Łukasz Moll | Wyemancypować widza z emancypacji (Jacques Rancière, „The Emancipated Spectator”)

 

„Wszystko jest polityczne”, „żyjemy w czasach postpolityki”– trudno byłoby postawić dwie diagnozy współczesnego stanu polityki, które byłyby od siebie bardziej odległe. A jednak dzieląca je przepaść nie przeszkadza w ich współwystępowaniu. Co więcej, nie brak teoretyczek polityki, które podpisałyby się pod jednym i drugim. Niekonsekwencja? Sprzeczność? Niekoniecznie. Dostrzeżenie faktu, że przestrzeń tego, co polityczne, doświadczyła niespotykanego poszerzenia, nie oznacza jeszcze, że tym samym nabrała mocy. Zdaje się, że polityka padła ofiarą własnego sukcesu: odkąd wszystko stało się polityczne, samo mówienie o polityce jako możliwej do wyodrębnienia części rzeczywistości lub o polityczności jako logice urządzania świata straciło sens. Jak w takich warunkach można jeszcze myśleć o emancypacji poprzez politykę? Chociaż z realiów społecznych nie zniknęły przecież wyzysk, przemoc, dyskryminacja czy cierpienie – wszystko, czym polityka emancypacyjna tradycyjnie się żywi – to zniechęcenie do dostępnych form polityki jest wszechobecne.

Upolitycznienie sfer delegowanych do przestrzeni prywatnych, intymnych, zawodowych – a więc uważanych niegdyś za niepolityczne – jest wynikiem walk prowadzonych przez kolejne fale ruchów społecznych, których jesteśmy spadkobiercami. Paradoksem tego dziedzictwa jest jednak to, że denaturalizacja i demistyfikacja relacji społecznych w miejscu pracy, gospodarstwie domowym, sypialni, fermie kur niosek czy odzieżowych sweatshopach nie przynosi efektów tak przekonujących i natychmiastowych, jak można było tego oczekiwać. Wraz z multiplikacją tego, co polityczne, doszło zarazem do jego inflacji. Nigdzie nie jest ona widoczna bardziej niż w tradycyjnej sferze polityki, zmonopolizowanej przez zawodowych polityków – coraz bardziej postpolitycznych, uprawiających zmediatyzowaną „demokrację sondażową”, obsługiwaną raczej przez narzędzia marketingowe niż wzniosłe idee, pozostającą w kontakcie z grupami fokusowymi, a nie wyborcami z krwi i kości.

Nic dziwnego, że poszukiwania remedium na uwiąd polityki coraz częściej kierują się do sfery, która lubi szczycić się swoją rzekomą autonomicznością i bezinteresownością: w stronę sztuki. Odcinanie się sztuki od rzeczywistości społecznej budzi zrozumiały sprzeciw tych twórców, którzy chcieliby tworzyć sztukę zaangażowaną politycznie i tej części publiczności, która oczekuje od sztuki podejmowania trudnych i kontrowersyjnych tematów. Artyści – obok robotników, studentów, kobiet, wyrzutków czy ludności kolorowej – najczęściej byli obsadzani w roli rewolucyjnego podmiotu, zdolnego do radykalnej transformacji rzeczywistości społecznej. Nieprzypadkowo więc, podobnie jak od coraz bardziej zbiurokratyzowanych i reformistycznych związków zawodowych wymaga się co i rusz bojowej postawy, także artyści konfrontowani są z wezwaniami do ponownego „zaangażowania się”.

Postmodernizm lubuje się jednak w rozwijaniu projektu „krytyki drugiego stopnia”, czyli krytyki teorii krytycznej. Tam, gdzie teoria krytyczna usiłowała jeszcze demaskować ukryty poziom rzeczywistości po to, by umożliwić jej przekształcenie, krytyka postmodernistyczna doprowadza to przedsięwzięcie do ściany: wykazując nieczyste, naiwne lub wręcz totalitarne pretensje swojej poprzedniczki. Postmodernizm nie odcina się od polityki, raczej polityzuje jej dyskursy, by podciąć im skrzydła. Tak oto zaangażowanie uprawia się po to, by udaremniało samo siebie.

Czy w tak posępnym krajobrazie jest jeszcze jakiekolwiek miejsce dla emancypacji, czy też faktycznie wkroczyliśmy w koniec historii, z którego nie wyprowadzi nas ani polityka, ani sztuka? Nietypowej odpowiedzi na to pytanie dostarcza francuski filozof Jacques Rancière w swojej książce „The Emancipated Spectator”. Widz emancypowany to marzenie kina społecznego, które pragnie widza oświecić, odsłonić mu to, co naprawdę dla niego ważne, co domaga się jakiejś reakcji, protestu, niezgody, działania politycznego. Zachowując marzenie o emancypacji poprzez sztukę, Rancière całkowicie odcina się jednak od założeń, na których jest ono fundowane i od środków, jakimi się je realizuje. Widz może wyemancypować się tylko sam, a będzie to tym łatwiejsze, im prędzej kino społeczne abdykuje z wyżyn swojego pedagogicznego autorytetu – twierdzi autor „Estetyki jako polityki”. Chodzi ni mniej, ni więcej jak o emancypację kina z samego konceptu emancypacji, którym się posługuje.

„The Emancipated Spectator” bazuje na ideach rozwiniętych przez Rancière’a w głośnej pracy „Le maître ignorant”, w której usiłował stworzyć podstawy dla prawdziwie egalitarnego modelu pedagogicznego. Bazując przede wszystkim na dorobku XIX-wiecznego pedagoga, Jeana Josepha Jacotota, odsłonił sprzeczność kryjącą się w relacji nauczyciel-uczeń: deklarowany cel edukacji – zrównanie nauczyciela i ucznia – jest nieosiągalny, ponieważ tylko jedna strona wie, czego druga jeszcze nie wie, dlaczego nie wie i jak może to wiedzieć. Tym, czego zawsze będzie brakowało uczniowi, jest sokratejska świadomość niewiedzy. Po jej zdobyciu uczeń sam będzie mógł stać się nauczycielem i wykazywać niewiedzę swoich podopiecznych. W przedsięwzięciu Jacotota nauczyciel sam ma stać się ignorantem – w tym sensie, że obce jest mu założenie o nierówności inteligencji. Nie oznacza to, iż nauczyciel ma sobie szukać nowego zajęcia. Uczestniczy on nadal w relacji pedagogicznej, ale jej stawką nie jest już zrównanie poziomu intelektualnego nauczyciela i ucznia – to zostaje założone wraz z tezą o równości potencjałów – lecz intelektualna emancypacja podopiecznego, który poprzez poetycką pracę intelektualną, polegającą na przetwarzaniu jednych znaków na inne, może nauczyć się wszystkiego, zupełnie w ten sam sposób, w jaki nauczył się wszystkiego dotychczas. Wraz ze zmianą funkcji nauczyciela jego obecność przestaje być natarczywym przypominaniem o dystansie, jaki uczeń musi przebyć, by dorównać mistrzowi – staje się zamiast tego zachętą do własnej podróży intelektualnej. Tylko w ten sposób możliwy jest zresztą postęp w akumulowaniu wiedzy: gdy jeden ignorant zdoła nauczyć drugiego ignoranta tego, czego nawet sam nie wie – zamiast wytwarzać w procesie edukacyjnym tylko bardziej lub mniej udane kopie samego siebie.

Dokładnie to samo Rancière zaleca kinu społecznemu: by wyzbyło się założeń, na których ufundowana jest jego zbawienna misja emancypacyjna. W przypadku sztuki wynikają one z postrzegania jej jako przedstawienia rzeczywistości, a stąd już tylko mały krok do oskarżenia jej, iż jest pozorem, zwodniczą iluzją, wymuszającą przede wszystkim pasywność po stronie widza. By znieść niebezpieczną separację między rzeczywistością a iluzją, należy albo widza poruszyć, skonfrontować z dylematami moralnymi, dać zagadkę do rozwiązania, by wywołać jego aktywność, albo znieść ową separację bezpośrednio, by widz stał się częścią widowiska, które byłoby rzeczywistością samą. Gesty dążące do zniesienia separacji – zalecane i wykonywane przez Platona, Brechta, Artauda czy Deborda – mają jednak tę samą słabość, która niweczyła wysiłki tak autorytetu pedagogicznego, jak i teorii krytycznej: pragnienie przezwyciężenia dystansu samo go wytwarza i podtrzymuje. Każda próba zakwestionowania podziału na aktywnego twórcę i pasywnego widza utwierdza tego drugiego w jego nieszczęsnej roli, z której rzekomo ten pierwszy pragnie go wydobyć.

Specjaliści od emancypacji wchodziliby w tym ujęciu w buty swoich politycznych adwersarzy, którzy chcą utrzymać społeczeństwo w uśpieniu. Spełnialiby rolę, która Rancière w swoich innych pracach nazwał „policją”. W przeciwieństwie do polityki – z którą mamy do czynienia w okresach wrzenia, ilekroć pojawiają się podmiotowości postrzegające się w danym podziale jako „część bez przydziału” i nieakceptujące swojego wykluczenia – policja byłaby tożsama z polityką rozumianą w sposób potoczny. Wybory, referenda, głosowania w parlamencie, sondaże – wszystkie te aktywności mają miejsce w ramach zakreślonych przez zastany podział i hierarchizację społeczną. Tym samym – nawet jeśli ich skutki wydają się daleko idące, czasem przełomowe – ów podział chronią, są jego policją. Kreślenie podziałów jest natomiast operacją tyleż polityczną, co estetyczną – Rancière nazywa ją „dzieleniem postrzegalnego” (le partage du sensible). I estetyka, i polityka decydują o tym, co i jak widzimy; kogo i co zauważamy i w jaki sposób to się odbywa; na jakiej zasadzie obecność tego kogoś lub czegoś jest w doświadczanej przestrzeni legitymizowana. Sens takiego podziału oddaje już sam francuski termin partage, którego sens zostaje zachowany w polskim odpowiedniku: w słowie „dzielenie”. Dzielenie oznacza zarówno oddzielanie – w sensie dzielenia grup czy dzielenia łupów – jak i bycie razem: w sensie dzielenia szczęścia, wspólnego łoża czy miejsca przy stole.

Kino społeczne jest skazane na bycie policyjnym, a nie politycznym tak długo, jak trwa przy założeniu, że do pasywnego widza trzeba jakoś „dotrzeć”, że można zaprogramować komunikat w taki sposób, by został on właściwie odpakowany i skutkował zamierzonym zaangażowaniem: wyzbyciem się antysemickich uprzedzeń, sprzeciwem wobec patriarchatu czy przejściem na wegetarianizm. Oczywiście nie można takich efektów wykluczyć, niekiedy mogą być one więcej niż satysfakcjonujące, niemniej są przesunięciami postrzegalnego, które odbywają się bez naruszenia podstawowej hierarchii dla samego kina: między podmiotowym twórcą a przedmiotowym widzem.

Zakwestionowanie tej hierarchii, twierdzi Rancière, jest w zasadzie bardzo proste: wystarczy pojąć, że samo patrzenie też jest formą działania, aktywnego negocjowania znaczenia dzieła, konstruowania sieci postrzegalnego. Twórca w żadnym wypadku nie ma monopolu na te czynności. Jeśli widzowie mają zobaczyć cokolwiek, nadać dziełu jakiś sens, to są równie pochłonięci jego skomponowaniem jak artysta. Sens traci wówczas każda strategia twórcza, która zbudowana jest na separacji rzeczywistości i sztuki: zarówno elitarne emancypowanie widza, jak i wyzbywanie się przez twórców ich uprzywilejowanej pozycji poprzez obcowanie ze „zwykłymi ludźmi”. Prawdziwa emancypacja polega na zakwestionowaniu aktualnego rozdystrybuowania miejsc, na wyjściu z pozycji pozbawionej praw mniejszości, które umożliwia konstrukcję zupełnie nowego podziału postrzegalnego. Należy przyjąć, że niezdolni do dostrzeżenia prawdy pod pozorem rzeczywistości („troska” teorii krytycznej), czy też niezdolni do opanowania natłoku obrazów („troska” postmodernizmu), tworzą społeczność połączoną zmysłami estetycznymi, która poprzez dezidentyfikację z zastanymi formami dzielenia postrzegalnego i dzięki potencjalnościom w kreśleniu nowych, świetnie sobie poradzi, nawet jeśli nie jest społecznością wykształconych estetów.

J. Rancière: „The Emancipated Spectator”. Trans. G. Elliott. London 2010.

Dodaj komentarz