Kevin Nazencew | Polska szkoła buntu („Nie jestem już psem”, Muzeum Śląskie)

Kontestacja w obszarze działań artystycznych jest zjawiskiem (i nie należy bać się tego określenia) wyeksploatowanym chyba na wszelkie możliwe sposoby. Sztuka alternatywna, jak często eufemistycznie jest określana, zakłada postawę wyzywającą, często w radykalny sposób wymagającą zaangażowania od odbiorcy dzieła. Jeśli zechcieć ją uporządkować, a co więcej, znaleźć wspólny mianownik dla działań twórców ją reprezentujących, z całą pewnością moglibyśmy dojść do wniosku, iż fundamentalnym dla niej pojęciem jest niezgoda, rozumiana w sposób dwojaki: zarówno jako nieprzekraczalny antagonizm pomiędzy jednostką a systemem wiedzy/władzy w ujęciu Foucaulta, jak i jako nie-zgoda, czyli brak akceptacji systemów oraz norm na wszystkich możliwych płaszczyznach (prywatnej, rodzinnej, religijnej, społecznej etc.). W tym świetle poczyniona przez kuratorki Zofię Czartoryską i Katarzynę Karwańską próba zestawienia ze sobą stosunkowo dużej ilości artystów polskiego outsider artu, wywodzących się z tak różnych środowisk twórczych, jest zadaniem trudniejszym, niż mogłoby się pozornie wydawać.

Problem może być widoczny już na etapie promocji wystawy – tytuł „Nie jestem już psem”, zaczerpnięty z dramatu Łukasza Wojtyski o tej samej nazwie, połączony z dosyć już zużytą typografią, przywodzącą na myśl punkową estetykę takich grup muzycznych jak chociażby The Adicts lub The Casualties, każe nam spojrzeć na tematykę wystawy poprzez pewną łatwo rozpoznawalną kliszę (nieprzystosowany abnegat i niezrozumiana przez nikogo sztuka). Całe szczęście, pomimo pewnych wyjątków, obawa ta mija, gdy zwiedzamy ekspozycję.

Prezentowane w Muzeum Śląskim prace stanowią kontynuację wątków poruszonych na ekspozycji „Po co wojny są na świecie” (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie), jednak w tym wypadku artyści wybrani są według klucza „działań oddolnych”, często zgodnych z duchem (znowuż punkowej w swoich korzeniach) ideologii DIY oraz negacji systemów społeczno-politycznych. W tym zdecydowanie anarchistycznym tonie utrzymane są prace znajdujące się w jej pierwszej sekcji, tj. „Polska płonie”. Są to dzieła m.in. Roberta Brylewskiego (znanego lepiej na polu muzycznym jako współzałożycielformacji-ikon Brygada Kryzys czy Izrael) czy Włodzimierza Czerwa, którego malarstwo stanowi jeden z najbardziej radykalnych przykładów prezentowanego aglomeratu buntowników i indywidualistów. Brylewski korzysta w sposób zdecydowany z zaplecza, jakie daje kolażowa estetyka zinów. Jego twórczość przedstawiona została jednak w sposób szczątkowy, przez co przekaz traci na wyrazistości (dobór prac wydaje się zbyt incydentalny, choć tu kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje to, czy problemem jest sam sposób doboru prac, czy po prostu ich mała wyrazistość – opowiadałbym się za drugą z opcji). Natomiast Czerw, pomimo równie szczątkowej liczby jego zaprezentowanych prac, jawi się jako osobowość totalna, nie tyleż działająca gdzieś poza głównym obiegiem, co raczej próbująca wszelkie zastane normy obnażyć i, ujmując rzecz eufemistycznie, ośmieszyć. Przy całościowym spojrzeniu na wystawę jego prace okazują się jednym z jej najjaśniejszych oraz najbardziej wyrazistych punktów. Totalność projektu Czerwa nie objawia się tym, iż pole semantyczne jego prac unosi się bezcelowo w eterze, w ostatecznym rozrachunku nie prezentując sobą nic poza chęcią ślepej negacji. Przeciwnie, jest to negacja niezadowalająca się prostymi podziałami, jak ten na lewicę i prawicę, używany w dzisiejszej Polsce jako podstawowa dychotomia w wymiarze światopoglądowej niezgody. Z jednej strony mamy do czynienia z potężnym nagromadzeniem symboli (Jan Paweł II, Solidarność, symbole narodowe, swastyka, gwiazda Dawida etc.), które w jego syntezie zyskują nieco komiksowej, skrajnie przerysowanej i jednocześnie poruszającej siły. Jak możemy przeczytać w opisie jego prac: „Pozostawał obsesyjnie demaskatorski i bezlitosny dla każdego z systemów: ekonomiczno-politycznych, filozoficznych, etycznych i religijnych. W silnie spolaryzowanych latach 80. nie podzielał ani stanowiska władzy, ani opozycji, ani lewicującego trzeciego obiegu i w tym sensie pozostawał artystą całkowicie niezależnym”. Trudno nie przyznać tej opinii racji, przyglądając się takim pracom jak „Szopka kryzysowa” czy „Obiecująca szopka” (obie pochodzą z 1983 roku).

Wśród artystów, których prace zgromadzono w tej części wystawy, na szczególną uwagę zasługuje także Radosław Perlak – jego obrazy mogą przywodzić na myśl dokonania polskiej sztuki krytycznej; co jednak warte uwagi, podobnie jak w przypadku twórczości m.in. Katarzyny Kozyry czy Artura Żmijewskiego sama osobista sytuacja artysty jest tu niezwykle istotne. Perlak od 1999 roku jest dożywotnim więźniem Zakładu Karnego w Rawiczu, jego twórczość należałoby więc w dużym stopniu odczytywać jako próbę reformacji systemu penitencjarnego w Polsce. To właśnie w takich postawach twórczych, a także samych życiorysach autorów prac (w jaki sposób moglibyśmy wszakże oddzielić sztukę outsiderów od prowadzonego przez nich trybu życia? W przypadku Perlaka odpowiedź wydaje się prosta: nie moglibyśmy) bunt stanowi jeden z nieodłącznych elementów. W tym wypadku wyjście poza obowiązujący nurt objawia się bardziej jako jedna z dyspozycji egzystencjalnych, nie zaś jako potrzeba artystycznej egzaltacji.

Starając skupić się na jaśniejszych punktach wystawy, nie sposób nie zwrócić uwagi na prace Ryszarda Szozdy – cykl obrazów, które z jednej strony określane są jako „abstrakcyjne malarstwo batalistyczne”, z drugiej jednak wydają się na wskroś figuratywne. Stanowią one bowiem malarskie repliki widoków z kamer dronów bojowych, których jedynym celem jest namierzenie i zniszczenie wybranego wcześniej obiektu, co zresztą możemy zauważyć na wyświetlanym filmie. Podczas oglądania tego ostatniego mamy do dyspozycji parę słuchawek, jednak pod względem rozwiązań stricte technicznych wystawa woła o pomstę do nieba; jakość oraz sam zasięg dźwięku to chyba jeden z tych aspektów, do którego można mieć najwięcej zastrzeżeń. Prace Szozdy znalazły swoje miejsce w części wystawy nazwanej „Sava, Putin, Sava”, traktującej o wojnie i związkach tematyki społecznej z militarną.

Koncepcja podziału ekspozycji na pięć osobnych, odmiennych pod względem podejmowanych problemów, obszarów okazała się bardzo dobrym pomysłem, który w pewien sposób porządkuje przedstawiane treści oraz samą przestrzeń wystawienniczą, nie pozwalając zanadto błądzić w meandrach buntowniczej myśli artystów. Starannie przemyślana i kolorystycznie podzielona scenografia to pozytywny aspekt wystawy; Zbigniew Libera wypełnił swoją rolę w sposób prosty, ale niezwykle pragmatyczny.

Nieco odmienny – w porównaniu z obrazem nieprzystosowanego beatnika, dominującym na wystawie – wizerunek artystów-oustiderów prezentowany jest w części  ekspozycji zatytułowanej „Chcemy porno, a nie ormo”. Wizerunek ten jest tu bowiem konfrontowany z seksualnością oraz płciowymi, a także fizjologicznymi zagadnieniami. Dziwić może, zarówno w wypadku tej części, jak i w perspektywie całej wystawy, zbyt mocne akcentowanie dokonań sprzed ponad trzydziestu lat, przy jednoczesnym nieco marginalnym potraktowaniu twórców młodszego pokolenia, których dokonania często związane są z rozwojem teorii z zakresu gender studies. Uwaga ta nie jest w żadnej mierze próbą umniejszania wartości takich artystów jak Tomasz Machciński, którego fenomenalne autoportrety – opisywane jako jego „totalny projekt życiowy” – nie tracą dzisiaj nic ze swej siły oddziaływania i specyficznego charakteru.

Najbardziej niecodzienną stronę bycia „poza” prezentuje jednak, niejako wieńcząc całość, ostatni z segmentów wystawy – „Polacy, naprzód drogą Dharmy!”. Stanowi on próbę, nawet jeśli mało reprezentatywną w odniesieniu do ilości eksponowanych artystów, uchwycenia w ramy problemowe tematu duchowości i indywidualnej hierofanii, jak w wypadku zgromadzonych na wystawie obrazów Erwina Sówki, na których śląski oikos miesza się z wpływami hinduizmu. Dla osób, które w Muzeum Śląskim (lub po prostu w Katowicach) bywają częściej, kontakt z twórczością Sówki może nie będzie już tak ekstatycznym przeżyciem, jednak wydaje się, iż głębokim niedopatrzeniem byłoby pominięcie jej wagi, zwłaszcza w sekcji nakierowanej w sposób jednoznaczny na mistycyzm i poszukiwanie duchowości.

Tytuł ostatniej sekcji wziął swoją nazwę od jednej z prac autorstwa Kazimierza Malinowskiego – prezentowanej zresztą na wystawie. Jego twórczość cechuje mniejsza skrupulatność, jeśli chodzi o odwołania do religii Wschodu – przywodzi raczej na myśl hippisowskie, artystyczne wybryki po zażyciu różnego rodzaju halucynogennych specyfików, aniżeli sztukę pretendującą do teozoficznych poszukiwań.

„Nie jestem już psem” to wystawa godna poświęcenia jej czasu. Miejscami nierówna, jeśli chodzi o poziom i jakość (a także sam sposób prezentacji) znajdujących się na niej prac, jednak w sposób autorski scalone zostały tu pewne, istotne z punktu widzenia ogólnej koncepcji, wątki. Moje początkowe obawy, pojawiające się zwłaszcza przy pracach Brylewskiego czy zdjęciach Anny Dąbrowskiej-Lyons (wykorzystanie wizerunku rodzącej się na przełomie lat 70. i 80. subkultury punk to pomysł ze wszech miar „oklepany”), że całość okaże się rodzajem sentymentalnych wojaży po rubieżach polskiego outsider artu, ustąpiły wraz z dalszym poznawaniem wystawy. Zatem zamiast alternatywy rodem z festiwalu „Męskie Granie”, która z prawdziwym niebezpieczeństwem sztuki undergroundowej niewiele ma wspólnego (chyba że łączenie rapu i muzyki gitarowej lub quasi-beatlesowskie dokonania Brodki mogą kogokolwiek jeszcze dziwić), dostajemy próbę syntezy zjawisk pozwalającą stwierdzić, iż postawa niechęci wobec wpisania się w główny obieg jest w sztuce polskiej obecna od dawna. To natomiast, bądź co bądź, wniosek pozytywny. Wszelka zmiana jest przecież fundowana na chęci przewartościowania otaczającego nas świata.

 „Nie jestem już psem”. Kuratorki: Zofia Czartoryska, Katarzyna Karwańska. 01.04.2017–10.09.2017. Muzeum Śląskie w Katowicach.


LITERATURA:

Katalog wystawy: http://niejestemjuzpsem.muzeumslaskie.pl


Kevin Nazencew – ur. 1992, absolwent kulturoznawstwa, ideału humanistyki upatruje w prozie Borisa Viana i filozofii Sartre’a; po godzinach eksploruje granice hałasu jako połowa projektu muzycznego LWSTNDRDS.

 

Dodaj komentarz