Karolina Kostyra | Wszystkie dzieci Spielberga

Od premiery „E.T.” (1982, reż. Steven Spielberg) minęły już przeszło trzy dekady. Dorosły już dzieciaki wychowane na baśni o obcym i latających rowerach. Teraz z kamerą wracają do kosmicznych przeczuć z dzieciństwa.

Popularność „Stranger Things” (2016, Matt Duffer, Ross Duffer) tłumaczy się przeważnie głębokim emocjonalnym zaangażowaniem, jakie serial wywołuje u odbiorców. Strategię obraną przez braci Duffer można nazwać lizusowską i cyniczną albo przepojoną miłością do przeszłości. Jakby nie było, nie ma w niej zbyt wiele miejsca dla subtelności i niedomówień. Syntezatory przywodzą na myśl Johna Carpentera albo co drugi nowofalowy zespół z lat 80. Niespokojne małe miasteczko kojarzy się ze Stephenem Kingiem, zaś konkretne wątki fabularne utkane są ze skrawków popularnych produkcji ery VHS. Sama historia w zasadzie niespecjalnie nas zajmuje. Na pierwszy plan wysuwa się obraz, który przez popkulturową pamięć trafia wprost do serca spragnionych nostalgii widzów. Neonowa czcionka przypomina logo drugoligowej wytwórni filmowej widziane kiedyś na kasetach z wypożyczalni. A to przecież tylko początek. Są jeszcze kadry z dzieciakami na rowerach, tajemnicze wilgotne lasy, pokój rozświetlony lampkami choinkowymi i ta dziewczynka z dziwnym wyrazem twarzy.

Hej, nowa przygodo!

Jednym z ważniejszych odniesień jest Kino Nowej Przygody Stevena Spielberga. Trylogia przedmieść, na którą składają się „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977, reż. Steven Spielberg), „E.T.” oraz „Duch” (1982, reż. Tobe Hooper) dostarcza specjalnego typu wrażliwości, czułej na niezwykłe impulsy pośród tego, co powszednie. Garderoby w dziecięcych sypialniach, rozgwieżdżone niebo i telewizory służące za nocne lampy działają jak transmitery sygnałów z pozaziemskich sfer. W świecie „E.T.” czy „Bliskich spotkań…” kosmos i magia są na wyciągnięcie ręki. Trzeba mieć tylko czyste serce i żywą intuicję, aby móc korzystać z tych czarów. Dla filmowców jest to niezwykle inspirująca wizja. Wzniosłe przedmieścia z fantazji Spielberga roztaczają się daleko poza dokonania samego reżysera. „Stranger Things” jest tu przecież jedynie wyrazem szerszej tendencji.

Ustalenie filmowego potomstwa Spielberga wcale nie jest oczywiste. Poza właściwym dorobkiem reżyserskim twórca „E.T.” ma jeszcze dzieci przygarnięte – jest przecież producentem „Goonies” (1985, reż. Richard Donner) albo „Super 8” (2011, reż. J.J. Abrams) – filmów, które sam mógłby wyreżyserować. Spielberg nie boi się też mniejszych robótek. Niedawno okazało się, że pomagał przy montażu amerykańskiej wersji „Niekończącej się opowieści” (1984, reż. Wolfgang Petersen). Są wreszcie sieroty po Spielbergu, filmy, które chciałyby mieć takiego tatę, chociaż on sam niekoniecznie chciałby adoptować część z nich. W każdym razie reinterpretacje Spielbergowskiego Kina Nowej Przygody są bardzo niejednorodne. Oscylują między plagiatami stworzonymi przez leniwych intelektualnie producentów („Mac i ja”, 1988, reż. Stewart Raffill) a nieoczywistą fantastyką w stylu „O chłopcu, który umiał latać” (1986, reż. Nick Castle). Potomstwo Spielberga jest więc rozsiane po świecie, podobne do ojca w różnej mierze i pod różnymi względami, niekiedy spotykane w nieoczekiwanych miejscach.

Trudno nie dać się porwać trylogii przedmieść. Jest w tych opowieściach coś takiego , a szczególnie w „E.T.”, co na poziomie nostalgicznym porusza głębiej niż inne filmy z dzieciństwa. To niekoniecznie nawet kwestia tęsknoty do konkretnej epoki czy prywatnych wspominków, ale celebracja dzieciństwa jako takiego, stanu będącego poza wszelkim czasem. Ze Spielbergowskim dzieciakiem mamy do czynienia już przy „Bliskich spotkaniach…”. Roy Neary jest przecież grubo po trzydziestce, ale bliżej mu do chłopca niż jego kilkuletnim synom – bawi się pociągami, do kina najchętniej poszedłby na Disneya, a co najważniejsze, zachował w sobie ufność i skłonność do zadziwienia światem.

Urwis ze smutnymi oczami

Jeśli jednak za modelowy wzór dziecka nowej przygody obierzemy Elliotta z „E.T.”, zauważymy, że nie bez znaczenia jest fizjonomia głównego bohatera. Uroda dziesięcioletniego Henry’ego Thomasa wyznaczyła uczniom i naśladowcom Spielberga szczególny rodzaj chłopięcej charyzmy, będący kluczem doboru młodego aktora. Z buzi trochę jakby urwis, ale nieśmiały, melancholijny. Włosy koniecznie z lekka przydługie. Ubrania jak to dla chłopaka, który niespecjalnie przejmuje się takimi sprawami – dżinsy, bluza z kapturem, na nogach trampki albo adidasy. To taki niby zwyczajny dzieciak, chociaż w pewien sposób wydaje się mądrzejszy i bardziej wrażliwy od rówieśników. Podobny typ reprezentuje nastoletni Ethan Hawke w „Badaczach kosmosu” (1985, reż. Joe Dante), Joel Courtney w „Super 8” albo Barret Oliver w „Niekończącej się opowieści”. Joey Cramer z „Ucieczki Nawigatora” (1986, reż. Randal Kleiser), zbyt pulchny jak na głównego bohatera, został zresztą na jednej z grafik reklamującej film komputerowo odchudzony i ubrany w czerwone polo, żeby bardziej przypominać rozczulającego Elliotta.

Twarz bohatera ma dla Spielberga niebagatelne znaczenie. To na niej malować się będą olśnienie, iluminacja i cały ogrom wzniosłych wrażeń. Oczy są szeroko otwarte, błyszczące, wpatrzone w górę lub gdzieś poza kamerę. Usta lekko rozchylone. Bohater zastyga w zadziwieniu cudem, jakiego doświadcza. Może być to statek kosmiczny albo niesamowitość przyrody – wszystkie zjawiska, które wyrywają ze zwyczajnej egzystencji i każą poddać się swej mocy. W ich blasku rozświetla się oblicze patrzącego. Tak zwaną „spielbergowską twarz” uznaje się za jeden z głównych wyznaczników stylu reżysera, nic więc dziwnego, że motyw ten tak chętnie wykorzystywany jest przez jego kontynuatorów.

Sztama

Pod koniec „Stań przy mnie” (1986, reż. Rob Reiner) dorosły już bohater dopowiada z offu, czemu tak męczy go nostalgia. „Nigdy później nie miałem już takich przyjaciół jak wtedy, kiedy byłem dwunastolatkiem. Jezu, chyba wszyscy tak mają, no nie?” Chyba tak, a już na pewno taka prawda wynikałaby z filmów familijnych i młodzieżowych sprzed trzech dekad. W relacjach dziecięcych z produkcji okołospielbergowskich na pierwszy plan wysuwa się szczerość, solidarność i prawdziwa frajda ze spędzanego wspólnie czasu. Nikt tu nie kantuje. Można sobie czasem podokuczać, ale kiedy przyjdzie co do czego, przyjaciele zawsze są na pierwszym miejscu. Mistrzowsko udało się oddać atmosferę dziecięcej wspólnoty w „Goonies”. Film o młodych poszukiwaczach skarbu składa się w zasadzie z samych scen zbiorowych, a wszystkie są bezpretensjonalne i przepojone entuzjazmem. Kino kumpelskie musi być gwarne i pełne życia. Jak wesołe bandy z książek Marka Twaina. Pocieszny grubasek, ktoś z aparatem na zęby, okularnik albo luzak – wszyscy są poczochrani, uroczo przemądrzali i świetnie się uzupełniają. Paczki koleżeńskie o podobnym składzie i dynamice grupowej dają się zauważyć w kolejnych produkcjach z lat 80., jak „Łowcy potworów” (1987, reż. Fred Dekker) czy „Straceni chłopcy” (1987, reż. Joel Schumacher) oraz nowej-nowej przygodzie w stylu „Earth to Echo” (2014, reż. Dave Green). W tego typu kumpelskim kinie „spielbergowska twarz” zyskuje swe przedłużenie i nową jakość. Kliszowy jest niemal kadr mieszczący całą zgraję zadziwionych dzieciaków. Przerażeni albo urzeczeni patrzą na piracką mapę, robota czy inne cudo.

Samotność dziecka

Posiadanie świetnych kumpli nie wyklucza samotności. W kinie czerpiącym z „E.T.” każdy szanujący się dom dotknięty jest kryzysem rodziny. W kolejnych realizacjach przewijają się samotne matki i nieobecni ojcowie („Ostatni gwiezdny wojownik”, 1984, reż. Nick Castle), z czasem nieznacznie zmodyfikowane na nieobecne matki i nieporadnych ojców („Super 8”), albo chociaż obojętnych na potrzeby swoich pociech rodziców („Earth to Echo”). Jeśli już scenarzyści nie chcą robić sobie kłopotu z pogmatwanymi relacjami rodzinnymi protagonisty, to przynajmniej sygnalizuje się ciężkie przejścia jego przyjaciela. Prawie zawsze ktoś przechodzi przez rozwód rodziców („Badacze kosmosu”) albo chowa matkę lub ojca („Wrota”, 1984, reż. Tibor Takács). Dorośli przynależą tu do innego porządku niż dzieci. Pokazani są z perspektywy dziesięciolatka – jak w kreskówkach z Tomem i Jerrym – od pasa w dół albo skupieni w plamie jednego wielkiego rządowego ciała. Wyłaniają się złowieszczo zza horyzontu i nie widać ich twarzy. Wiadomo o nich tyle, że chcą zniszczyć piękną przygodę i rozdzielić przyjaciół. Opuszczony dzieciak z przedmieść nie ma co liczyć na starych ani wsparcie z zewnątrz, dlatego zwraca się ku sobie. Kiedy dorośli zajęci są swoimi sprawami, jest sporo czasu, aby pomarzyć. To właśnie drugi biegun spielbergowskiej samotności – twórcza samotność dziecka, z której wypływają wszelkie czary i fantazje.

Doświadczył jej zresztą sam Spielberg. We wczesnym dzieciństwie ojciec zabrał go do chasydzkiej synagogi. Mały Steven zapamiętał z tego dnia cudowne światło przebijające ze świątyni. Niezwykłe objawienie naznaczyło jego dzieła. Białe snopy światła przecinające nocny firmament, srebrzysty blask telewizora w ciemnym pokoju albo jarzące się kolorem niebo wyznaczają Spielbergowskie kody wizualne. Gdzieś przy tym wielgachnym nieboskłonie widać małe ludzkie sylwetki zapatrzone w górę. Ten obraz często powraca u twórców o podobnej do Spielberga wrażliwości. Jednym z ciekawszych autorów jest z pewnością Makoto Shinkai, który w swoich fantastycznych anime zbliża się duchowo do twórcy „Bliskich spotkań…”. Młodzi bohaterowie Shinkaia mogą wieść zwyczajne życie, ale stale nawiedzani są przeczuciem, że jest coś więcej. Wciąż rozmarzeni wpatrują się w spadające gwiazdy i czekają na wielkie zdarzenia. W filmach „Kimi no Na wa.” (2016) albo „Ziemia kiedyś nam obiecana” (2004) niebo maluje się chyba jeszcze piękniej niż u Spielberga.

Kto podąża śladami Spielberga, musi pamiętać, jak to było w szkolny dzień symulować chorobę, żeby mieć cały dom dla siebie. Albo czuwać w nocy, kiedy wszyscy domownicy pogrążeni są we śnie. W takich chwilach znajome kąty wyglądają zupełnie inaczej: groźnie, baśniowo albo właśnie wyjątkowo przytulnie. Dla filmowców wzorujących się na „E.T.” inspirująca była sama atmosfera panująca w pokoju Elliotta. Podobne sypialnie powtarzają się w kolejnych realizacjach. Takie pomieszczenie powinno być zagracone popkulturowymi i naukowymi modelami, filmowane w niskim kluczu oświetleniowym, najlepiej z wirującymi gdzieniegdzie magicznymi drobinkami kurzu. Ten wystrój obowiązuje nie tylko na przedmieściach. Nastolatek z „Ostatniego gwiezdnego wojownika” mieszka w przyczepie kempingowej (cały trailer park robi tu ironicznie za małe suburbia), a jego pokój i tak pozostaje bardzo w stylu „E.T.”. W dziecięcych pokojach nawet w ciągu dnia jest na wpół ciemno, na ścianach, meblach i zabawkach igrają cienie rzucane przez żaluzje. W tej krainie schowki, szafy i komórki odpowiadają innym wymiarom. Mieszkają tam potwory, ale to też dobre miejsca na kryjówkę. Można zaszyć się w takim kącie na długie godziny, a dorośli na pewno cię tam nie znajdą. Dziecięce sypialnie żyją własnym życiem. Czasem dosłownie. W „Joey” (1985, reż. Roland Emmerich) – niemieckiej imitacji filmu Spielberga – osierocony przez ojca chłopiec odbiera w garderobie przez telefon-zabawkę rozmowę z zaświatów. Dzwoni jego tata. W tym samym czasie w pokoju małego Joeya ożywają wszystkie zabawki.

Spinacze, rowery i mechanizmy latające

Kino Nowej Przygody traktuje rekwizyty w wyjątkowy sposób. Przedmioty nigdy nie odpowiadają w nim jedynie temu celowi, do jakiego zostały stworzone. Elektroniczna zabawka Speak and Spell w połączeniu z folią aluminiową i parasolką służy za kosmiczny komunikator („E.T.”). Kula do kręgli, klatka z kurą i parę sznurków otwiera furtkę do domu bohaterów „Goonies”. A publiczny basen naelektryzowany prądem z telewizorów i suszarek unieszkodliwia przeciwnika nastolatków w „Coś za mną chodzi” (2014, reż. David Robert Mitchell). Takiemu podejściu równie blisko do etyki majsterkowania w garażu, jak i do typowo dziecięcego oglądu świata. Podobno w wieku przedszkolnym potrafimy wymyślić około dwustu zastosowań dla zwykłego spinacza biurowego. Z wiekiem zaś stopniowo tracimy tę zdolność i spinacz staje się dla nas po prostu spinaczem. U Spielberga i jego uczniów zawsze znajdzie się jakiś pomysłowy nerd, który podrasuje proste przedmioty, zmieniając je w czarodziejskie artefakty albo chałupnicze cuda techniki.

Wszystko to jednak nic przy największym skarbie jakim jest rower. Kiedy dorasta się na przedmieściach i nie chce się być skazanym na łaskę zmotoryzowanych rodziców, trzeba mieć swoje dwa kółka. Czasem podjeżdża się nim jedynie parę metrów do domu kumpla („Super 8”), innym razem tylko prowadzi przed sobą, bo wygląda to całkiem klawo („Badacze kosmosu”). W „Białej damie” (1988, reż. Frank LaLoggia) obrazek chłopca w halloweenowym stroju pędzącego na rowerze ma budzić skojarzenia z zaklętym czasem dzieciństwa. Dobry BMX przewiezie cię przez las i nieużytki za osiedlem, a jeśli jest naprawdę dobry, to polecisz wprost do nieba. Richard Donner i David M. Evans stworzyli w 1992 roku film „Marzyciele, czyli potęga wyobraźni”, w którym dwójka braci zainspirowanych legendą o latającym rowerze tworzy własny pojazd latający z wagonika dziecięcego Radio Flyer.

Marzenie o lataniu jest bardzo wyraźne w dziecięcej fantastyce lat 80. W „Ucieczce nawigatora” i „Badaczach kosmosu” całe zamieszanie dotyczy właśnie możliwości wzbicia się w niebo. Latające mechanizmy pozwalają uciec od ziemskich problemów, spojrzeć na wszystko z boskiej perspektywy i zatracić się w gwiazdach. Można też dzięki nim podglądać przez okno dziewczyny z sąsiedztwa. W baśniach bardziej tradycyjnych takim mechanizmem latającym był grzbiet magicznego przyjaciela, na przykład smoka z „Niekończącej się opowieści”. W niezwykle osobliwym filmie „O chłopcu, który umiał latać” rolę tajemniczego kosmity przejmuje niemy autystyczny nastolatek. Rodzice Erica giną w katastrofie lotniczej, a on sam zalecza traumę symulując… ruchy samolotu. Pewnego dnia rzeczywiście zaczyna latać. Szybuje ponad dachami przedmieść, trzymając za rękę swą sąsiadkę, Millie – dziewczynę równie wyalienowaną jak on. Film kończy się podobnie jak większość opowieści o magicznym Innym. Eric wzlatuje do nieba, pozostawiając przyjaciółkę samą na Ziemi. Oczywiście nie całkiem, bo coś się jednak zmieniło. Nowa przygoda pozostająca w kręgu wrażeń „E.T.” naznacza duszę bohatera wyraźnym śladem. „Będę właśnie tam” – mówi, kończąc opowieść. I przez całe przyszłe życie będziesz nosił w sercu pamięć o wielkich przygodach, natchnionych lotach i baśniowych światach dzieciństwa. Widz patrzy na to urzeczony. Oczy ma błyszczące i szeroko otwarte.


Karolina Kostyra – kinofilka na pełny etat, a po godzinach doktorantka w Zakładzie Filmoznawstwa i Wiedzy o Mediach na Uniwersytecie Śląskim.

Dodaj komentarz