Maciej Topolski | Collecta II

Robinson Crusoe, urodzony Roku Pańskiego 1632 w mieście York, wraz z nowym towarzyszem Piątkiem zabija dwóch dzikusów: jeden od strzału pada, drugi – szpadą trafiony – traci głowę. Piątek proponuje, że schowa ciała poległych, coby ich inni nie zauważyli. Czyni to prędko, dłońmi wykopując doły w ziemi. Nie mija piętnaście minut, jak martwi leżą pogrzebani. Crusoe i jego towarzysz kryją się w nieodległej jaskini, gdzie pojadają rodzynki, w kozim mleku maczają chleb. Piątkowi nowe jadło smakuje ogromnie, chwali je gestami.

O świcie opuszczają miejsce schronienia, a kiedy mijają groby tamtych, Piątek zadaje pytanie, albo raczej wykonuje je doskonale zrozumiałymi poruszeniami ciała: czy nie sądzisz, Panie, że należy wykopać ciała tych dwóch i ich pożreć? Crusoe na to przypuszczenie popada w złość, wyraża swoją odrazę, tak jakby na samą myśl o tym miał zwymiotować1. Scena dobiega końca. Jeszcze tylko znak ręką dany przez Crusoe, żeby udali się w dalszą drogę, na co towarzysz przystaje: ulegle, acz bez zwłoki.

Sama myśl o ludożerstwie powoduje we mnie mdłości. Usuwam ją jako obcą, uznaję za niechciany wariant narracji, który, gdyby został przyjęty, wyrwałby mój tekst z właściwego położenia. Jedynego możliwego położenia i traktu, którym podąża raz ustanowiona opowieść. Można zatem przypuszczać, że przyjęcie tego wariantu zaowocowałoby końcem narracji. Tekst osuwa się w doskonale niezrozumiałe znaki kreślone w powietrzu przez dłonie i ramiona Piątka, znaki dawane też wszystkimi wykrzywieniami twarzy.

Czy nie sądzisz, Panie, że należy wykopać ciała tych dwóch i ich pożreć?2

Przepisuję pytanie Piątka. Inaczej. Przepisuję pytanie, które Crusoe widzi w znakach kreślonych w powietrzu przez ciało Piątka. Jeszcze inaczej. Przepisuję pytanie, które Crusoe próbuje widzieć w poruszeniach ciała Piątka. Jeszcze, jeszcze inaczej…? Jest w tym pytaniu – w jego ukrytej genezie, niedostępnym pragnieniu, niewypowiedzianej intencji tego pytania – niedająca się ani objąć, ani wypełnić pustka, która domaga się kolejnych określeń, a jednocześnie odrzuca je jako niewłaściwe wraz z ich zjawieniem się.

Nawet prześledziwszy ponownie tę scenę – zabicie dwóch atakujących, pochowanie ich, wspólne pojadanie, świt, kiedy razem wyruszają – ma się wrażenie, że Piątek formułuje konkluzję, która nie ma nic wspólnego z pytaniem i w której nie zawiera się żadna propozycja. Ta konkluzja jest wynikiem współbycia. Próbą rozpoczęcia gry „zrównywania się”. Gry interesse – interesu, transakcji, kooperacji – która pozwoli mi widzieć się z twojej perspektywy i zrównać się: tak w wolności tworzenia sensu moich gestów oraz słów, jak i w podporządkowaniu się tym gestom oraz słowom, które przyjęliśmy3.

Piątek, obracając się na pięcie, w spojrzeniu rzuconym na pochowanych więźnie – schwycony w pół, lecz bliski upadku – jak w nieudanej grze ciał, które sięgną seksualnego spełnienia. Pomiędzy wolnością tworzenia sensów i podporządkowaniem się. Staje się więźniem fałszu. Każdy sens, jaki zechce wytworzyć, nie znajdzie aprobaty. Będzie tym, co kultura zwróci, co – wstrząsana mdłościami – wypluje nieprzetrawione. Każde podporządkowanie zjawi się jako zawłaszczenie, rozsadzane jednak przez tę błądzącą pośród kolejnych, kolejnych znaczeń wolność.

Crusoe, spoglądając w szczelinę, którą otwiera przed nim pytanie towarzysza, w szczelinę rozpościerającą się tuż za słowami, z miejsca odgradza się od niej zasłoną języka. I to jest prawdopodobnie największa władza, jaką ma do dyspozycji. Przez chwilę ujrzeć się w miejscu tego, co odrzucone i peryferyjne, a jednocześnie usunąć śmiertelny bezruch – obejść naczelny zakaz kultury, którego złamanie przynosi śmierć – przez przesunięcie języka. Defoe, osuwając się albo raczej markując osunięcie w nieobecność, niezwłocznie uznaje istnienie takiej luki we własnym języku za niemożliwe, tuszuje ją na oczach czytelnika. W całym zdarzeniu, tak jak próbuję to widzieć, tekst tworzy się przez usunięcie.

Biorąc dosłownie scenę, w której Crusoe odpowiada gestem sugerującym Piątkowi, że dostanie torsji – żołądek podchodzi do gardła – na samą myśl o wykopaniu i pożarciu zabitych, a więc biorąc ten gest dosłownie, można powiedzieć: żadna treść nie zostaje przez Crusoe zwrócona, nic, co byłoby nim samym, nie uznaje on za obce, domagające się unicestwienia.

Czy moment, w którym Piątek – na znak poddaństwa – kładzie stopę Crusoe na swoim karku, nie jest początkiem tej gry ciał, która mogłaby tworzyć jedność w nowym tekście? Otóż mogłaby.


PRZYPISY

1 W oryginale idzie tak: „at this I appear’d very angry, express’d my Abhorrence of it, made as if I would vomit at the Thoughts of it”.

2 Ciężko dopatrzeć się u Crusoe mgnienia myśli: moje własne gnijące ciało zamiast w cywilizowany tan, pójdzie do żołądka Piątka. Przypuśćmy, że Crusoe żył naprawdę, zastanawia się Leopold Bloom, w takim razie pogrzebał go Piątek. A kiedy się o tym chwilę pomyśli, to każdy Piątek grzebie Czwartek („O, poor Robinson Crusoe!/ How could you possibly do so?”). Ale należy wziąć pod uwagę jeszcze inną kwestię: towarzysz Piątek otrzymał imię w ramach swoistego memento, „I call’d him so for the Memory of the Time”. Co oznacza: za każdym razem, Piątku, kiedy wymówię twoje imię, powinieneś wspominać dzień, w którym zostałeś ocalony przez Pana swego, Crusoe. To jednak nie wszystko, Piątku, o każdej porze dnia i nocy musisz się liczyć z możliwością: tak jak potrafiłem cię ocalić, tak potrafię – w mgnieniu oka! – unicestwić. Wówczas twoi kompani, drwiąc sobie z Czasu, mówić będą gestami: urodzony jako Piątek, stracony został w Czwartek etc.

3 Konkluzja Piątka zamiast przekształcić się w interesse, przybiera kształt ostatniej sentencji wchodzącej w obręb mowy pogrzebowej. W XVII i XVIII wieku sentencję taką umieszczało się na grobie. Plus portret zmarłego. Plus herb jego. Oto współbycie – ze zmarłym. Empatia, doprawdy, w głąb grobowa.

Dodaj komentarz