Maciej Topolski | Collecta I

Historia: „niewłaściwa, wiecznie niewłaściwa”. To fragment „Życia i czasów Michaela K.” Coetzee’ego – kiedy czytam tę powieść, ponownie i ponownie, mam przed sobą już nie tekst, lecz twarz mężczyzny, której nie potrafię zapamiętać ani sobie wyobrazić poza tym jednym szczegółem: zajęczą wargą podwijającą się „jak noga ślimaka”. Mało tego, bez tej skazy nie widziałbym tego tekstu. Jest to pierwsza i ostatnia informacja w powieści. Albo inaczej: informacja, która wymazuje cały tekst powieści na moich oczach, pozostawiając w przestrzeni strony już tylko siebie.

— — Położna, pomagając Michaelowi K. wydostać się z łona matki, inicjuje historię, którą tłumaczy wyłącznie to pęknięcie wargi. W rzeczywistości daje początek jednej z niezliczonych wersji historii1, w których Michael istnieje między innymi jako opgaarder.

— — „Co to znaczy opgaarder? […] To coś takiego jak wiewiórka albo mrówka, albo pszczółka” – zauważy lekarz w obozie rehabilitacyjnym2. Opgaarder jest magazynierem, kolekcjonującym, zbierającym. Czymś, co skupia, kimś, kto gromadzi w jednym miejscu rzeczy o konkretnej wartości i łączy je ze sobą w kolekcje, grupy, gromady etc. Wszystkie te rzeczy zbiera dookoła siebie. Jak bojaźliwy gryzoń w norze. Nie ma z tymi zapasami nic wspólnego, a jednak pozostaje „czynnikiem” wprowadzającym je w grę relacji. Pośród wszystkich przedmiotów, a nawet samych znaczeń tych przedmiotów, które wokół siebie gromadzi – on sam nie posiada znaczenia. Rzeczy, które kolekcjonuje, dają się bez końca ustanawiać w nowych relacjach – przenosić w pysku z komory centralnej do komór peryferyjnych i na powrót3 – dlatego też ukonstytuowanie się znaczenia opgaardera jest uzależnione od tego „bez końca”. Także przestrzeń, w której gromadzi on swoje przedmioty, nie osiąga ostatecznego kształtu. Wciąż domaga się gruntownej przebudowy. Przemiany, przestawienia, przełożenia. Nigdy nie stanie się domem, w którego ścianach, pośród skrzętnie zbieranych zapasów, mógłby się poczuć bezpieczny: wciąż, tu i ówdzie, odgadywać będzie „tchnienie jakiegoś odgłosu”. Słowem: zagrożenie.

— — Opgaarder gromadzi przedmioty „na przyszłość”: jako zabezpieczenie przed niedającym się wymazać ryzykiem, jako wyraz gotowości zaspokojenia potencjalnej potrzeby, która, gdy się zjawi, podda znaczenia gruntownej metamorfozie. Jego oppidum, miejsce obwarowane, jest konstruowane w jądrze tej nieokreśloności. Można powiedzieć, że przyszłe zagrożenie przeżera to miejsce od wewnątrz. Niemcy o takich miejscach mówią Festungen. To jest „twierdze”.

— — 8 marca 1944 roku Führer wygłosił rozkaz „Fester Platz” (co można przełożyć jako „zdecydowane stanowisko”), w którym określił funkcje, jakie mają spełniać twierdze, tzw. „miejsca umocnione”. Lokalne fortece, mówił Hitler, znajdując się głęboko w strefie walk, „na głównej linii bitwy”, będą zarazem stanowiły rezerwę sił obronnych, „a w razie przerwania dotychczasowego frontu przez nieprzyjaciela utworzą zrąb nowego – dostarczając pozycji do przeprowadzania kontrataków”.

— — Takie połączenie rezerwy z pierwszą linią, jakkolwiek zdumiewające, sprawia, że twierdze – pod względem czysto semantycznym – mogły odbudowywać się i być burzone w sposób nieskończony: nowe szańce, nowe tunele, nowe składy powstawały wraz z burzeniem i zanikaniem starych. Patrząc z pewnej skróconej perspektywy, moment destrukcji tych miejsc był równoczesny z momentem ich tworzenia. Staram sobie wyobrazić jak
— — — — — — — — — wieża zostaje zrównana z ziemią, zaraz z tych gruzów powstaje skład
— — — — — — — — broni – wewnątrz schody, stopień po stopniu, stół, a na stole
— — — — — — — — radio, na radiu lornetka, w lornetce szkło, które z nagła pęka – tworząc już
— — — — — — — — żarówkę, którą wkręca żołnierz, stanąwszy na przedostatnim szczeblu
— — — — — — — — wysokiej drabiny, na piętrze kordegardy – żołnierz ma na palcu
— — — — — — — — serdecznym wytatuowaną obrączkę – po chwili zdejmuje ją, delikatnie i
— — — — — — — — powoli, wybuch pocisku artyleryjskiego —
kształt tworzy się tam przez jego usunięcie. Kształt? Ledwie kontur. Kaleki twór. Nowotwór.


 

PRZYPISY:
[1] Któregoś dnia natrafiam na fotografię chłopca: ma nie więcej niż pięć lat, ktoś odchyla mu głowę do tyłu, trzymając za włosy, dwa brudne palce rozchylają jego wargi. Szczelina na twarzy, w ustach, wygląda tak jakby ktoś wykonał gładkie cięcie nożem od prawego nozdrza przez wargę i podniebienie aż do gardła, i dalej w dół przełyku. Jakby szło tamtędy gładkie koryto rzeki, która wyschła wieki temu. Jakby ktoś postawił na twarzy, w ustach, w ciele tego chłopca znak, który o niczym nie mówi.
[2]  Nie jest to historia pisana, tylko zawsze już przypisana: dążąca do uznania, pragnąca potwierdzić, że „przedmiot” tej opowieści jest określony, właściwy i konieczny. Proces pisania tej historii zatrzymuje się przy „przedmiocie”: zaraz przed, obok, towarzyszy mu, śpieszy za nim. W tym sensie nigdy go nie posiada, nie konstytuuje ani nie ujawnia. Takie pisanie jest przywoływaniem: głębokim wspomnieniem czegoś, co nigdy nie zaistniało. Próbując oznaczyć swój przedmiot, wyróżnić go i ograniczyć, powoduje, że umacnia się on poza intencją, poza kategorią. Każda wersja tej historii jest więc prawdopodobna i możliwa, każda jest więc nieprawdopodobna i niemożliwa.
[3]  Zob. „Schron” Kafki.

Dodaj komentarz