Karolina Lewestam | Syndrom Cassandry

Berlin, mniej znana wyższa uczelnia, pokój administratorów. Czarnowłosa Amerykanka Cassandra siedzi biurko w biurko z moją węgierską przyjaciółką Zsofi. I opowiada:

— Co on sobie myśli, dupek jeden. Ja nie jestem osobą, która pozwala sobie na takie rzeczy. Jestem osobą poważną. Jestem ładna, mam oryginalną osobowość. Nie mam czasu na takie traktowanie. Takim osobom jak ja nie robi się takich rzeczy, słyszycie? Bo ja nie jestem oswojona. Jestem z tych groźnych. Jak się zrani kogoś takiego jak ja, to się potem żałuje. I on pożałuje. Taką jestem osobą, ot co.

— I co, pożałował? — pyta Zsofi.

— Nie wiem. Nie jestem osobą, którą to interesuje — odpowiada Zsofi. Po co więc o tym mówi? Bo, tłumaczy, bardziej niż kasandryczny związek z rzeczonym dupkiem fascynuje ją wiara Cassandry, że autotypologia wystarczy za osobowość. „Jestem osobą która to, jestem osobą która śmo — przedrzeźnia Zsofi. — Znam ją dwa lata i jeszcze nie zauważyłam, żeby w ogóle była jakąś osobą”.

„Jestem osobą, która…” — i nagle przypominam sobie, gdzie już słyszałam ten zwrot. Często używali go niektórzy moi amerykańscy studenci. Lubili asertywnie i z przekonaniem mówić, jakimi są ludźmi — cierpliwymi, zabawnymi, zagubionymi. I faktycznie, zamiast mówić w języku introspekcji („Nie chciałam go osądzać”, „Wzrusza mnie los tej kobiety”), woleli zgłaszać przynależność do jakiejś grupy ludzkiej („Nie jestem z tych, którzy oceniają”, „Jestem osobą, która łatwo współczuje”). „Jestem gościem, który lubi się pośmiać” — mówili, zanim zaczęli się śmiać albo kiedy już przestali, a najczęściej zamiast. Powiedz takiemu żart o lisach na przykład, a on zamiast się rozchichotać, lekko się uśmiechnie i oznajmi ci, że owszem, jest osobą, która żarty o lisach uwielbia. Zamiast dać ci w mordę, boś na niego splunął, krzyknie, że jest osobą, która sobie na to nie pozwala. A kiedy dasz takiemu dwóję za leserstwo, to się popłacze, bo przecież naprawdę nie jest kimś, kto robi cokolwiek powierzchownie.

Taki styl opowieści o sobie, trochę nieproszonej, nieznoszącej sprzeciwu deklaracji o typie własnego charakteru nie jest bynajmniej domeną Amerykanów. Pani w sklepie, która gruszki waży mi z palcem, opowiada, jak to ona z tych uczciwszych osób, ze swoją szkodą zresztą. Celebryci, strażnicy konwencji kulturowych, dosłownie szpikują tą frazą wywiady. Małgorzata Rozenek mówi: „Jestem osobą bardzo emocjonalną i dziwi mnie, kiedy czytam o tym, że jestem zimna”; Anna Mucha twierdzi: „Nie jestem osobą wiejsko-parkową. Natura jest fajna, ale ja zdecydowanie wolę miasto”. Zsofi ma rację — myślę sobie, że nie jest to wcale samowiedza, nie należy tego mylić z rzetelnym „auto-dziennikarstwem”. To raczej samoopis performatywny, sprawcze akty mowy, które mają te cechy samemu lokutorowi niejako nadać.

Czy syndrom Cassandry, uprawianie samodefinicyjnych rytuałów, jest czysto arbitralne? Nie zawsze. Mówiący te słowa może mieć jakieś dla nich oparcie — być może naprawdę podobał mu się raz żart o lisach, pewnie dostał jedną czy dwie piątki. Zasadniczo jednak dyskursywny akt nadania sobie właściwości wyprzedza, zmienia, przekłamuje lub tworzy rzeczywistość. A tak naprawdę to nie robi żadnej z tych rzeczy, bo istnieje niejako obok faktów, nie wchodząc z nimi w związki zgody lub gwałtu. U Cassandry bowiem mówi się i żyje, używając dwóch innych zestawów narzędzi. I jeżeli trafnie rozumiem ten nawyk, to syndrom Cassandry jest symptomem ciężkiej choroby. Nie choroby psychicznej osoby, która na nią cierpi — nie jestem bowiem osobą, która szafuje takimi diagnozami — ale choroby naszego dzisiejszego polis, naszego miasta-świata.

Bo dzisiejsze Kasandry same nie są niczemu winne; jedyne czego chcą, to rozumieć siebie. To instynkt stary jak homo sapiens: zorientować się w sobie, wyczuć własny charakter, może nawet opisać swoją osobę tak, jak opisuje się postać. Wiedzieć, kim jestem. Ale niełatwo to zrobić. Patrzy człek na swoje działania, kartkuje swoją historię, przepowiada sobie własne perypetie i nieustannie próbuje załapać, kto jest tego faktograficznego bałaganu głównym bohaterem. A żeby to zrobić dobrze, trzeba mieć dobry materiał — trzeba być w świecie, poruszać się, działać. Tylko tam kryje się tajemnica osobowości, tylko w praktyce rodzi się charakter.

Wiedział o tym, jak o wszystkim zresztą, nasz stary Arystoteles. W Etyce nikomachejskiej pisał, że cnotliwy (czyli po prostu dobry) charakter ma ten, kto dzięki działaniu — społecznemu, politycznemu, moralnemu — zdołał wpoić sobie pożądane nawyki. Nie ma innej drogi do posiadania jakichś cech niż tych cech rzeczywiste i żmudne ćwiczenie. Chcesz być hojny? Obdarowuj; obdarowuj tak długo, aż ci wejdzie w krew, aż stanie się to twoją druga naturą, a wtedy możesz o sobie wreszcie powiedzieć: „Aha, jestem hojny!” (nie rozdaj przy tym jednak wszystkiego — Arystoteles nie był fanem przesady). Chcesz być miły? To ćwicz. Bądź miły tu i bądź miły tam, na polu i w walce, na słońcu i w cieniu, Agorze, na ugorze, gdzie się da. Bądź miły dla sprzedawcy i przeciwnika politycznego, dla żony, dla dziecka, dla psa (tylko nie zbyt miły — pamiętaj, złoty środek!). A potem możesz usiąść, otrzeć czoło i powiedzieć sobie: „No proszę, jaki ja jestem miły”. I zadzwonić do Platona — „Panie prezesie, zadanie wykonane”.

Jakże łatwo może zrozumieć siebie arystotelejski człowiek cnotliwy. Ponieważ jego cechy są wprzężone organicznie w jego duszę siłą nawyku, jego czyny przeszłe są zawsze w zgodzie z przyszłymi, jego uniesiona w zdziwieniu brew pozostaje w zgodzie ze sposobem, w jaki organizuje pocztówki, jego śmiech współpracuje bez zarzutu z jego płaczem, jego sen jest jednolity i spokojny. Cechy dobrze wykształcone widoczne są bowiem w każdym zakątku jego życia. To się właśnie nazywa charakter — spójna dyspozycja, przy której autor wewnętrzny, sekretarz autorozumienia, ma pracę lekką i przyjemną. Ponieważ rozumieć siebie chcemy wszyscy, a cnota jest tak pięknie przejrzysta — w cnocie arystotelejskiej, jako regulatywnej idei rozwoju, kryje się recepta na święty spokój. Wiadomo, kim się jest, wiadomo, co się robi, można odetchnąć i zamiast swoim wnętrzem, wreszcie zająć się polityką. Na trochę oczywiście, bo samozrozumienie jest jednak procesem dynamicznym, jakoś tam kreatywnym, mozolnie ciążącym ku fuzji opowieści o sobie z jednej i działaniu w świecie z drugiej strony.

Bardzo był Arystoteles mądry z tymi swoimi receptami na czynienie z siebie spójnej postaci, ale zapomniał dodać, że jego człek cnotliwy żyje w mieście wymyślonym przez niego samego, Arystotelesa. A jest to miasto do bólu spójne, bo gdzie się człowiek w nim znajdzie, taką zastanie koncepcję dobra. Co to znaczy? Gdyby miastem arystotelejsko spójnym miała być taka na przykład Warszawa, nie znaczyłoby to, że jest dobrze skomunikowana albo że wszyscy mieszkańcy są prawdziwymi Polakami. Znaczyłoby to raczej, że być dobrym człowiekiem znaczy mniej więcej to samo w różnych warszawskich przestrzeniach. Że w pracy ceni się te same cnoty co w rodzinie, że warszawski artysta potrafi się porozumieć z lokalnym politykiem, bo mają podobne cele, że jak ktoś jest fajny, to będzie fajny i na piwie, i na wojnie, i w burdelu, i w powstaniu. A jeśli miasto jest spójne aksjologicznie, to obywatele mogą łatwiej tworzyć spójne osobowości. Bo jak już są jakimiś osobami, to są nimi cały dzień. I cały dzień to miasto, ze względu na ich cechy, traktuje ich podobnie, w tej spójności ich utwierdzając, pomagając im być kimś. Tak dzieje się, gdy życie każdego jest inne, ale rozgrywają się one na jednorodnej planszy. Wtedy po prostu lepiej widać bohaterów.

No i klops, bo przecież my nie żyjemy ani w takich miastach, ani w takich światach. Spójny obraz dobrego życia jest nam coraz mniej dostępny. Wszak towarem najbardziej chodliwym na rynku porad psychologicznych są dziś wszelkie wskazówki, jak utrzymać w kupie całą masę niespójnych form życia. Jak być matką i kobietą sukcesu? Jak być męskim i zmieniać pieluchy? Jak być młodą osobą, która się nie zdziwi, gdy się zestarzeje? Jak grać na giełdzie i na oboju? Nasze państwa-miasta nie mają wspólnej koncepcji dobra, nie mają żadnych jednolitych zasad oprócz praw fizyki — a jeśli nie ma świata przedstawionego, nie ma też postaci. Kim jest bowiem człowiek, który dopasowując się do wymagań konkretnych podsystemów, jest bestią w autobusie, niemoralnym dronem w korporacji, rubasznym kumplem na piwie i czułym ojcem w domu? Kim jest dziewczyna, która na studiach menedżerskich ma piątki, wieczorem zarabia pięć stów za towarzyszenie brzuchatym biznesmenom, a w nocy marzy o pięciorgu dzieciach? Jeśli działanie w submieście A jest tak różne od działania w podmieście B, wewnętrzny narrator kapituluje. Zadanie literackie okazuje się ponad jego siły: nie da się tej osoby — mówi, trzaskając piórem o ziemię — sensownie opisać. Niech sobie lata, przeklęta, robi, co chce i jak chce, ja jestem autorem, kurna chata, a nie jakimś tam kronikarzem. Ja muszę najpierw takiego delikwenta zrozumieć.

A kiedy kapituluje autor, działanie zaczyna wymykać się poetyckiej racjonalności. Jak działać, kiedy nie jest się nikim konkretnym? Ludzie, którzy nie mają silnych cech, istotnych własności i rzeczywistych akcydentów, zaczynają robić, co im się podoba, ciągle zagubieni, ale niestety nie w sposób, który mógłby uczynić ich prawdziwymi osobami. A dezintegracja spójności działania coraz bardziej zniechęca autora do chwycenia za pióro. Tak wpływa na nas nasze miasto — porwane, poszarpane, jak stary patchwork z gałganków.

I stąd syndrom Cassandry. To nic innego jak czkawka potrzeby samozrozumienia, nagłe i przypadkowe zrywy zapijaczonego autora. Przez swoje pijaństwo ów autor wewnętrzny przestał w ogóle zwracać uwagę na to, co Cassandra robi, przyzwyczajony, że i tak nie da się tego ułożyć w żadną całość. Czasem tylko coś tam dojrzy, coś zgeneralizuje, coś zakrzyknie. Mimo swojego stanu nie stracił jednak poczucia misji, bo przecież — hep — pisać trzeba! Jestem osobą, która… Nie jestem gościem, który… I tak trwają zaklęcia — zaklęcia, które nie rozprostują naszego polis, nie dadzą autorowi jednorodnego języka, którym będzie mógł stworzyć swoją prawdziwą historię, dzięki której mógłby się wreszcie jakoś bardziej prawdziwie określić. Nasze miasto bowiem rozgałęziło się w sposób, o jakim nie śniło się filozofowi ze Stagiry — jest teraz wypełnione nieskończonością monad (fejsbuki, wakacje za granicą, sub-sub-subkultury), każda z nich bardziej osobna, bardziej wyizolowana od reszty, z własnym mikrokodem moralnym. Nie można działać spójnie, nie ma więc materiału na charakter. I coraz trudniej nam być jakąś osobą, coraz trudniej być jakimś. Pozostaje performatyw, rytuał bez znaczenia, chwilowa samopomoc narracyjna, ukłon w stronę starej potrzeby, żeby jednak jakoś się określić.

Słyszę dziś, że dupek Cassandry jednak nie pożałował niczego, bo już po tygodniu pojawił się znowu w biurze z tulipanem. A skoro Zsofi uznała za stosowne wspomnieć mi o tym przez telefon, to znaczy, że jednak jest osobą, którą to interesuje. Czyżby i ona…? Nie chcę być osobą, która wieszczy, ale jeszcze chwila i wszystkich nas dotknie syndrom Cassandry.

Dodaj komentarz