Maja Staśko | 25 października 2015: cyberpoeci gardzą awangardą

Można ich czasem przyuważyć na Google Street View w Krakowie, gdy rzygają gdzieś pod sklepem na totalnej bani albo szperają w śmieciach w poszukiwaniu butelek i złomu na skup, by wymienić butelki i złom na pieniądze, by wymienić pieniądze na alkohol, by wymienić alkohol na banię. W internetowej bankowości są „minusklientami” — nie opłacają, więc nie opłacają się. Print Screen się przy nich zacina i nie chce się klikać. Cleverbot nie ma ochoty już z nimi gadać, choć w manifeście powołali go na prezydenta. Facebook taktownie ich wymija w algorytmach wyszukiwania, bo nie karmią Facebooka sałatą (Facebook to weganin), więc na ich działce obumierałby z głodu (nie obumiera, karmią go wszyscy wokół). Google Translate robi sobie z nich żarty i tłumaczy ich jako „resolution bread”, czyli — tłumaczenie z angielskiego na polski tłumaczenia z polskiego na angielski — „uchwała chleb”. W skrócie: nie wyszło im w życiu. I to bardzo.

Oto historia ich upadku.

Dawno, dawno temu była sobie grupa warszawskich znajomych na jakiejś imprezie w Przestrzeni Graffenberga. Trochę podpici, wpadli na pomysł, że czas na nową poezję. Czytali Derridę — Derrida ich nie czytał, Derrida był wtedy modny. Czytali Foucaulta, Foucault też ich nie czytał. Chcieli zmiany, gdy wokół sami Świetliccy i Barany. Chcieli zmiany i zażądali zmiany: coś tam słyszeli o komputerach, coś o internetach nawet, w kafejkach internetowych zdarzało im się przysiąść na godzinkę, więc medium nowe, wraz z teoretycznym podparciem, pięknie wyznaczało ramy nowej poezji.

Stąd droga prosta: sięgnęli po awangardę — chcieli zmiany, wiązali zmianę ze zmianą rzeczywistości (głównie teoretycznej), czyli medium (głównie jeszcze wtedy teoretycznego) — a skoro awangarda, to i manifest. Manifest mocnym wersem perswazyjnie miał ustawić nową twórczość: manifest był sprzeciwem wobec postmodernistycznie wówczas interpretowanej poetyki Andrzeja Sosnowskiego, który w miejsce mocnych gestów odrzucenia i nawoływania do nowego postulował prze-pisanie, w myśl myśli słabej. Znajomi z imprezy obrali go sobie za wroga — wraz z całą kulturą papieru — i ogłosili nową poezję i nową, cyfrową epokę. Manifest mocnym wersem perswazyjnie miał ustawić nową twórczość: tylko że bez nowej rzeczywistości (transformacja ustrojowa działała jeszcze jak u Świetlickiego czy Barana) i bez nowego medium (komputer był wówczas luksusem dla najbogatszych, jak dziś praca na pełny etat) trudno było wprowadzić na sucho ich założenia.

I nie wprowadzono.

To 2001 rok i manifest neolingwistyczny, a wraz z nim seria wygłupów Joanny Mueller, Jarosława Lipszyca, Marii Cyranowicz, Marcina Cecki i Michała Kasprzaka. Po brawurowej rozwałce języka — z nowymi mediami jedynie w teorii, za to z dekonstrukcją wreszcie w praktyce — gdy inni poeci powoli zaczynali przejmować neolingwistyczne poetyki, znajomi z Warszawy ogłosili, że to żart i że śmieć, i że śmierć. I w ogóle gest gry z futuryzmem, bo po postmodernizmie (Sosnowski!) już nie ma pełnej nowości i pełnej autentyczności, i nigdy nie można być pewnym, czy to serio i full powaga, czy żart, ironia i krytyka tego, co przedstawiane. W 2005 wyszedł nekrolog Gada zabić — i tu właściwie historia awangardowego ruchu skupionego wokół nowych mediów mogłaby się zakończyć. Nauka wyciągnięta, śmierć zaliczona: „Ja neolingwistą już nie jestem, podczas gdy wy wszyscy jesteście neolingwistami”.

Ale się nie skończyła.

Ciągłość zachowana: w tymże 2005 roku grupa znajomych z Poznania, tym razem na poznańskiej imprezie (więc sytuacja jest zgoła odmienna, albo wręcz przeciwna), postanowiła ogłosić nową poezję. Nowa poezja znaczy manifest, awangarda dała twórcom konkretne narzędzia do metadziałania, a nauczeni popularnością neolingwistów, dobrze wiedzieli, co robić. Zasiedli panowie przed komputerami — każdy przed własnym, w tym czasie Windows to była już rzecz prawie popularna — i napisali kod swojego manifestu. Do manifestu użyli niewielu słów, karteczkę jeno, więcej za to wyklikali poleceń i komend w HTML-u. I było warto, efekt jest — jak na tamte czasy — klawy: manifest wraz z wejściem na stronę leci ku czytelnikowi, pojawia się dźwięk hamowania i manifest ląduje, gotowy do czytania. Pod jednym językiem skrywał się drugi język, jak gdzieś tam pod manifestem z 2001 roku skrywała się knajpiana rzeczywistość ze wszystkimi swoimi prawami: romansami, wpierdolami, dyskusjami. Referencja dostała lingwistycznego kopa, Platon nie przewidział języka pod językiem, gdy wyganiał z państwa poetów. Coraz dalej od idei, coraz bliżej.
Poza tym jakie romanse, gdy tu sami heteroseksualni mężczyźni: Roman Bromboszcz, Szczepan Kopyt, Tomasz Misiak i Łukasz Podgórni. Lepiej wrzucić jakąś pornograficzną stronkę na własnym pececie.

Teksty tworzone w nowym medium nie mogły być odbierane wedle reguł starych mediów; właściwości starych mediów przestały być wreszcie uznawane za stałe i oczywiste (tu: książka jako kodeks w liberaturze). W dwudziestoleciu rolę nowych mediów odegrały radio i kino, w 2005 roku — komputer. Skomputeryzowany świat wytworzył nową przestrzeń — hiperrzeczywistość, jak radio i kino, jak literatura wreszcie, wybrzmiewały w mieście. Nowa przestrzeń zadała poetom nowe kategorie komunikacji literackiej, jak wymienione w manifeście system, sprzężenie zwrotne, informacja, kod, sygnał i szumy. Komunikacja literacka związała się z komunikacją sieciową, podstawą obecnie nam panujących mediów społecznościowych (web 3.0).

W tym sensie cybersztuka to bezdyskusyjnie awangarda, co już w 2006 roku podkreślali Ryszard W. Kluszczyński i Piotr Zawojski (zob. Kluszczyński 2006, Zawojski 2006), a — w kontekście poezji cybernetycznej i futuryzmu — w 2011 roku pisała o tym Urszula Pawlicka (zob. Pawlicka 2011). O ile niesforni neolingwiści z postmodernistycznym zacięciem odgrywali farsę awangardy, o tyle poeci cybernetyczni rzeczywiście wierzyli w nową przestrzeń i nowe medium, a związaną z nimi utopię traktowali całkiem serio. Roman Bromboszcz robi to do dziś, ale o tym zaraz.

Poeci cybernetyczni nie odwołali swoich założeń w prześmiewczym geście zabójstwa własnego tworu, wraz z nurtem niemałej recepcji krytycznej raczej przedefiniowywali i przenosili na inne pola wypracowaną kategorię. Rzecz działa się we współpracy i porozumieniu, koncepcja nie była ostateczna i gotowa, a krytyczne odpowiedzi dawały impuls do zmian. Już w 2008 roku Roman Bromboszcz opowiadał:

Wiadomo, że manifesty często kończą źle, ponieważ ktoś je formułuje, a potem nie potrafi się z tego wywiązać. My naprawdę chcieliśmy się z tego wywiązać. Później w trakcie tworzenia tworzyliśmy teorie na nowo, na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Raczej myślę, że nasze teoretyzowanie zmierza w stronę tego, by pisać poważnie, by pisać teksty naukowe, a nie rzucać rękawiczkami po głowach wymyślonych postaci. Choć Manifest jest pewnym odniesieniem dla nas. Nie powiem, że on zniknie ze wszelkich miejsc, gdzie jest dostępny, tylko że teraz jesteśmy mądrzejsi o pewne doświadczenia, i gdybym miał komuś wskazywać jakiś tekst, to pewnie nie ten (Bromboszcz 2008).

W tym samym roku Bromboszcz napisał kolejny manifest, System dedukcyjny poezji cybernetycznej. Manifest 2.0, tym razem samodzielny, niekolektywny. Reszta sygnatariuszy odeszła od pierwotnej wizji, pozostał przy niej właściwie wyłącznie Bromboszcz, autor nazwy i inicjator całej akcji. Szczepan Kopyt zaczął działać poezją w przestrzeni publicznej i stał się czołowym poetą tzw. poezji zaangażowanej, Tomasz Misiak przeszedł w audiosferę, prowadzi audycję Muzyka nieuczesana w poznańskim radiu Afera, a Łukasz Podgórni związał się na stałe z krakowską Korporacją Ha!art.
I to Łukasz Podgórni zostanie jednym z najistotniejszych aktorów kolejnej fazy cybernetycznej awangardy.

Ale po kolei.

Neolingwistyczny przekręt polegał na tym, że doprowadził postulaty awangardy do skrajności przez zgrywę, odegranie, przez bekę po prostu. Tymczasem cybernetyczny przekręt polegał na tym, że doprowadził postulaty awangardy do takiej skrajności, że trudno sobie wyobrazić,

dokąd można by pójść dalej i co jeszcze przełamywać. Dwa podstawowe postulaty manifestów awangardowych, czyli — za Przemysławem Czaplińskim (zob. Czapliński 1997) — utopia bezpośredniości i performatywności słów, w hiperprzestrzeni zyskują swoją pełną realizację. Utopia przestaje być utopijna, staje się — zwyczajnie — realna. Różnica między światem a tekstem, którą awangardyści pragnęli ostatecznie zniwelować, w nowych mediach nie ma racji bytu: hiperrzeczywistość w całości zbudowana jest na poleceniach językowych, na językach programowania, a w samych fundamentach — na języku zerojedynkowym. Hiperrzeczywistość to po prostu tekst; tekst, (w) którym żyjemy i który piszemy.

To zaś pozwala na bezpośrednie działanie językiem: językowe polecenie wyprzedza tutaj rzeczywistą akcję — referencja ulega odwróceniu, wypowiedzenie zawsze i bezwzględnie jest performatywem. Maksymalna autonomia środków wyrazu, autonomia medium, którą postulowali awangardyści, wreszcie służy działaniu w świecie. Tadeusz Peiper zakładał, że forma wiersza dyskursywnie ustawia formę rzeczywistości: każda zmiana relacji poetyckich implikuje zmianę relacji społecznych. Przełożenie to u Peipera było jednak mocno efemeryczne i wiązało się z określoną filozofią reprezentacji — tymczasem w nowych mediach każdy klik rzeczywiście wprawia (hiper)rzeczywistość w działanie, a układ strony w HTML-u projektuje jego rzeczywisty wygląd na stronie. Referencyjne rozejście między językiem a rzeczywistością ulega zniwelowaniu. Awangarda właściwie nie ma już nic do roboty, utopia wcieliła się w życie.

Ale tylko w budowanej przez Bromboszcza filozofii — we wzniosłej teorii. W praktyce wyglądało to tak, że wydawnictwa wydawały wyłącznie papierowe książki, do konkursów można było zgłaszać wyłącznie papierowe książki, liczyły się wyłącznie papierowe czasopisma; wyłącznie papierowe tomy wychodziły w nakładach 18+ (żeby starczyło na wszystkie konkursy), w równie elitarnych cenach i za pomocą tajemniczych (towarzyskich) kanałów dystrybucji, a wiersze z papierowych tomów były reklamowane wyłącznie w papierowych czasopismach i wyłącznie na „realnych” spotkaniach, gdzie uznany krytyk z tytułem odpytywał uznanego poetę z nagrodą w uznanej instytucji z dofinansowaniem, mniej uznany krytyk odpytywał mniej uznanego poetę w mniej uznanej instytucji i nieuznany krytyk odpytywał nieuznanego poetę w nieuznanej instytucji. I się kręciło: hierarchie pozostawały bez zmian, w prestiżowym czasopiśmie z dofinansowaniem pisał prestiżowy krytyk z tytułem i prestiżowy poeta z nagrodą, a w niszowym czasopiśmie pisał niszowy krytyk i niszowy poeta (to samo z wydawnictwami); i tylko drugi czytał pierwszego, nigdy na odwrót, więc o komunikacji nie sposób mówić. Wszystko było papierowe i realne, więc wszystko reprodukowało papierowe i realne układy.

I gdzieś tam w podziemiu, na forach internetowych, jak Nieszuflada czy Liternet, na portalach, jak KALeKA czy Perfokarta, działali sobie poeci cybernetyczni — wrzucali utwory do internetu za darmo, do powszechnego udostępniania, na forum, więc do natychmiastowej reakcji i natychmiastowego komentowania przez każdego, niezależnie od stażu, tytułu czy płci (tak, z krytyką i poezją kochają się głównie mężczyźni, wszystko tu jest prawidłowo, wedle normy hetero-: krytyka i poezja to kobiety). Prestiżowe i niszowe czasopisma papierowe, prestiżowi i niszowi krytycy i poeci nie mieli pojęcia, że coś nowego siedzi w sieci. A siedziało, i to bardzo. Czasem cyberpoeci dawali coś do papieru, ale do papieru dawali papierowe rzeczy z delikatnymi odniesieniami, że „byłem w internecie”.
A wtedy właściwie już każdy był — i choćby dlatego musiała nastąpić zmiana.

By spełnić postulat pełnej — nie tylko filozoficznej, związanej z tożsamością języka i (hiper)rzeczywistości, lecz także instytucjonalnej — bezpośredniości brakowało zatem uniezależnienia od papierowego status quo i wyznaczanych przezeń hierarchii. Spiknęli się zatem na imprezie cyberkumple Leszek Onak i Łukasz Podgórni i trochę naćpani stwierdzili, że nadszedł czas na nową instytucję dla nowej poezji. W pomysł wkręcili także związanych z krakowską Korporacją Ha!art znajomych: Romana Bromboszcza, Piotra Puldziana Płucienniczaka i Tomasza Pułkę. W grudniu 2011 roku wyszedł zatem kolejny manifest poezji cybernetycznej, tym razem dający nie tylko imaginarium pojęciowe*, lecz także podstawy instytucjonalne: wraz z manifestem cyberchłopaki ogłosiły powstanie nowego wydawnictwa (Rozdzielczość Chleba) i nowego czasopisma („Nośnik”). Tym samym nowa poezja ostatecznie odrzuciła tę starą: nie tylko przez medium, w którym była tworzona, ale także przez medium (i jego instytucje), w którym była publikowana. Wykrzykiwane w manifeście hasło „Poezja? Nope! Chuck Testa!” ostatecznie zatwierdzało wirtualny, symulowany (niepapierowy) charakter poezji: Chuck Testa to taksydermista, którego wypchane zwierzęta — wedle reklamy — wyglądają jak żywe: tak bardzo, że można je pomylić. Baudrillardowska hiperrzeczywistość wreszcie się urzeczywistniła. W działaniu nowe media ostentacyjnie przypominały gazetę codzienną futurystów: gazety codzienne były powszechnie dostępne, miały olbrzymie nakłady (choć nie — jak w internecie — nieskończone) i były tanie (choć nie — jak w internecie — za darmo). Rozdzielczość Chleba powstała jako pierwsze wydawnictwo, które publikuje swoje książki w elektronicznych formatach za darmo na licencji Creative Commons. Wreszcie zaistniała nowomedialna instytucja i wreszcie mogła działać, by rozpuścić mocne hierarchie środowiska poetyckiego na rzecz przestrzeni wspólnotowej, egalitarnej i demokratycznej: nowomedialnej.

Pierwsze książki — zgodnie z postulatem oddziaływania bez pośredników — były książkami samych redaktorów i sygnatariuszy manifestu. Grupa chłopaków stała się samowystarczalna: nie potrzebowali wydawców, edytorów, redaktorów, korektorów, składaczy, drukarń, dystrybutorów, agencji reklamowych, księgarń i krytyków, nie potrzebowali całej tej towarzyskiej klitki, której pragnęły się wyrzec wszystkie awangardowe nurty w myśl utopii bezpośredniości. Cyberpoeci wszystko mogli robić sami, więc wszystko robili sami — w odpowiednich programach komputerowych, z użyciem odpowiednich cyfrowych narzędzi i z podstawami programowania to naprawdę nie wymagało wielkiego charakteru. W nowej przestrzeni wyłącznie umiejętność posługiwania się cyfrowym językiem była konieczna do stworzenia tekstu, instytucji i środowiska: nick nickowi równy, niezależnie od pozycji czy urody stukających w klawisze paluszków (paluszki mogły nawet stukać gotówką: papier tu nic nie znaczy). Wszystkie deterministyczne stygmaty — kasa, klasa, rasa, płeć, kolor skóry, wygląd itd. — znikają, pozostaje nazwa nicka, którą każdy wybiera sobie sam i wedle uznania, z opcją zmiany. Nowe media umożliwiły wreszcie istotowe wyrównanie — lewicowe postulaty awangardy znalazły w nich ostateczne spełnienie. Wszyscy na wejściu równi — tak to wówczas widziano.
Manifestacyjne odrzucenie papieru i karmiących się nim instytucji (wydawnictwa, dystrybucja, księgarnie) na rzecz egalitarnej, kolektywnej i ahierarchicznej przestrzeni było zatem gestem z gruntu politycznym; było wołaniem o nową wspaniałą wspólnotę. Taka to była utopia.

Z zapałem godnym tak poważnej sprawy chłopaki wydawały kolejne tomy. Tomy były multimedialne, tekstowo-wizualne, czerpały jeszcze silnie z filozoficznych podstaw ustawionych przez Romana Bromboszcza: estetyka szumów, flow, pisanie automatyczne i kolektywne, rewriting — wszystko to były mechanizmy dekonstrukcji normy języka, więc normy panującego dyskursu papieru, i otwarcia na to, w co wrzucała hiperrzeczywistość. Pierwszy rok zaowocował zatem zbiorową książką teoretyczną Remiks. Teorie i praktyki, pierwszym numerem „Nośnika”, poetycko-wizualnym tomem Piotra Puldziana Płucienniczaka Marsz na ROM i zbiorowym tomem poezjografii wgraa Leszka Onaka i Łukasza Podgórniego. Kolejne książki przełamywały kolejne przyzwyczajenia literackie: nie tylko do papieru, ale i do słownego materiału poezji (dochodziło zwłaszcza wizualne rozegranie), kategorii oryginału, kultury wysokiej i języka literackiego czy do jednostkowego (natchnionego) autorstwa. Wszystko w imię nowej polityki literatury, a zatem — nowej wspólnoty: nieksenofobicznej i nienacjonalistycznej, zgodnie z numerem 1½ „Nośnika” poświęconym Polsce oraz generatorem PLR. Generatywna historia Polski pisana Comic Sansem Łukasza Podgórniego i grą Wczytaj Polskę Leszka Onaka. I nawet to, że tomy były wyłącznie rodzaju męskiego, a w „Nośniku” jedyną kobietą była teoretyczka nowych mediów Urszula Pawlicka (z tekstem o futurystyczności cyberpoetów), nie zmusiło autorów do zastanowienia się nad podskórnie reprodukowanymi schematami z manifestacyjnie odrzucanej w końcu przestrzeni niewirtualnej. Za szybko to wszystko pędziło.

Zwiastunem nowego etapu okazał się tom Łukasza Podgórniego Skanowanie balu, który wyszedł równo rok po entuzjastycznej inicjacji wydawnictwa. Wizualne elementy zostały mocno ograniczone — zobaczyliśmy białe strony i czarny druk. Czarnym drukiem były słowa i znaki języka polskiego oraz języka programowania. Na pierwszy rzut oka rzecz przypominała zwykły tom poezji — zwykły, czyli papierowy. Jego eksperymentalność i zaangażowanie ujawniały się dopiero po wczytaniu się — ostentacyjna awangardowość pierwszego okresu Rozdzielczości Chleba właśnie się zamykała. Rozpoczął się czas wchodzenia w unormowane instytucje życie literackiego, a zatem otwarcia na krytykowaną przestrzeń niewirtualną. Okazało się bowiem, że w nowomedialnej niszy można wszystko i równościowo, ale to wszystko i równościowo nie wychodzi poza tę niszę, a hierarchiczne i opresyjne (klasowe) relacje literackiego realu pozostają niezmienne, a nawet tym chętniej się pogłębiają, skoro najmocniejsza siła krytyczna przeszła do niesłyszalnego na górze podziemia.

Manifesty futurystów w gazetach codziennych pojawiały się w medium powszechnie dostępnym i popularnym, wpisywały się w reguły ówczesnego rynku i wychodziły w najpoczytniejszej przestrzeni: to jakby manifest Rozdzielczości został ogłoszony na gazeta.pl. Nie został — reprodukowanie mechanizmów rynkowych było cyberpoetom ewidentnie nie po myśli. W 2012 roku cyberawangarda dryfowała sobie zatem w awangardowym medium, jak neoawangarda lat 60., a „normalna” poezja rozwijała się swoim nurtem. Utopia hiperrzeczywistości pozostawiła rzeczywistość bez zmian — awangarda na powrót musiała wyjść na miasto i pojeździć nago na taczce, przewrót nie dokonał się sam, na co podskórnie liczyli wszyscy zaangażowani.

Dlatego w 2013 roku w Rozdzielczości Chleba wyszły dwa głośne i ważne debiuty: Clubbing Kamila Brewińskiego oraz repetytorium Macieja Taranka. Autorzy byli w środowisku młodopoetyckim znani, udzielali się na założonym przez Leszka Onaka forum Liternet, ale i opublikowało ich Biuro Literackie w jednym z almanachów poetyckich po Połowie; nie byli redaktorami Rozdzielczości, a nawet nie sygnowali ich manifestu. Skrajna wsobność krakowskiego wydawnictwa — uzasadniona z perspektywy awangardowej utopii bezpośredniości — uległa zaburzeniu. Tomy miały bardzo szeroki odbiór, nie stanowiły już eksperymentalnej ciekawostki dla geeków, lecz były propozycją pełnowartościową — nawet w ramach „normalnej” poezji. Przypieczętowaniem tego statusu była nominacja
do Silesiusa — i dla Brewińskiego, i dla Taranka. Nagle Rozdzielczość Chleba pojawiła się na poetyckich salonach, w „Tygodniku Powszechnym” poszły recenzje Anny Kałuży o Clubbingu i repetytorium. Pełen sukces, nie tylko w nowomedialnej przestrzeni (jak młodopoetycka, fejsbukowa nagroda „Browar za debiut” dla Brewińskiego, na drugim miejscu Taranek), ale i w przestrzeni rzeczywistej, czyli papierowej. Oto bowiem, by książki zgłosić do Silesiusa, redaktorzy musieli wydać je na papierze: do konkursów nie są dopuszczane publikacje elektroniczne. Wydali i dostali się do finału, zaistnieli w papierowych mediach.

„Papier się kończy, nie warto nawijać kolejnej rolki! Zdigitalizujmy trzewia bibliotek i podpalmy je, by w cieple ogniska wysiadywać jaja nowych procedur i cyfrowych mutantów żywiących się kodem, a popioły rozsypmy po systemowych folderach lub wciągnijmy do nosa!” — pisali dwa lata wcześniej. To co — cynizm?

Po spektakularnych sukcesach dwóch debiutów Chleba w środowisku zawrzało — co dalej? W którą stronę pójdzie teraz wydawnictwo? Co z jego polityką, czy coś się zmieni?

Wrzało tak i wrzało, a potem ucichło. W całym 2014 roku wyszedł tylko drugi numer „Nośnika”, poświęcony narkokulturze (co może być jakąś poszlaką w procesie dotyczącym sposobu spędzania czasu przez redaktorów Rozdzielczości w i po splendorze), a w pierwszej połowie 2015 roku — zupełnie nic. Żadnego tomu, żadnej książki teoretycznej. Nastał czas kryzysu. Awangarda — skoro albo skrajnie niszowa, albo podporządkowana panującym normom, które odrzuca — straciła sens.

W efekcie przeczuwanego milczeniem kryzysu pod koniec maja 2015 roku wyszedł trzeci numer „Nośnika”, poświęcony cyberżulerstwu. W numerze pojawił się metamanifest — oficjalna deklaracja redakcji Rozdzielczości Chleba w sprawie manifestu sprzed czterech lat i awangardowej utopii, w jaką wówczas wierzyli. Poziom meta- manifestu nie sprowadzał się już do metarefleksji dotyczącej własnej twórczości (jak w każdym manifeście), lecz stanowił jej zdublowanie i wyjście poza metarefleksję w metametarefleksję, a zatem w siedzącego przed komputerem zgarbionego człowieka i jego walenie w klawiaturę, które wyznacza codzienność 40% ludności świata; i dalej — w poziom meta- tego człowieka: w fabrykę komputerów wspartą na wyzysku i w genialnych programistów stukających w klawisze w swoich kryształowych komnatach. Pozornie niwelowane w internecie — na forach internetowych, w nowomedialnych instytucjach — nierówności pozwalały na zwiększanie nierówności na poziomie, który Rozdzielczość pragnęła wreszcie odrzucić: na poziomie tzw. życia.

Chłopaki zasiadły z piwkiem w jednym pokoju w Woli Rzędzińskiej, każdy z własnym komputerem/laptopem/tabletem przed oczyma, i zaczęli jednocześnie — na trzy-czte-ry — pisać, wgapiając się każdy w swój własny ekran i wyłaniający się z niego tekst, dopisując sobie półsłówka i przecinki w PiratePadzie. Tak powstał metamanifest.

Wówczas, w tym wspólnym pokoju wypełnionym wyziewami piwka i oparami tytoniu, chłopaki przyjrzały się sobie dokładnie i zobaczyły, że wymiatają w kolektywnych i emancypacyjnych koncepcjach nowych mediów, a nawet w najbardziej hardkorowych grach komputerowych, ale w realu nie mają pracy, nie stać ich na opłacenie czynszu, nie mają w co się ubrać, z narkotykami też krucho, bo mają dobry komputer:

Komputer to najdroższe i najnowocześniejsze urządzenie w moim gospodarstwie domowym, oprócz niego nie posiadam radzieckiej lodówki dofinansowanej przez jakąś osobę, posiadam samochód (l. 20), posiadam niepodłączony do anteny telewizor, posiadam kupione na allegro głośniki marki onkyo i tej samej firmy wzmacniacz, kupiony na tym samym allegro — ale to są wszy. Jedno tylko wiem: Commodore ZX Specsturm. To wszystko są rzeczy tańsze od mojego komputera, który ma niecały rok i przy którym czuję się jednak najbiedniejszy.

Chłopaki dostrzegły, że ich ciało gnije przed komputerem, że jedyna miłość, której ostatnio doświadczyli, to ta z Larą Croft, gdy z sentymentu rozgrzali Tomb Raider i nie skończyli, póki nie doszli, nie przeszli gry do końca we wszystkich możliwych kombinacjach (rodzaj kamasutry dla ubogich), że nawet w ich upadłym gronie nie ma szans na miłość, bo w wydawnictwie założonym przez samych heteroseksualnych facetów moszczą się sami heteroseksualni faceci:

Czas zerwać z patriarchalnym netem

ONA tu jest i uploaduje dla mnie

ONA tu jest i zapłodzi mnie

[ODSUWANIE (w czasie) MEBLA TEKSTU]

[ZA MEBLEM ZNAJDUJESZ

A:\> C:\> D:\>]

W tym czasie programiści kupowali kolejne wille, robili w nich imprezy, szaleli swoimi sportowymi samochodami i ciągali swoje piękne i młode żony na kolejne bogate orgie. W tym czasie na 1134 pracownic i pracowników szyjących ubrania dla znanych marek odzieżowych z całego świata walił się budynek Rana Plaza w Bangladeszu (co stanowi podstawę dla 1134 dwuwersów tomu Nie Konrada Góry, Wrocław 2015). W tym czasie pracownice i pracownicy w fabrykach komputerów nie mieli tyle szczęścia i dalej zapierdalali w robocie na głodowych stawkach, żeby utrzymać swoje dzieci i swoich rodziców.

Cyberżulerkę uprawia się na środkowych, gównianych szczeblach organizacji. To przymusowa moda klasy pracującej w krajach już nieuprzemysłowionych. Narkotyki robi się w krajach, w których się ich nie zażywa. Faza to stosunek społeczny między producentem, tobą i osobą, która ci ją sprzedaje. Cyberżulerstwo to stosunek między tobą, kapitałem i złożami rzadkich metali. Masturbacja to także stosunek. Lubisz siedzieć przed komputerem? Ja nie lubię (Płucienniczak 2015).

I to w istocie była awangarda — cała przestrzeń nowomedialna zaczęła działać jak awangarda, i nic poza awangardą nie było. Na awangardzie się zarabiało i na awangardzie się traciło. Szumy, błędy, glitche — to wszystko zapanowało nad internetem i stało się jego dominującym językiem, a gdy reklama chciała być skuteczna, używała ich w swoich viralach. Cybernetyczne — i w istocie awangardowe — metody wytrącania z poczucia oswojenia i bezpieczeństwa, działanie na zasadzie chwytu Szkłowskiego, stało się nowomedialną normą, a zatem mową przezroczystą; służyło do komentarzy pod wpisami, do napędzania hejtu, do mowy nienawiści. Nasączona tym wszystkim beka umilała zaoszczędzony czas spędzany przed ekranem i znakomicie sprzedawała towary (błyskotliwość, dowcip, gry słów — cyberpoezja!).

Gdy zatem w 1996 roku Zygmunt Bauman stwierdził, że po postmodernizmie nie ma szans na awangardę (zob. Bauman 1996), był gdzieś w miejscu neolingwistów i ich ostatecznej zgrywy z awangardowego nabzdyczenia. Gdy zaś po 2005 roku teoretycy (Ryszard W. Kluszczyński, Piotr Zawojski) zaczęli wskazywać na awangardowość całej ponowoczesności i hiperprzestrzeni, ich myślenie odpowiadało cyberpoetom z 2005, a zwłaszcza 2011 roku. I choćby z tego powodu awangarda musiała się skończyć: „Ja cyberawangardystą już nie jestem, podczas gdy wy wszyscy jesteście cyberawangardystami”. Zwłaszcza gdy nowomedialni awangardyści współuczestniczą w pogłębianiu skrajnych nierówności na skalę znacznie większą, niż kiedykolwiek było to możliwe, a ich zgarbione stukanie w klawisze sponsorowane jest przez wyzyskiwanych pracowników w Azji, gmerających w materiałach z Afryki bądź Ameryki Łacińskiej, i wyzyskujących pracodawców w Ameryce: „Komputer jako relacja -> ty, twoi rodzice, twój prcodowaca, osoby ze STANÓW zjednoczocny ameryki północnej, ludzie z replbiki chińskei5qj wykopują komputery z wysypiska i wysyłają je DO POLSKI” (Płucienniczak, Podgórni 2015).

Po metamanifeście żaden manifest nie jest już do wyobrażenia — i długopis ma swoich producentów i konsumentów, wyzyskujących i wyzyskiwanych, komputer tylko podbił przemysł i skoncentrował wokół siebie całą przestrzeń. Przestrzeń stała się nowomedialna na amen.

A tego przecież właśnie pragnęli cyberpoeci.

Progresywne formuły i filozofia cybernetyczna posłużyły do stworzenia przestrzeni, w której wypowiedzieć się może każdy, więc słychać tych, którzy są najbardziej agresywni: wygrał — jako i w rzeczywistości nienowomedialnej — język ksenofobiczny, pełen skrótów i uproszczeń, schematyczny, a zatem wykluczający. Egalitarna, empatyczna etyka troski nie miała z nim szans: zajmowała za dużo czasu i wysiłku. 25 października 2015 roku cała władza wykonawcza i ustawodawcza w Polsce przeszła w ręce PiS-u. Przyszłość — jeszcze w 2011 roku dająca nadzieję na zmianę, podtrzymująca wiarę w to, co nadejdzie (że będzie lepiej), i ogólną miłość — przeszła w katastrofizm (i po Peiperze nadciągnął Miłosz). Okazało się bowiem, że przyszłość to nie tylko, jak dotąd, kredyt do spłacania do końca życia i prekaryjnie zapewniony brak ubezpieczenia zdrowotnego w razie wypadku, ale i wykluczająca, nacjonalistyczna wspólnota, która podbija hierarchie i wartości, z jakimi cyberpoeci od początku utopijnie walczyli:

Fakt, że „nie ma przyszłości”, to jedna z rzeczy, których uczą w szkole, żebyś miała powód, żeby iść do pracy. Ludzi, którzy wierzą szkole, żeby wierzyć w pracę, nie da się już uratować. Chciałbym, żeby umarli i nie mówili do mnie nigdy więcej. Chciałbym, żeby politycy, przedsiębiorcy i dziennikarze obu płci umarli. Kiedy wierzyłem w pracę, miałem niską samoocenę. Kiedy nie wierzę w pracę, nie wiem, jaką mam samoocenę i mnie to nie interesuje. Praca, komputer, gówno, internet, biurko, ekran, krew na minerałach. Ekran czerwony — mniej razi. Ekran niebieski — więcej. Powtarzam sobie, że praca czyni wolnym, i chciałbym pracować, ale jeszcze nie miałem okazji. Estetyką cyberżulerki, która miałaby przyszłość, byłoby wyrzucenie gówna stąd, stamtąd i zewsząd indziej (Płucienniczak 2015).

Wiara w zmianę, wiara w działanie traci sens: wygrywa hejt, a powszechnie dostępne na całym świecie w nakładach nieskończonych za darmo na licencji Creative Commons tomy Rozdzielczości Chleba mogą zostać pobrane (przy dobrych wiatrach) z tysiąc razy. Przy czym pewna krytyczka literacka — do rozmaitych recenzji i tekstów — ściągnęła repetytorium pięćdziesiąt razy — a jeśli nie tylko ona, ściągających może być zaledwie kilkoro. Kilkanaścioro najwyżej — szajka żuli.

„Będziemy wszędzie! Nieograniczona liczba stosunków z odbiorcą warunkowana wyłącznie przepustowością łącza!” — pisali cyberawangardyści w 2011 roku. Nie są wszędzie, liczba stosunków jest nieoczekiwanie niewielka: nikt ich jakoś szczególnie nie chce, choć są na wyciągnięcie ręki — i na dodatek za darmo.
A na półce bestsellerów w Empiku książki za blisko pięćdziesiąt złotych sprzedawane w całych nakładach i z dodrukami — na przykład świetnie rozreklamowane 50 twarzy Greya poszło w ponad 125 milionach egzemplarzy na całym świecie.
A pod wiadomością o Nike dla Olgi Tokarczuk tysiące antysemickich, seksistowskich wpisów — pełnych błędów, zaburzeń mowy, skrótów liczbowych, literowych, print screenów, zgryw z zatartą granicą powagi i innych cybernetycznych technik.

„Wierzymy, że zbawi nas parskanie kodu i niechciana poczta” — wyznawali cztery lata wcześniej w swoim manifeście cyberpoeci. Zbawiły, ale nie ich.

Zabiegi formalne cyberpoezji zbiegły się z normą języka nowych mediów — różnica między językiem literackim a potocznym (w staromodnym, co najmniej od Masłowskiej podziale formalistów) zatarła się do przezroczystości. Podobnie — po postmodernizmie, co neolingwiści dowiedli sobą — powaga i zgrywa nie bardzo chcą się rozdzielać. Serio i beka z serio czy krytyka z serio brzmią i wyglądają dokładnie tak samo — stąd piosenki Doroty Masłowskiej czy poezja Kiry Pietrek sprawiają tyle polonistycznych wątpliwości: gdzie tu jest krytyka, a gdzie nie-krytyka? Czym różni się piosenka Masłowskiej od kiepskiej piosenki nie-Masłowskiej, poza nazwiskiem autorki? Dlaczego prze-pisane frazy u Pietrek to poezja, a w gazecie to tytuły artykułów? W świecie, w którym trudno co krok nie potykać się o kolejną bekę z…, gdzie granica między serio a zgrywą w ogóle już nie istnieje, moc krytyczna poezji posługującej się — co najmniej od postmodernizmu — tymi technikami została poważnie zredukowana. To się stało modne i dominujące — awangarda, neoawangarda (a więc i postmodernizm), wzięły i zapanowały. Manifestacyjnie ogłaszane rozmycie granicy między tekstem a rzeczywistością okazało się faktem: istniejemy w tekście jakiegoś zapalonego awangardysty, który po dorwaniu się do kasy i sławy zapragnął więcej.

„Poezja? Nope! Chuck Testa!”.

To się zwyczajnie sprzedaje, gdy ma za sobą odpowiednią kasę — ciągle nowość, ciągle prowokacje i zgrywy, ciągle coś się dzieje, nago na taczce po mieście, nagość, młodość, witalność, pudelek. To się klika, taki przekaz. Tomy poetyckie nie mają za sobą kasy — idzie też za nimi swąd mickiewiczuf i słowackih — więc się nie sprzedają. Egalitarna wizja padła na ryj, podobnie jak co kilka dni każdy z nich, poetów, po ostrej bibie.
Tym sposobem redaktorzy Rozdzielczości Chleba od awangardowych wichrzycieli powoli doszli do niejadalnego stanu i zostali cyberżulami. Zbierają ten internetowy złom, ten szlam cały trashowy, by oddać go w skupie i dostać za to jakieś grosze. Za grosze kupią sobie piwko, by się nachlać. Piwko to nie wyraz kontestacji, nonkonformizmu, to nie odegranie pijaństwa czy chlania — nie, piwko to piwko, i pije się je po to, by się nachlać. Nie nachlać dla beki czy dla gestu, nie dla spektaklu, ale dla nachlania. Bez piwka się nie da, piwko** to nethera: chcieliby nie siedzieć przed kompem, ale muszą siedzieć przed kompem, bo nic innego nie potrafią, a nałóg wzywa. Wierzyli, że internet zmieni wszystko, że stworzy nową wspólnotę, oddali mu się w całości, czego jedyną konsekwencją — poza reprodukowaniem hierarchii z realu — jest to, że nie mogą się od niego odczepić. Że są narkomanami. Że nie mogą odstawić netu, że muszą go ćpać, podczas gdy sprytni i od początku niewierzący w rewolucję programiści balują na dachach świata, podczas gdy pracownice i pracownicy w fabrykach zapierdalają za głodowe stawki. I jest to smutna historia, i są to „trudne sprawy”: idea znów przegrała. Od papierowych poetów i wydawnictw cyberpoeci różnią się tylko tym, że złom można drożej opylić niż makulaturę.

Ale to wciąż grosze, a cyberpoetów nie wspiera państwo.

A przecież próbowali, starali się, wierzyli w zmianę i nowość, wierzyli, że będzie inaczej — ale rynek wylał ich ciepłym moczem razem z innymi przegranymi czy bankrutami, i się nie udało. Teraz koczują poza centrum miasta, wychodzą z nor nocami, zbierają odpadki i cyfrowy złom, i z tego żyją. To nie tak, że awangarda, nisza, że bunt i sprzeciw jakiś, że anarchizm, że intencjonalność i nas wkręcanie — nie, po prostu im nie wyszło w życiu. Ich wizja nie została kupiona, wygrał kontent konkurenta, więc konkurent pływa w kasie, a oni jadą nago w taczce po ulicach na kwasie. Nie tworzą, bo nie mają na to środków, zresztą i tak nikt ich rzeczy nie chce, nikt nie zamawia, nikt nie proponuje umów o dzieło z pięćdziesięcioprocentowym wkładem własnym, więc biorą te stworzone, i kombinują, żeby dostać choć złotówkę, i oddają na skup. Coś tam zawsze skapnie, lajk jakiś czy udostępnienie na ZUSwavie albo cichym nabiaule. Imają się też fizycznych, odtwórczych robót tymczasowych, jak zaprojektowanie strony internetowej czy jej dogłębny remont, dzięki czemu wciąż jeszcze mają stały dopływ prądu do peceta, lapka, tabletu, czytnika i smartfona. I piwko oraz korut rzecz jasna. Wszystkich tych atrakcji można doświadczyć w grze Leszka Onaka Ruczaj: cyberżulerska gra ekonomiczna, ale gra jest nieciekawa i niewesoła, bo to symulacja smutnego życia Leszka Onaka i reszty cyberżulerskich meneli.

Podobnie jak Praca jest blisko Łukasza Podgórniego, gdzie automat nieustannie generuje i zestawia ze sobą powtarzalne czynności. W puli znajdują się następujące czasowniki: zasypiam, tyram, rucham, chleję, łażę, zwlekam się, jaram, myję się, oglądam coś, żrę — program losuje po dwa i łączy ze sobą w trzech otwartych programach tekstowych. Zip ujawnia przestrzeń, o której zaangażowani poeci w 2011 roku na śmierć (właśnie tak) zapomnieli — ciało i jego potrzeby. Podczas wyrywania kolejnych plików i nicków przeoczyli, że siedzą zgarbieni przed ekranem i walą w klawisze, a czasem stymulują myszkę. Że hiperprzestrzeń taka progresywna i egalitarna, że wspólnota nowa, wirtualna, więc nienacjonalna, ale zasypiać, tyrać, ruchać, chlać, łazić, zwlekać się, jarać, myć się, oglądać coś i żreć i tak trzeba. Że bez nich nie ma emancypacyjnego kliku-kliku. Że to jest meta, meta-, która w manifestacyjnym szale bandy ideowców całkiem im umknęła. Metamanifest to wyznanie grzechów; ale i tak nikogo to nie rusza, bo i manifest mało kogo wziął. Inaczej chociaż pudelek coś tam by zrobił i zarobił. Ale nic.

Zbierają cyfrowe butelki i makulaturę, zbierają cybernetyczny złom, przetwarzają i oddają za jakieś drobniaki; pożywiają się resztkami ze śmieci, kapitalizm wypluwa ich całe steki, więc plus minus nie chodzą głodni. Chcieliby tworzyć? Pewnie chcieliby, ale przegrali, więc tylko korzystają z tego, co jest — stworzone przez dzianych programistów i speców od peeru. Mariusz Pisarski nazywa to postmodernizmem (zob. Pisarski 2015: 37) — w przeciwieństwie do modernistycznie awangardowych zrywów wokół manifestów — ale ich nie stać na zabawę w postmodernizm ani nawet w katastrofizm; to zwykła naćpana menelia, która tu sobie nie gra, bo nie ma na to kasy i czasu, która tu sobie gra w Gothica III i musi znów go przejść, więc kołuje kasę i czas na życie w upodlających prekaryjnych robotach i ledwo wiąże koniec z końcem, żeby komputer nigdy nie był głodny, a gdy już nie jest, to — by zapomnieć — dokonuje systematycznego resetu „ja” netherą, herą i piwkiem. Nikt ich nie chce, zdrowe społeczeństwo wyrzuciło ich poza nawias i pokazuje sobie od czasu do czasu palcem w ramach przestrogi. Na ich miejscu mógłby być każdy z nas — są akurat oni. Takie reguły: chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze.

A teraz spójrzmy na siebie: co stoi na naszym biurku i dlaczego jest włączone? Dlaczego co kilka minut tam zaglądamy? Po co udostępniamy na tablicy obejrzane teledyski, przeczytane wiersze i inne wykwity czyjegoś informatycznego umysłu? Po co nakładamy na siebie instagramowe filtry i wrzucamy się w sieć? Po co dostosowujemy się do limitu stu czterdziestu znaków, jakbyśmy pisali sonet albo inną foremkę? Wszyscy jesteśmy cyberżulami — pracujemy w internetowej robocie, w internetowych fabrykach, i nic z tego nie mamy. I jeszcze za to płacimy, coraz lepsze komputery, wifi, internety, 3G, 4G, dotykowe ekrany, wszystko to specjalnie dla nas, a my dziękujemy, że możemy dla cyberprzemysłu pracować za darmo, by nadal kupować jego rzeczy i potrzebować jego rzeczy. I to już nawet nie prekariat:

Przyszłość nadeszła. Siedzisz przed komputerem. Wydaje ci się, że farmisz golda, ale to gold farmi ciebie. Twoja praca nie ma żadnej wartości i nikogo nie interesuje jakość jej realizacji. Przez wiele godzin dziennie wykonujesz zadania. Komu zależy na ich wykonywaniu? Mamie, tacie, babci. Świadectwem wartości twojej pracy jest fakt, że komuś przynosi ona profit, a tobie od tego profitu procent. Czasem procent oznacza również ubezpieczenie społeczne, ale sam na to nie liczę. Zarobki pozwalają ci wykupić dostęp do internetu, w którym sprawdzasz, kto używa internetu w tej samej chwili, w której ty to robisz. Internet to zbiór usług, w które wprowadzasz swoje gówno, żeby dać komuś zarobić. Używanie internetu może sprowadzić cię na dół, ale kilka osób wygląda na zadowolone. Nie należę do nich. Wydaje ci się, że korzystasz z internetu, ale to internet korzysta z ciebie. Widziałem twoje ciało, a ty mojego nie. Siedzisz przed komputerem (Płucienniczak 2015).

Jeszcze gdzieś tam w Poznaniu szczerze wierzy w emancypacyjną moc internetu Roman Bromboszcz, co bardzo chłopaków z Krakowa bawi, gdy spotykają się na chlanie, więc biorą trochę netowego złomu, sklejają ze sobą i na Ha!wangardzie 2015 budują performans poetycki im. Romana Bromboszcza z zamykającym referatem na temat doktora filozofii Romana Bromboszcza, a że w trakcie staje się to nudne, schodzą ze sceny i chleją dalej poza nią. W tym czasie programiści kupują kolejne wille, robią w nich imprezy, szaleją swoimi sportowymi samochodami i ciągają swoje piękne i młode żony na kolejne bogate orgie. W tym czasie na 1134 pracownice i pracowników szyjących ubrania dla znanych marek odzieżowych z całego świata wali się budynek Rana Plaza w Bangladeszu. W tym czasie pracownice i pracownicy w fabrykach komputerów nie mają tyle szczęścia i dalej zapierdalają w robocie na głodowych stawkach, żeby utrzymać swoje dzieci i swoich rodziców.

Komputer wyprodukowano w fabryce, w której pracuje się 12 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Jego podzespoły zrobione są z minerałów, które wydobywa się z ciała. Ci, którzy zrobili twój komputer i wydobyli jego minerały, nie mają czasu, żeby siedzieć przed komputerem. Z tego powodu zarabiają mniej od ciebie. Procesory wydobywa się w kopalni jak złoto, a niepotrzebni górnicy bywają zostawiani na dole, kiedy nie opłaca się ich wyciągnąć. Komu zależy na ich wyciąganiu? Czy naprawdę są nam potrzebni? Ludzie pracują na twoją cyberżulerkę i dla zysku kogoś innego. Cyberżulerka to stosunek społeczny, w którym zajmujesz nikomu niepotrzebne miejsce. Może narkotyki robi się w krajach, w których się ich nie zażywa, ale cyberżulerka zażywa cię w kraju, w którym ją robisz. Cyberżulerka zażywa kraje, w których robi się komputery. Komputery zażywają kraje. Gówno (tamże).

I się kręci, a chłopaki z Rozdzielczości Chleba i tak nic nie mogą z tym zrobić, więc piją piwko podłączeni do nethery. U neolingwistów, cyberpoetów i wierzących jeszcze w zmianę poetów z Rozdzielczości Chleba imprezy służyły dyskusjom o poezji i pisaniu manifestów – działaniu. Dla cyberżuli imprezy służą imprezom, by się nachlać i zapomnieć, i piwko. I tak. Ich pierwsza zasada z metamanifestu to „Ogólny zakaz pisania manifestów”.

Ale piwko to też znak, że nie są przed komputerem, a że są razem nie przed komputerem na wspólnej imprezie. I że właściwie fajnie im razem, więc niech innym też będzie fajnie nie przez rozbuchane, wirtualne idee, lecz przez wspólne spędzanie czasu w realu. Ciało w ciało, usta w usta, tak po prostu. Piwko.

Kiedyś wierzyli, teraz piją piwko. Kiedyś chcieli coś zmienić, teraz piją piwko. Kiedyś pisali manifesty, teraz piją piwko. I to piwko mówi nam więcej o całej rzeczywistości i hiperrzeczywistości, o panujących dyskursach i polityce niż utopijne projekty – ale chłopaki o tym nie myślą, bo kombinują, jak skołować trochę kasy na piwko: żulą w ZUSwavie, organizują performensy, rozdają cichy nabiau. I to działa — i dopiero to działa.

Piwko.

Ale to nie koniec. Już wkrótce nawet „nie będziemy mieli na piwo” [Kopyt 2013] .

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej: tak się skończył ostatni awangardowy ruch w Polsce.

PS. Pogłoska o braku seksu cyberpoetów jest kłamliwa i obelżywa względem samych zainteresowanych. Prostuję. Kilka innych rzeczy też, które niniejszym odwołuję: odwołuję. Przyszłość, przyszły rok — to będzie dopiero cyberpoetycka akcja. Przyszłość jest teraz: 10 lutego 2016 roku skończyło się w Polsce cyberżulestwo. Po cyberżulerstwie nadciąga sukcesizm. Zobaczycie. Tylko nie awangarda. Tylko nie taka awangarda. Wychodzimy w miasto – umawiamy się na piwko, będzie fajnie, cho.


* „Nie ma autorów i czytelników — są producenci i użytkownicy. Nie ma utworów – są programy, obiekty, pseudokody i sieciowe performensy: Najwyższy czas skorzystać z potencjału czatów, serwisów społecznościowych i sieciowych wideotelefonów. To one posłużą nam za kawiarnie literackie. Nie mówi się podmiot, tylko awatar. Żaden świat przedstawiony, ale symulacja! Kultura powiła niedawno dwie emblematyczne figury, które należy hołubić. Są nimi: Programista i DJ” (Onak, Podgórni 2015: 6).

** Piwko to główny motyw zaprezentowanego podczas premiery cyberżulerskiego „Nośnika” komentarza Wojciecha Stępnia do metamanifestu, przedrukowany na stronie Rozdzielczości Chleba: http://xn—ch-ppa33b.pl/metamanifest-cyberulerstwa/.


 

LITERATURA

M. Cecko, M. Cyranowicz, M. Kasprzak, J. Lipszyc, J. Mueller, Manifest Neolingwistyczny, https://pl.wikisource.org/wiki/Manifest_Neolingwistyczny.

R. Bromboszcz, Sz. Kopyt, T. Misiak, Ł. Podgórni, Manifest Poezji Cybernetycznej 1.1, http://perfokarta.net/root/manifest.html.

J. Baudrillard, Precesja symulakrów, w: tenże, Symulakry i symulacja, przeł. S. Królak, Warszawa 2005.

R.W. Kluszczyński, Jednostka — grupa — sieć. Przemiany awangardowych strategii twórczych, w: Wiek awangardy, red. L. Bieszczad, Kraków 2006.

P. Zawojski, Cybersztuka jako awangarda naszych czasów, w: Wiek awangardy, red. L. Bieszczad, Kraków 2006.

U. Pawlicka, Neofuturyzm, czyli co ma Jasieński do iPada?, „Rozdzielczość Chleba. Niepowszedni Nośnik Kultury” 2011, nr 1, http://xn—ch-ppa33b.pl/neofuturyzm-czyli-co-ma-jasienski-do-ipada/.

R. Bromboszcz, w: Polipoezja, cyberpoezja, performance. Z Romanem Bromboszczem rozmawia Mariusz Pisarski, „Techsty. Literatura i Nowe Media” 2008, nr 2 (5), http://techsty.art.pl/magazyn/magazyn5/rozmowy/bromboszcz_rozmowa.html.

R. Bromboszcz, System dedukcyjny poezji cybernetycznej. Manifest 2.0, http://perfokarta.net/root/manifest_2.0.html.

P. Czapliński, Poetyka manifestu literackiego (1918–1939), Warszawa 1997.

L. Onak, Ł. Podgórni, Manifest Rozdzielczości Chleba, „Rozdzielczość Chleba. Niepowszedni Nośnik Kultury” 2015, nr 1, s. 6, http://xn—ch-ppa33b.pl/manifest/.

Ł. Podgórni, PLR. Generatywna historia Polski pisana Comic Sansem, Rozdzielczość Chleba, http://xn—ch-ppa33b.pl/plr/.

L. Onak, Wczytaj Polskę, Rozdzielczość Chleba, http://xn—ch-ppa33b.pl/wczytaj-polske/.

P.P. Płucienniczak, Ł. Podgórni, L. Onak, Metamanifest CYBER%ULERSTWA, „Nośnik” 2015, nr 3, http://xn—ch-ppa33b.pl/metamanifest-cyberulerstwa/.

P.P. Płucienniczak, var gówno = p.estetyka cyberżulerki, „Nośnik” 2015, nr 3, http://xn—ch-ppa33b.pl/var-gowno-p-estetyka-cyberzulerki/.

Z. Bauman, Ponowoczesność, czyli o niemożliwości awangardy, w: Awangarda w perspektywie postmodernizmu, red. G. Dziamski, Poznań 1996.

L. Onak, Ruczaj: cyberżulerska gra ekonomiczna, Rozdzielczość Chleba, http://xn—ch-ppa33b.pl/ruczaj-cyberzulerska-gra-ekonomiczna/.

Ł. Podgórni, Praca jest blisko, Rozdzielczość Chleba, http://xn—ch-ppa33b.pl/praca-jest-blisko/.

M. Pisarski, Wstęp do teorii cyberżulerstwa, „Nośnik” 2015, nr 3, s. 37, http://xn—ch-ppa33b.pl/wstep-do-teorii-cyberzulerstwa/.

Sz. Kopyt, wstań piotrze zabijaj i jedz, w: tenże, Kir, Poznań 2013.

Dodaj komentarz