Katarzyna Warmuz | Gry miejskie klasy średniej („Pewnego razu w listopadzie”, reż. Andrzej Jakimowski)

W związku z powołaniem przez partię rządzącą Komisji weryfikacyjnej temat reprywatyzacji pojawia się w prasie niemal codziennie. Problem z reprywatyzacją nie jest rzeczą nową: od kilku lat środowiska anarchistyczne i lokatorskie walczą z procederem wykupywania roszczeń do nieruchomości, nadużyciami czyścicieli kamienic i policji, która towarzyszy komornikom i rzekomym właścicielom. Działania związane z reprywatyzacją niosą dla lokatorów zgubne konsekwencje – eksmisje, wysiedlenia i nieustanne czekanie na przydział mieszkania komunalnego. O ile polscy lewicowi dziennikarze i aktywiści zręcznie poruszają się po tematyce eksmisji, o tyle trudno znaleźć przykłady filmowych narracji, które w kompleksowy sposób przedstawiałyby kwestię wysiedleń. Wątek eksmisji na salony polskiej kinematografii wprowadził Andrzej Jakimowski. Pozostaje zapytać, czy reżyser „Imagine” (2012) udźwignął temat, który po 1989 roku nabiera coraz większego ciężaru?

„Pewnego razu w listopadzie” (2017) to film podzielony na dwie części. Pierwszy fragment najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego dotyczy tułaczki Mamusi (Agata Kulesza) i Mareczka (Grzegorz Palkowski) po peryferiach i centrum Warszawy w poszukiwaniu ciepłego lokum. Dwójka głównych bohaterów, wskutek komorniczej egzekucji, została wyrzucona ze swojego mieszkania. Jakimowski pokazuje w jakich warunkach mieszkają osoby bezdomne – w noclegowniach, klasztorach i opuszczonych, położonych na krańcach Warszawy ogródkach działkowych. Mamusia i Mareczek, razem z psem-przybłędą, codziennie szukają noclegu. Część dotycząca wędrówki przez miasto zostaje zestawiona z Marszem Niepodległości z 2013 roku, podczas którego zaatakowano, przy cichym przyzwoleniu policji, skłot Przychodnia.

Mijają się z prawdą Bartosz Staszczyszyn, Łukasz Maciejewski i Dawid Muszyński kiedy piszą, że historia przedstawiona przez Jakimowskiego dotyczy dzikiej reprywatyzacji. „Pewnego razu w listopadzie” jest przede wszystkim opowieścią o złych komornikach i policjantach oraz brutalnych faszystach, którzy ukrywają się za patriotyczną symboliką. Wynika to z faktu, że reżyser „Sztuczek” (2007) nie zapoznał się dogłębnie z problematyką reprywatyzacji. Gdzie w opowieściach o eksmisji Mamusi i Mareczka jest mowa o wykupywaniu roszczeń do nieruchomości, o niejawnych działaniach Rady miasta stołecznego Warszawy, o czyścicielach lub o prawie, które nie uwzględnia potrzeb lokatorów? Słowo „czyszczenie” pada w filmie Jakimowskiego tylko raz. Sądzę, że osoba, która styka się z tematem eksmisji, nie będzie wiedziała, jak należy rozumieć ten konkretny wyraz i gdzie należy go ulokować. Tym bardziej, że jest to słowo-wytrych, które pozwala zrozumieć, w jaki sposób traktuje się osoby wyrzucane z mieszkań – jako brud, niechciany i zbędny balast w dochodzeniu do kapitału. Zdaje się, że pomijając wiele ważnych głosów dotyczących reprywatyzacji, Jakimowski skrzywdził te osoby, które codziennie walczą z czyścicielami kamienic i niesprawiedliwą polityką mieszkaniową. Gdyby reżyser pokusił się o lekturę publikacji podejmujących zasygnalizowaną tematykę 1 wiedziałby, że za eksmisjami często stoją politycy z pierwszych stron gazet, że ludzi kupionych wraz z kamienicą nazywa się „wkładką mięsną”, że dochodzi do podpaleń kamienic, odcinania mediów, zastraszania, a nawet do morderstw (przypadek Jolanty Brzeskiej). Temat wyrzucania na bruk, osiedli kontenerowych i relokowania mieszkańców nie jest przecież nowy.

Innym rażącym aspektem filmu „Pewnego razy w listopadzie” jest sposób przedstawiania anarchistów. Podobno Jakimowski aż dwa lata starał się wejść z kamerą do skłotu Przychodnia. Przyznam, że niespecjalnie dziwi mnie opieszałość środowiska anarchistycznego. W filmowym wyobrażeniu skłotu odstręcza wizerunek przedstawicieli radykalnej lewicy, którzy posługują się wyświechtanymi frazesami. Scena, w której Mareczek chce zostawić na terenie skłotu psa jest bardzo wymowna. Kiedy chłopak pyta jednego z anarchistów (Jacek Borusiński) o możliwość uwiązania zwierzęcia, słyszy, że to niemożliwe, bo „tu jest wolność”. Naiwna jest także wiara filmowych anarchistów w to, że w centrum miasta, ulegającego dzikiej reprywatyzcji, istnieje przestrzeń dla głoszenia anarchistycznych idei. W przypadku skłotu mamy raczej do czynienia ze strefą autonomiczną, która została wywalczona przez okupowanie pustostanu. Jako że Jakimowski z nonszalancją podchodzi do działań aktywistów walczących z kamienicznikami, aspekt ideowy jest dla niego mało istotny. Warto powiedzieć również o tym, jak wyglądają owi anarchiści – to kukiełki, których obraz zaczerpnięto z fantazji klasy średniej. Przedstawicieli Przychodni charakteryzuje ujednolicony wygląd – właściwie wszyscy noszą kolczyki, dredy i czarne ubrania. Takim zagraniem Jakimowski wpada w pułapkę stereotypów i błędnie zakłada, że światopogląd zawsze jest kompatybilny z konkretnym wizerunkiem.

„Pewnego razu w listopadzie” to opowieść również o tym, jak kobiety się poddają, wpadają w depresję i dziecinnieją. Agnieszka Wiśniewska przypomina, że to właśnie kobiety najbardziej zaciekle walczą z czyścicielami i kamienicznikami. To przecież Jolanta Brzeska, kobieta-symbol w walce z reprywatyzacją, założyła Komitet Obrony Lokatorów i prowadziła dyskusje z Radą m.st. Warszawa. Ale to nie jedyna kobieta, która przyczyniła się do wprowadzenia tematu reprywatyzacji do medialnego obiegu – o kobietach walczących z kamienicznikami piszą także Beata Siemieniako, Piotr Ciszewski i Robert Nowak. Jakimowski wizerunek kobiety po eksmisji wykreował inaczej – Mamusia choruje na depresję, jest osowiała i snuje się po mieście w poszukiwaniu ciepłego kąta. To jej syn, Mareczek, jest siłą napędową całej akcji filmu. Jest to posunięcie niesprawiedliwe i ponownie ustawiające kobiecy podmiot jako histerycznej i niezdolnej do sprzeciwu jednostki.

Zasługą Jakimowskiego jest niewątpliwie fakt ukazania sytuacji niestereotypowej: ludzie wyrzuceni przez komornika pochodzą z klasy średniej – legitymują się wyższym wykształceniem (Mamusia) lub starają się o takie (Mareczek). W moim przekonaniu jest to uczciwe posunięcie. W gąszczu dyskusji o reprywatyzacji, eksmisjach lub osiedlach kontenerowych z  ust polityków związanych z neoliberalnymi partiami słyszy się zwykle o tym, że ofiarami wysiedleń padają przedstawiciele tak zwanego „marginesu społecznego” – alkoholicy, narkomani, przestępcy lub osoby leniwe, niechętnie podejmujące pracę.

„Pewnego razu w listopadzie” to nie tylko narracja poświęcona eksmisjom i tułaczce po Warszawie. Jest to także opowieść o Dniu Niepodległości z 2013 roku, podczas którego zaatakowano dwa skłoty – Przychodnię i Syrenę. W filmowej historii marsz „patriotów” tworzy granicę, która dzieli film na dwie części. Jest to spowodowane nie tylko oddaleniem fabuły od wędrówki Mareczka i Mamusi, ale również dokumentalnymi zdjęciami z Marszu Niepodległości – zmienia się estetyka filmu, a wraz z nią jego odbiór. Jest to ciekawy, acz zbędny element „Pewnego razu w listopadzie”. Po pierwsze, temat eksmisji jest na tyle obszerny i pełen zawiłości, że mógłby posłużyć jako kanwa dla kilku filmów. Niestety, reżyser postanowił wprowadzić wyrazisty element – narodowców, których obóz liberalny i lewica nie tolerują. Przerwanie narracji o bezdomności zaburza rytm filmu i jednocześnie podsyca nienawiść do grupy, w obrębie której również znajdują się osoby wykluczone ekonomicznie. W żadnym wypadku nie bronię sympatyków radykalnej prawicy, ale Jakimowski zapomina, że faszyzm rodzi się z braku perspektyw na godny zarobek, klasowych nierówności i ekonomicznego wykluczenia. Narodowcy to dla ogółu społeczeństwa widma, o których życiu nic nie wiadomo. Zamiast wątku z „patriotami” w tle, Jakimowski mógł skupić się na dogłębnej analizie eksmisji. Dlaczego nie pokazał ich przebiegu? Dlaczego nie zaprezentował z jakimi absurdalnymi i okrutnymi praktykami mają do czynienia mieszkańcy reprywatyzowanych kamienic? Dlaczego Jakimowski nie pochylił się nad polskim prawem i sądownictwem? Szkoda, że reżyser nie wykorzystał potencjału tkwiącego w opowieściach lokatorów.

„Pewnego razu w listopadzie” to film opowiedziany z perspektywy mężczyzny o liberalnym światopoglądzie. Jakimowski chciał stworzyć kino zaangażowane społecznie, ale, niestety, film ugrzązł w morzu stereotypów i braku merytorycznego przygotowania do podjęcia tematyki bezdomności, eksmisji i reprywatyzacji. W wywiadach reżyser „Sztuczek” dowiódł swojej niewiedzy na temat złożonego problemu eksmisji. Stwierdzenie: „Jak każdy warszawiak, odczuwam dumę z inwestycji i rosnących biurowców”, jest potwierdzeniem wszystkich wyżej wymienionych zarzutów. Jakimowski nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie przez biurowce i dziką deweloperkę lokatorzy muszą walczyć z kamienicznikami, eksmisjami i czyścicielami kamienic. Inwestycje, jakkolwiek spektakularne i owiane atmosferą offowego splendoru, przyczyniają się do pogłębiania nierówności klasowych. Tam, gdzie wchodzi wielki kapitał, tam pojawiają się wysiedlenia, podwyżki czynszów i cierpienie ludzi. Dlatego stwierdzenie, że na scenie polskiej kinematografii pojawił się reżyser naśladujący wrażliwość Kena Loacha uważam za przesadzone, a nawet ubliżające angielskiemu reżyserowi.


„Pewnego razu w listopadzie”. Reż. Andrzej Jakimowski. Polska 2018.


Katarzyna Warmuz – doktorantka kulturoznawstwa. Jej zainteresowania skupione są wokół sztuki miejskiej i jej wpływu na gentryfikację przestrzeni miejskiej. Prowadzi badania na temat politycznego uwarunkowania sztuki muralistycznej.

Dodaj komentarz