Kosmiczna zgaga

Kto ogląda sitcom Teoria Wielkiego Wybuchu, ten wie, że Howard to chuderlawy i tchórzliwy, aczkolwiek utalentowany inżynier, który przypadkiem zaprojektował nowatorską kosmiczną toaletę — a teraz musi zostać wystrzelony na Międzynarodową Stację Kosmiczną jako jej (owej toalety) serwisant. A więc przygoda! Kanalizacyjna, ale jednak; marzenie każdego naukowca! Dotarłszy na stację, szczęśliwy Howard dzwoni przez do żony i kolegów i opowiada: o przekraczającym ludzką wyobraźnię pięknie kosmosu, o cudownym widoku, jakim jest błękitna Ziemia. Następny telefon: piękno kosmosu, widok Ziemi, och i ach. Po kilku tygodniach żona znów pyta go: jak się masz dzisiaj, kochanie? „OK, OK — wznosi oczy do góry Howard — Kosmos jest przepiękny, Ziemia jest przepiękna, bla bla, ciągle to samo”. Czy coś jest nie tak? No, nie wszystko jest w porządku. Inni astronauci są dla niego niemili i przezywają go; w nocy przylepili mu straszną maskę kosmity do bulaja. Coś jeszcze? Owszem, nieważkość powoduje straszną zgagę i kończy się mu Peptobismol.

Ha ha, niby kosmos, „niewiadomoco”, a tu taki zwykły refluks. Ale zgaga Howarda nie jest zwykłym gagiem, tylko kosmicznym znakiem czasu, symbolem ważnej zmiany perspektywy. Bo gwiazdy, proszę państwa, dekretem popkultury, stały się dziś oficjalnie nudne: równie niezwykłe jak przejażdżka autobusem linii 187 na warszawskie Bemowo i równie wzniosłe jak książka Paulo Coelho.

To rzecz zgoła nowa. Przecież jeszcze niedawno kosmos był miejscem, w którym Luke Skywalker wysadzał w powietrze Gwiazdę Śmierci. Nieopodal nieustraszony kapitan Jean-Luc Picard prowadził majestatyczny statek Enterprise, by ludzkość mogła, jak brzmi kultowe motto Star Treka, „odkrywać nieznane planety, szukać nowych form życia i cywilizacji, iść odważnie tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt”. W innym wymiarze Bruce Willis robił odwierty w zmierzającej ku Ziemi asteroidzie i wysadzał ją w powietrze, by zapobiec Armagedonowi, a w kinie klasy C prezydent Stanów Zjednoczonych walczył z wrogami z innych planet. A dziś? Dziś w kosmosie łyka się Peptobismol.

Robi się też inne rzeczy. Na przykład lezie się przez korytarze kosmicznych promów donikąd, potem się wraca. Odpakowuje się ze sreberek suszone astronauckie obiady i śniadania, codziennie tak samo nienęcące. Patrzy się przez okno, wzdycha się, dłubie w uchu. Monotonia i nieznośna codzienność podróży kosmicznych wysforowały się przed gwiezdne wojny, naukowe triumfy, pościgi za kosmitami i przygody godne kowbojów z Dzikiego Zachodu. Jeśli wierzyć filmom, to największym wyzwaniem astronauty nie jest już odkrywanie nowych cywilizacji, ratowanie ludzkości czy przekraczanie Ostatecznej Granicy, ale właśnie nuda. Nuda mordercza, niewyobrażalna codzienność rozciągnięta jak flegma Anglika, której nieznośność podkreśla wieczna czerń otaczającej podróżników pustki. I nawet jeśli dane dzieło o kosmicznej tematyce decyduje się na jakieś wielkie „bum” (uszkodzenie statku, kosmita znienacka, mniej lub bardziej czarna dziura, wróg), to wedle obowiązującego obecnie decorum owo bum można wprowadzić tylko po dobitnym zaznaczeniu dominującej roli nudy i  podkreśleniu zasadniczej zwykłości całej sprawy.

Kto lubi oglądać czynności życia codziennego w kosmosie, ma więc dziś duży wybór. Można mu polecić na przykład Marsjanina Ridleya Scotta: o ile, sądząc z przesyłanych zdjęć, sonda Curiosity ma, jak się wydaje, na Marsie fun stulecia, o tyle człek tam pozostawiony (tu: Matt Damon) — nie. Matt liczy zapasy pożywienia, gapi się na siebie w lustrze i słucha bez końca głupawych piosenek, co jakiś czas tylko walcząc na śmierć i życie z czerwonoplanetarnym żywiołem. Film Pasażerowie słusznie zakłada, że przetrwać podróż międzygwiezdną można jedynie, będąc zamrożonym w tymczasowej trumnie. Chris Pratt jednak przypadkiem rozmraża się na całe 90 lat przed dotarciem do kosmicznej kolonii — i co robi? Nudzi się. Łazi po statku, je, siedzi, znowu je. Gada z androidem. Owa nuda i beznadzieja życia codziennego w kosmosie każą mu w końcu, po kilku miesiącach, „przypadkiem” obudzić inną zamrożoną, graną przez piękną Jennifer Lawrence. Wielkie bum się w końcu pojawia, ale dziarskie momenty muszą być okupione obsesyjnymi opisami pustej monotonii. Współczesna wersja serialu Battlestar Galactica też porzuciła dziarskość oryginału i skupiła się na tym, jak bohaterowie przeżywają swoją codzienność na uciekającym z planety statku — dużo pili i często wpadali w straceńczy cug. Nawet trzymająca w napięciu Grawitacja z Sandrą Bullock rozpoczyna się pokazem monotonii kosmicznych zadań naukowców. U astronauty bowiem jest jak w każdej pracy, głosi film, nuda jak szlag, tyle że rutynę swą musi taki przeżywać w ubraniu Sigmy i Pi.

Ktoś może zaprotestować: żadna nowość z tą nudą — w kosmosie było na nią miejsce od zawsze. Wystarczy spojrzeć na Odyseję kosmiczną 2001 Kubricka — czyż Kubrick nie epatuje nudą? Ale tam rutyna nieskończonej podróży była artystycznym kontrapunktem dla wieczności; dziś jest zwykłym przeniesieniem kuchennej scenerii w krainę asteroidów. Nuda Kubricka była mdłością ludzkiego głodu ekspansji, u Howarda jest czkawką zwykłej zgagi. Gwiazdy po prostu straciły splendor i magię i niezauważalnie z marzenia ludzkości stały się emocjonalnym ekwiwalentem zamiatania ulic.

Skąd ta zmiana? Czemu pozbawiono gwiazdy ich prestiżu i wielkości? Pierwsze, co chciałoby się powiedzieć, to: takie czasy. Obalać, negować, pokazywać brudny brzuch — to zarazem imperatyw doprowadzonej ad absurdum krytyczności i najskuteczniejszy sposób autoreklamy przez pozorowanie wyrafinowania. Nienasycona potrzeba dekonstrukcji wielkich idei wyciągnęła już swoje łapy po nietykalną (dotąd) demokrację liberalną, nic dziwnego więc, że i gwiazdy z Wielkiego Wyzwania Ludzkości chce się sprowadzić do gapienia się w bulaj.

Ale prawda jest taka, że chodzi tu o prawdę.

Bo nuda kosmosu jest coraz bardziej widoczna i coraz bardziej prawdziwa. Nie tak dawno NASA zamknęła grupę ludzi w szczelnym pojemniku na Hawajach, żeby sprawdzić, jak im będzie później w kosmosie. Wszystko było w najlepszym porządku — tylko kandydaci na podróżników umierali z nudów; umierali, krwawiąc z wszystkich bezczynnych neuronów, umierali w męczarniach, agonii i mękach, błagając o litość. O tym mówił Scott Kelly — astronauta, który spędził rok 2015 w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej: „Nieważne, jak ekscytujące są takie rzeczy, nieważne, jak piękna jest Ziemia, kiedy robisz to przez rok, najtrudniej pozostać zaangażowanym i zainteresowanym”. A co jeśli robisz to siedem lat, bo lecisz nie na orbitę, ale na Marsa? Im bliżej faktycznej podróży w inny świat, tym mniej wzniosłości, a coraz więcej więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie reglamentują książki i telewizor.

W tej sytuacji prawdziwym prorokiem science-fiction okazuje się nie Philip K. Dick z jego onirycznymi wizjami, nie Isaac Asimov i jego kosmiczny scjentyzm tudzież awanturniczy poszukiwacze przygód, ale Stanisław Lem. Kiedy Ijon Tichy przygotowuje się do wyjazdu na planetę Enteropię, najpierw odwiedza warsztat, gdzie maluje rakietę i wykonuje drobne naprawy. Kierownik warsztatu pokazuje mu też podręczny mózg. „Rzeczywiście przyzwoity, z baterią dowcipów na pięć lat — mówi zachęcony Tichy. — Podobno rozwiązuje to problem nudy kosmicznej”. Kierownik reklamuje ochoczo: „Prześmieje pan najdłuższą podróż”.

Mózg oczywiście nie daje rady z generowaniem dowcipów i pada przed końcem podróży. A my, jeśli nie pojedziemy na Marsa, to wyłącznie dlatego, że nie wiemy, jak stworzyć mózg, który podciągnie atrakcyjność podróży międzyplanetarnych do poziomu codzienności samotnego księgowego w depresji. I podbój nowych światów może się niestety okazać dla nas zbyt nudny. Lepiej obejrzeć jakiś film o tym, jak kosmonauci rozpakowują kolejne saszety flaków z olejem.

Dodaj komentarz