Lóránt Kabai | wiersze | przeł. Anna Butrym

niemal trylogia

będzie kiedyś zdjęcie,
które chyba już teraz było,
gapię się na nie tak, jak na białą różę pomiędzy siedzeniami
— nawet przypadek nie może tam widzieć zużytej prezerwatywy, i
oparty na swoim teleobiektywie,
i tak już piszący listę ostatnich marzeń zewnętrzny obserwator,
słyszałem wyraźnie, jak krzyczał „śmierć”,
coś musiało mu przyjść do głowy,
niemal się uśmiechnął,
ale usta wykrzywiły mu się w dół,
już nie trzeba pisać, należy siedzieć cicho,
nicość po prawdzie w żaden sposób nie może być wielka —
odmierzamy na styk przesiadywanie,
jak ci, co lubią, gdy się ich wlecze,
niepewnie wypytując,
czy cokolwiek będzie jeszcze kiedyś bolało,
kłamie pierwszy rym w parze, niczego nie brakuje,
kłamie do niego odpowiedź, ani to wypluć, ani przełknąć,
trzeci rym kiepska sprawa, nie ma zdjęcia,
zresztą na co, jak,
ale gwiazdy są.

 

zatrzasło zimno

zabierz się do czegoś starego,
ważne są, rzekomo, daty,
nawet jeśli kalendarz
prowadzi już ogrodowy krasnal,
„wszystko przepadło, ty chrzaniony złamasie”
— słyszę, może trzeba by nienawidzić,
mówią, hej, do kurwy nędzy, nic innego nie zostaje,
jak wymuszać, błagać, szantażować,
ale jestem ślepcem, który jednak wie, czego nie widzi,
i mam nie mówić o próżni,
już i to jest problem, jeśli się odezwę,
musimy to anulować, muszę to anulować,
nie ma uwagi, brak cierpliwości,
tylko niepewne dryfowanie w czasoprzestrzeni,
nie ma już ani jednej pięknej, dawnej do liczenia nowego czasu,
„człowiek, który nie jest”,
z babelu wylewa się paplanie,
fantomowe pulsowanie,
szarpie na wszystkie strony,
zabierz się do czegoś starego,
stare to zapowiedź nowego.

 

kontur, wstyd

bo w minionych dniach
(i tygodniach, i miesiącach)
wydarzyło się tyle, a mimo to
jakby nic nie wydarzyło się,
chcę powiedzieć,
bo znów schrzaniłem szyk,
nic się nie wydarzyło
i jakby nic nie wydarzyło się, chociaż;

i bo potem było tak,
że nic nie byłem w stanie zrobić,
trzęsło mnie zimno, rozkładał niepokój,
nie mówiąc już o reszcie,
a przecież rzecz jasna mam swoje teorie,
i wręcz wiem, co wiem, i obym nie wiedział,
po co nauczyłem się czytać;

lub bo teraz jestem już zdolny
do rezygnacji z nostalgii,
konfucjańskiego lustra,
niech nawet będzie dokładne;

dlatego nie mogę myśleć,
że miałbym prawo zadawać pytania
(jeśli odpowiedzi nie istnieją,
to z gruntu niemoralnie jest pytać),
a nawet właściwie nie mam nic do powiedzenia;

i dlatego też nie mogę mówić
o niestosownych sytuacjach,
powołując się na ozięble głuchnące cisze,
jakieś tam szorstkie rozplanowanie w czasie,
do głowy nie przychodzi mi mapa, metafora,
a zwłaszcza zestaw słówek z leksykonu,
w najlepszym przypadku też mogę tylko dukać,
wszystkiego się wstydząc;

w dodatku z powodu tego wszystkiego patrzeć,
widzieć mi nie wolno każdej jednej sylwetki,
(z którymi zresztą miałbym niby
mieć coś wspólnego, ale nie mam),
a co dopiero rozpoznać;
jednak mogę jeszcze oświadczyć:
mam prawo nie bać się śmierci.

patrzę na białą różę między siedzeniami samochodu.

Przełożyła Anna Butrym


 

LÓRÁNT KABAI — ur. w 1977 r.; pisze, czyta, bazgroli. Urodził się w Miskolcu, dorastał w Ondze, obecnie mieszka w Budapeszcie. Redaktor czasopisma „Műút”. Na przyszłoroczną wiosnę planuje wydanie nowej książki.

Dodaj komentarz