykłości poszczególnych elementów, nabierających znaczenia dopiero w zapętleniu. CADU nie interesuje bycie artystą-demiurgiem ani stawiającym jednoznaczne tezy krytykiem życia społecznego. Raczej kładzie on nacisk na procesualny charakter sztuki, rzeczywistości społecznej i codziennego życia. Uwypukla istnienie niezależnych od nas mechanizmów, podkreślając, a nawet celebrując brak możliwości uzyskania nad nimi kontroli.

 

CADU, Zanosi się na deszcz / It’s Gonna Rain, kuratorka: Anna Smolak, BWA Sokół, Nowy Sącz, 1 maja — 14 czerwca 2015.

Dodaj komentarz