Karolina Kostyra | Narodziny i śmierć Manic Pixie Dream Girl

Młody wrażliwy mężczyzna przechodzi załamanie nerwowe, traci pracę, rzuca go długoletnia partnerka. Wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło i teraz zostaje jedynie beznamiętna egzystencja. Tak przynajmniej sprawa wygląda przez pierwszych dwadzieścia minut filmu. Schemat fabularny znany z komedii romantycznych i kina obyczajowego spod znaku amerykańskiego indie przewiduje dla bohatera cudowną odnowę – pozna dziewczynę. Nie byle jaką dziewczynę, bo mężczyzna o duszy udręczonego artysty nie zadowoli się jakąś tam przeciętną ślicznotką. Kobieca postać musi być zuchwała, szalona, ekscentryczna, ale tylko na tyle, aby nie przytłoczyć męskiego bohatera swoją niebanalną osobowością. Powinna jedynie rozpalić iskierkę w jego życiu, a później może zniknąć, najlepiej niech umrze, pozostawiając po sobie kolekcję płyt winylowych i bajeczne wspomnienie miłosnej przygody. Prawdziwa Manic Pixie Dream Girl to dziewczyna na jeden sezon.

Manic Pixie Dream Girl (Maniakalna Wyśniona Wróżka) – w ten sposób bloger filmowy Nathan Rabin określił typ kobiecej postaci reprezentowany przez Kirsten Dunst w „Elizabethtown” (reż. C. Crowe, 2005) i Natalie Portman w „Garden State” (reż. Z. Braff, 2004). Cudaczne określenie w pełnym brzmieniu kojarzące się z niszową japońską subkulturą, w skrócie zaś z chorobą psychiczną, trafnie oddaje istotę bohaterek, które „istnieją wyłącznie w rozgorączkowanych fantazjach wrażliwych scenarzystów-reżyserów, a istnieją tylko po to, by mogły nauczać posępnych młodych mężczyzn, czym jest pełne przygód i tajemnic życie” (Rabin 2007). Wszyscy znają ten typ. To ta zabawna panienka w berecie czy sukience vintage, która lubi czytać komiksy, gra na trójkącie, wyprowadza jaszczurkę na smyczy i oczywiście nie ma pojęcia, jaka jest w tym wszystkim urocza. Może być wstydliwa, przeważnie jednak nadrabia odwagą za swojego nudnego chłopaka, oducza go nieśmiałości, kiedy, powiedzmy, krzyczą razem publicznie słowo „penis” („500 dni miłości”, reż. M. Webb, 2009). Jest wiecznie zdziwiona. „Naprawdę nie tańczyłeś nigdy samby w klubie seniora?” Ona robi to co czwartek. „Posłuchaj tej piosenki” – mówi – „odmieni twoje życie”, i przeciętny singiel The Shins rzeczywiście przestawia świat Zacha Braffa do góry nogami. Smutnawy protagonista zakochuje się w MPDG, bo ta pozwala mu być prawdziwie fajnym – takim, jakim wewnętrznie czuł się zawsze, ale nie miał siły przebicia, żeby to zamanifestować.

Typ uroczej trzpiotki obecny jest w kinie przynajmniej od lat dwudziestych. Na tym etapie podobne rysy dają się zauważyć u Clary Bow i Louise Brooks – flapperek z ujmującym, grymaśnym wyrazem twarzy. Dalej wymienić można między innymi rolę Katharine Hepburn w „Drapieżnym maleństwie” (1938, reż. H. Hawks), Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego” (1961, reż. B. Edwards) czy Goldie Hawn w „Motyle są wolne” (1972, reż. M. Katselas). Postać postrzelonej wróżki z męskich snów najwyraźniej manifestuje się w kinie współczesnym. Sztampowym przykładem będzie chociażby Penny Lane z „U progu sławy” (1999) – innego filmu Camerona Crowe’a. Postać grana przez Kate Hudson jest rock and rollową groupie, która wie, jak czerpać z życia pełnymi garściami. Szepcze niedoświadczonemu bohaterowi zaklęcia w stylu „to się dzieje naprawdę” – magiczne słowa, które mają wybudzić śpiącego królewicza do prawdziwego życia, czymkolwiek by ono nie było. Maniakalne wróżki stale zamieniają zresztą puste frazesy w błyskotliwe mądrości. „Nie da się mnie zapomnieć, choć trudno o mnie pamiętać” – stwierdza niesławna bohaterka „Elizabethtown”. Bzdura zupełna, ale jakże rozkosznie wygłoszona!

Do niedawna motyw MPDG funkcjonował na poziomie pewnych intuicji i dopiero opublikowany w 2007 roku esej Nathana Rabina podarował maniakalnej wróżce legalny żywot schematycznej postaci z własną nazwą – coś na wzór szalonego naukowca. Był to zresztą początek i koniec wymarzonej dziewczyny. Internet pokochał maniakalne wróżki, choć przeważnie ukrywał swoją miłość pod płaszczykiem ironii. Nie wypada tracić serca dla pustych męskich fantazmatów. Powstały dziesiątki artykułów, w których wyliczano mniej lub bardziej znane filmowe bohaterki odpowiadające opisowi, tworzono porównania, fanarty, polemiki.

Na najbardziej podstawowym poziomie krytyka tego typu postaci zbiega się z intencją samego Rabina, który podnosi stały argument dotyczący spłycania kobiecych bohaterek, tak by odpowiadały patriarchalnemu ze swej natury medium filmowemu. W myśl tej zasady postaci kobiece ograniczane są przeważnie do typów (dziwka, dobra żona, matka, kobieta fatalna), a ich głównym celem jest dostarczanie zadowolenia mężczyźnie (rozbudowanej psychologicznie postaci męskiej lub widzowi kinowemu). Kobieta, w tym przypadku MPDG, może posiadać moc sprawczą, a nawet skomplikowaną osobowość, ale służy ona wyłącznie potrzebom bohatera męskiego. Pozbawione autonomii maniakalne wróżki to bohaterki zawieszone – dryfują smętnie w mgiełce męskich fantazji i pojawiają się, kiedy apatyczny, dorastający chłopiec wymaga miłości, pocieszenia, przygody. Popkulturowy archetyp wymarzonej trzpiotki porównuje się tym samym z tak zwanym magicznym afroamerykańskim przyjacielem (Spike Lee nazywa ten typ bohatera super-duper magicznym murzynem), którego główną funkcją jest udzielanie białemu protagoniście porad i lekcji. Kiedy praca zostaje wykonana, murzyn może odejść. Analogiczne przykłady można oczywiście mnożyć. W filmach familijnych rolę nauczyciela życia pełnią niejednokrotnie udomowione zwierzęta. Jelonki, konie czy psy (najczęściej jednak psy) ukazane są nie jako żywe, czujące istoty, lecz instrumenty do szkolenia chłopców w dziedzinie odpowiedzialności czy uczuciowości. Po wszystkim zwierzę idzie do odstrzału, zabijane niejednokrotnie przez swego dorosłego już pana. Nie chodzi z pewnością o to, by bezwarunkowo potępiać rozwiązania fabularne tego typu. Jasnym jest, że istniejący w popkulturze motyw edukacji sentymentalnej przeważnie obdarzać będzie większą uwagą osobowość ucznia niż nauczyciela. W całej zabawie chodzi przecież o obserwowanie przemiany tego pierwszego.

Dyskusja na temat MPDG wpłynęła na pojawienie się w kinie i literaturze popularnej prób odczarowania wróżek. Otóż w ostatnich latach bohaterki, które posiadają charakterystyczne dla wymarzonych trzpiotek atrybuty (słodycz, ekscentryczność, określony gust muzyczny), zaczynają się buntować przeciw obsadzaniu ich w roli obiektu fantazji. Jeszcze przed opublikowaniem eseju Rabina, w „Zakochanym bez pamięci” (reż. M. Gondry, 2004) Clementine stwierdza: „Zbyt wielu facetów uważa mnie za koncept albo swoje dopełnienie, albo myślą, że poczują przy mnie, że żyją. Ale ja jestem tylko pojebaną dziewczyną, która szuka spokoju ducha. Nie obarczaj mnie swoimi problemami” (Kaufman 2003). Cóż, Joel tak czy inaczej miał nadzieję, że dziewczyna w farbowanych włosach go ocali.

Umiarkowanie udaną próbę sproblematyzowania postaci wymarzonej dziewczyny znajdziemy w „Papierowych miastach” (reż. J. Schreier, 2015) na podstawie prozy Johna Greena. Morał tej historii o ściganiu ekscytującej dziewczyny z sąsiedztwa głosi, że wyśnione drugie połówki nie istnieją, a tajemnicza Margo nie jest żadną maniakalną wróżką, lecz „papierową” dziewczyną, która sama nie potrafi się do końca zdefiniować. W kontekście całości odpowiadającej regułom historii z MPDG jest to morał nieco przyciężki. Więcej nawet, demitologizacja dziewczyny ze snów prezentuje się jako kolejne zaklęcie rzucane przez wróżkę na męskiego bohatera. Odkochaj się – to nauczy cię prawdziwego życia. Ostatecznie problemu nie stanowi przecież niezgodność kobiecej postaci z ideałem maniakalnej panienki ze snów, lecz odkrycie tej niezgodności i jej wpływ na zakochanego męskiego bohatera. Wrażliwi scenarzyści-reżyserzy mogą bić się w piersi za dotychczasowe fantazje o szalonych dziewczynach, które uratują ich przed kryzysem egzystencjalnym, ale efekt rewizji ich wyobrażeń często trącić będzie nieszczerością. Bohaterka w stylu Manic Pixie Dream Girl jest oczywiście tyleż prawdziwa, co fałszywa, a dobrze skrojona opowieść o maniakalnej wróżce wyraża przynajmniej jakąś prawdę marzenia. Sprawa komplikuje się natomiast, kiedy krytyka zaostrza swój pazur i zaczyna sięgać poza motywy narracyjne.

W 2014 roku Nathan Rabin przeprosił „całą popkulturę” za stworzenie terminu Manic Pixie Dream Girl. Zanim jednak nazwał swoje największe dzieło „mizoginicznym potworem nie do zatrzymania”, wydał książeczkę, w której rozwinął swój głośny esej.

Moją dziewczyną była kiedyś MPDG, która w przerażający sposób przypominała mi o Elizabethtown. […] Zaraz po naszych pierwszych spotkaniach zaczęła mnie wypytywać, czy już się w niej zakochałem. Może przesadzam, ale była to najbardziej wkurzająca rzecz w historii wszechświata. To właśnie esencja Manic Pixie Dream Girl: ona nie prosi o naszą miłość, ona jej wymaga. Miłość zresztą jej nie wystarcza. Musi być romantyzowana, idealizowana, fetyszyzowana, czczona i uwielbiana – no wiecie, te wszystkie głupoty, które robią młodzi faceci. Jej groźny i filuterny wzrok mówi: „lepiej się we mnie zakochaj skurwielu, albo otworzę w twoim tyłku wielką puszkę radości” (Rabin 2010: 4).

Czy naprawdę chodzi tu już tylko o spłycanie postaci kobiecych w komediach romantycznych? Zabawna, niebanalna panienka miałaby w tym wypadku wyrażać pewien typ psychologiczny „prawdziwej” wymarzonej dziewczyny. Nie jest przypadkiem to, że omawiając filmowe MPDG, zwyczajowo łączy się je wyraźnie z nazwiskiem konkretnej aktorki odpowiadającej swoim emploi maniakalnej wróżce. Może się wydawać, że Zooey Deschanel to prawie Summer albo Allison z „Jestem na tak” (reż. P. Reed, 2008), a Audrey Hepburn pewnie nieraz siadała na balkonie, śpiewając „Moon River”. Co ciekawe, koncept MPDG krytykowany był przez Zoe Kazan i Emily Browning – aktorki utożsamiane z tym popkulturowym archetypem. „Pozwólcie nam być czarującymi, ale nie zakochujcie się w nas do szaleństwa” – postulują odtwórczynie ról MPDG, jakby domagając się dla siebie prawa do autoekspresji, która nie byłaby skrojona pod męskie spojrzenie.

Być może już niebawem pod tym samym apelem podpisywać będą się też aktorzy obsadzani w roli… Manic Pixie Dream Boy. Fenomen błyskotliwego, zabawnego królewicza – może nie na białym koniu, ale na retro rowerze albo w koszulce Joy Division – jest wprawdzie mniej rozpowszechnionym odpowiednikiem MPDG, ale świadczy o tym, że niekoniecznie o różnicę płciową tu chodzi. Ilość scenariuszy z MPDG przewyższa tę z MPDB, bo ich autorami ciągle w przytłaczającej większości pozostają mężczyźni. Jednak skoro omawiany tu archetyp popkulturowy występuje w poprzek różnicy płciowej, to jego fantazmatyczny status nie wydaje się być wytworem wyłącznie patriarchalnych fantazji. Okazuje się raczej symptomem miłości romantycznej jako takiej, manifestacją niemożliwości „relacji seksualnej”, która wymaga rozbudzenia fantazji. Zaś konkretny rys psychologiczny bohaterów świadczy o zmieniających się wzorcach kobiecości i męskości. Jeśli faktycznie komedie romantyczne skazane są na fantazmaty, to niech przynajmniej nie zatrzymują wzroku widzów zbyt długo na oczach Zooey Deschanel.


LITERATURA:

C. Kaufman: „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”. https://stephenfollows.com/resource-docs/scripts/eternal_sunshine_of_the_spotless_mind.pdf [dostęp: 01.08.2015].

N. Rabin: „My Year of Flops: The A.V. Club Presents One Man’s Journey Deep Into The Heart of Cinematic Failure”. New York 2010.

N. Rabin: „The Bataan Death March of Whimsy Case File #1: Elizabethtown”. „The A.V. Club” Jan 25, 2007, http://www.avclub.com/article/the-bataan-death-march-of-whimsy-case-file-1-emeli-15577 [dostęp: 01.08.2015].

 

 

 

 

Dodaj komentarz