Małgorzata Sugiera | Fabryka cielesności

Wypracowane przez feministki rozróżnienie na płeć kulturową i płeć biologiczna wiąże się ściśle z inną, bodaj o wiele mniej dyskusyjną opozycją między ciałem (body, Körper) a cielesnością (flesh, Leib). Ciało ma znakowy, semiotyczny charakter i podlega regulacjom technologii społecznych. Cielesność to przede wszystkim ciało „żywe” i obecne, zaś jego sens wyczerpuje się w czysto indywidualnym, fenomenologicznym doświadczeniu. Ciało stanowi domenę kultury, cielesność zaś — zdecydowanie natury. Tym samym pozostaje przedmiotem nauk ścisłych, takich jak biologia i medycyna, które jeszcze w XVII wieku zostały uznane za sferę faktyczności i obiektywności, gwarantowanych przez odpowiednio wypracowane procedury i standardy badawcze, wykalibrowane narzędzia, tabele, wskaźniki oraz protokoły, które klarownie oddzielają wyniki eksperymentów od wyciąganych na ich podstawie wniosków. Trudno się zatem dziwić, że także w odniesieniu do naszych ciał swoją wagę ma kluczowe dla dychotomii natura–kultura przeciwstawienie wynalazkom tego, co nazywamy odkryciami. Upraszczając, powiedzieć można, że odkrywamy zjawiska i zależności, które istnieją od zawsze, choć nie mieliśmy tego świadomości albo też praktyka nie potrafiła potwierdzić niezbicie domniemań teoretyków. A robimy to dzięki kolejnym wynalazkom narzędzi i technologii. Inaczej rzecz ujmując, jedynie wynalazki uznajemy za historycznie zmienne, niczym płeć kulturowa. Nasza cielesność natomiast wymyka się historii, to domena nauk biologicznych i medycznych, zaś czynione przez nie odkrycia coraz lepiej pozwalają nam zgłębiać kolejne tajemnice i sekrety natury.

Przypomniał o tym całkiem niedawno Bruno Latour, kiedy w 1998 roku na łamach francuskiego miesięcznika „La Recherche” opublikował niewielki artykuł zatytułowany wiele mówiącym retorycznym pytaniem Czy Ramzes II umarł na gruźlicę? (Latour 1998). Nawiązał tym samym do ustaleń lekarzy, którzy ponad dwadzieścia lat wcześniej badali mumię Ramzesa II i znaleźli w niej prątki gruźlicy. Jak to możliwe, zastanawia się więc Latour, że faraon mógł umrzeć na chorobę, którą odkrył Robert Koch dopiero w 1882 roku, kiedy wyodrębnił pod mikroskopem grupę bakterii odpowiedzialnych za jej powstawanie (dziś ustalono, że część z nich to raczej niegroźne roztocza). Przecież — dodaje — gdyby archeolodzy znaleźli w ciele mumii dziury niczym po kuli, to nawet cień sugestii z ich strony, że faraon zginął od broni palnej, wszyscy uznaliby za jawny anachronizm, przeczący zdrowemu rozsądkowi. Odpowiedź nasuwa się sama, choć Latour w swoim artykule wprost jej nie formułuje, zadowalając się postawieniem prowokacyjnego pytania. Jak się bowiem wydaje, karabin bez chwili wahania uznajemy za wynalazek i wpisujemy w porządek historii. Natomiast wyodrębnienie grupy bakterii i ustalenie związku między tą grupą a chorobą, która otrzymała nazwę gruźlica, uważamy za odkrycie, samą zaś gruźlicę — podobnie jak inne choroby — wpisujemy w porządek natury. I jeśli nawet jesteśmy w stanie zmodyfikować to przekonanie, nie zrobimy tego inaczej niż Susan Sontag w znanym eseju AIDS i jego metafory w odniesieniu do tej plagi końca XX wieku. Konkludując swój wywód, Sontag klarownie stwierdziła, że w Pierwszym Świecie epidemie i zarazy tworzą historię, ponieważ przyczyniają się do zmian w życiu społeczno-politycznym, w układzie architektonicznym miast etc. W ubogich krajach Afryki czy Azji epidemie i zarazy stanowią nieodwołalnie część natury (Sontag 1999). Mówiąc inaczej, historyczność chorób w Pierwszym Świecie ma charakter pośredni. Bywa, że powodują zmiany, one same nigdy się jednak nie zmieniają.

Jak się wydaje, Sontag milcząco przyjęła założenie o naturalności chorób, o ich z gruntu nieperformatywnym charakterze. Dlatego mogła je potraktować jako metafory, demaskować ich naddane sensy, nie dostrzegając metaforycznego, „wytwarzanego” charakteru samych chorób. Sposoby ich leczenia zmieniają się nie tylko wraz z nowymi technologiami produkcji sprzętu medycznego i lekarstw, lecz w nieuchronny sposób wiążą się z przemianami zasad konceptualizacji ciała i cielesności. Od nich to bowiem zależy tyleż definicja poszczególnych chorób, ile wyznaczenie granicy między zdrowiem a chorobą. W pierwszym eseju na temat chorób funkcjonujących jako metafory czy wręcz mity, który pod tytułem Choroba jako metafora ukazał się w 1977 roku, Sontag po raz kolejny w swojej działalności krytycznej wystąpiła „przeciw interpretacji”, tym razem jednak zwracała uwagę na wykorzystywanie nazw chorób jako synonimów kary sił wyższych, symptomów występków moralnych, zamętu społecznego czy późniejsze traktowanie ich jako dramatyzacji stanów mentalnych. A co ważniejsze, w każdym z analizowanych przez nią przypadków stygmatyzacja choroby łączyła się wyraźnie ze społecznym napiętnowaniem i wykluczeniem samych chorych. Jak z naciskiem powtarzała Sontag, gruźlicy czy raka nie należy uważać za metaforę, zaś „najbliższy prawdzie sposób [ich] postrzegania — jak również najzdrowszy sposób chorowania — jest w najwyższym stopniu wolny od myślenia metaforycznego i najbardziej nań niepodatny” (tamże, 7). Nie dostrzegała jednak, że oponując przeciwko fałszowaniu i niedorzecznemu przekształcaniu realiów chorób, prowadziła pośrednio do ich wtórnej naturalizacji. To prawda, stanowisko Sontag zmieniło się wyraźnie dziesięć lat później, kiedy kontynuując poprzedni temat, opublikowała wspomniany już esej AIDS i jego metafory. Ze względu na szczególny charakter tej choroby dostrzegła w niej już czytelne znamiona konstrukcji klinicznej, rezultat wnioskowania lekarzy. Nadal jednak wiązała to bardziej ze swoistością AIDS jako stanu medycznego bez „naturalnych granic”, który definiują przede wszystkim dla swoich potrzeb naukowcy i biurokracja medyczna, niż ze statusem chorób jako takich, istniejących niezależnie od obowiązujących konceptualizacji cielesności oraz zasad interpretacji danych medycznych przyjmowanych przez lekarzy. Paradoksalnie zatem opowiadająca się „przeciw interpretacji” Sontag widziała tę interpretację wyłącznie w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych, choroby traktując jako zjawiska obiektywne, jako dziedzinę niepodważalnych faktów. Wcześniejszy od jej ustaleń film Richarda Fleischera Fantastyczna podróż (1966) przekonuje jednak, że równie zasadnie możemy potraktować nauki medyczne jako fabrykę tyleż naszej cielesności, ile naszych chorób.

W filmie Fleischera oglądamy historię, jakich nie brakowało na ekranach kin w latach 60. i później. Czeski uczony Benesz z pomocą amerykańskich agentów ucieka za żelazną kurtynę. Radziecki wywiad nie daje za wygraną i próbuje go odbić. Podczas kraksy samochodowej Benesz uderza w coś głową, a w szpitalu zapada w śpiączkę z powodu skrzepu w mózgu. Każda interwencja neurochirurgiczna grozić może sabotażem, więc trzeba poszukać innego rozwiązania. W skład ekipy ratunkowej wejdzie amerykański James Bond, oczywiście wezwany nagle z wakacji. Fantastyczny charakter jego misji poznajemy krok po kroku. Jak się bowiem okazuje, amerykańscy naukowcy odkryli tajemnicę miniaturyzacji, co pozwoli zmniejszyć łódź podwodną Proteusz i jego ekipę medyczną do takich rozmiarów, żeby tętnicą główną dopłynąć mogli do mózgu i usunąć skrzep. Mają na to dokładnie sześćdziesiąt minut, bo po upływie tego czasu łódź i ekipa odzyskają poprzednią postać. Jak należy się spodziewać — nawet po tak skrótowym przedstawieniu akcji — Fantastyczna podróż dostała Oscara za scenografię oraz za efekty specjalne, zaś film rozpoczyna się od podziękowań dla lekarzy i naukowców, którzy służyli fachową radą podczas jego realizacji.

Nietypowy dla filmów szpiegowsko-sensacyjnych charakter misji sprawia, że i przeszkody na jej drodze przybierają nietypową postać. Oto kiedy łódź Proteusz wpływa do tętnicy głównej, by prostą skierować się w stronę skrzepu, porywa ją nieoczekiwany wir i przenosi do żyły głównej. Załoga musi nie tylko wybrać drogę okrężną, ale także przepłynąć przez bijące serce, które udaje się zatrzymać ledwie na minutę. Czekający na zewnątrz lekarze, śledzący kolejne etapy podróży Proteusza na planszy anatomicznej, nie mają wątpliwości. Skoro w ludzkich ciałach nie istnieją połączenia między systemem tętniczym i żylnym, w efekcie urazu musiał nie tylko powstać skrzep, lecz także przetoka. Tak niewielka, że niemożliwa do odkrycia przez aparaturę medyczną. W Fantastycznej podróży pytanie, które chcę teraz postawić, nikomu nie przyszło nawet do głowy. A przecież całkiem zasadnie można zapytać, co sprawiło, że pojawienie się przetoki uznano za efekt urazu, jeśli ówczesna aparatura nie dawała pewności, że tego typu przetoki w ogóle występują, a jeśli tak, to że powstają wyłącznie w efekcie urazu. Być może ich istnienie potwierdzą wkrótce jakieś doskonalsze instrumenty i trzeba będzie zmienić plansze anatomiczne?

Film Fleischera przekonująco, choć w nietypowy sposób pokazuje bliskie sąsiedztwo medycyny i polityki, o którym pisał Michel Foucault w Narodzinach kliniki (Foucault 1999). Ale nie tylko. Pod naciskiem wymogów sensacyjnej fabuły, która domaga się trudnych do przewidzenia zwrotów akcji, ujawnia także możliwość performatywnego spojrzenia na kwestię ciała i przeszkód na drodze jego poprawnego funkcjonowania, czyli chorób czy urazów. Także w ich przypadku mamy do czynienia z ustaleniami zależnymi zarówno od umożliwiających je narzędzi, jak od historycznej zmienności sposobów konceptualizacji naszego ciała jako pochodnych całej sieci innych systemów naukowych, politycznych i światopoglądowych. Nie tylko gruźlica dostarczyła nowych metafor do opisywania sytuacji człowieka w XIX wieku, zaś rak i AIDS w wieku następnym. Konceptualizacje gruźlicy, raka i AIDS jako konkretnych chorób, ich przyczyn, przebiegu i metod leczenia wiązały się przecież ściśle z całymi zespołami innych wyobrażeń właściwych dla każdej z tych epok.

Jak bardzo definicja choroby, przyjęte sposoby jej zapobiegania i leczenia ściśle zależą od obowiązującego modelu ludzkiego ciała, pokazuje Georges Vigarello, który w Historii zdrowia i choroby w porządku chronologicznym opisał najbardziej typowe praktyki sanitarne od średniowiecza do współczesności (zob. Vigarello 2011). Lektura tej książki przekonuje choćby o tym, że nie miała racji Sontag, kiedy podpowiadała, jakoby wyłącznie AIDS definiowano dla potrzeb badaczy i biurokracji medycznej. Kolejne przywołane przez Vigarella przykłady klarownie dowodzą, że diagnoza kliniczna łączy się ściśle tyleż z konkretnymi praktykami sanitarnymi, ile z konceptualizacjami ciała. Żeby się o tym przekonać, wystarczy porównać plansze anatomiczne z początku i połowy XVIII wieku. Na tych pierwszych Pierre Dionis przedstawił ciało ludzkie z rozmaitymi kieszeniami i zagłębieniami, w których gromadzą się płyny, tak zwane humory. Te drugie jakieś pięćdziesiąt lat później przygotował Denis Diderot jako ilustracje do Encyklopedii. Ciało składa się tu głównie z włókien i ich splotów, wyglądają tak nawet płuca. W połowie XVIII wieku, między innymi w efekcie odkrycia elektryczności, włókna stały się najmniejszą jednostką anatomiczną, to zaś zachęciło do zmiany praktyk sanitarnych. Od tej pory troska o ciało wiązała się z rezygnacją z gnuśnego trybu życia na rzecz hartowania włókien. Służyła temu choćby wynaleziona w 1775 roku przez Charles’a Robiqueau maszyna, rodzaj „mechanicznej karuzeli” dla nazbyt wątłych dzieci, która systematycznie potrząsając zawieszonymi w uprzęży ciałami, wzmacniała ich włókna. Ten rodzaj higieny zestawić łatwo z późniejszym o ponad sto lat prawdziwym „zarazkowym szaleństwem” w następstwie odkrycia mikrobów. Nie tylko spopularyzowało to wojskową terminologię na polu medycyny. Widzialność wroga zachęciła też do skrupulatnego przeliczenia jego szeregów, jak unaocznia to znakomicie jeden z przykładów przywołanych przez Vigarella za ówczesnym czasopismem „Revue d’hygiene”. Wkrótce po wojnie francusko-pruskiej podano tu nie bez czytelnych resentymentów wobec niedawnego przeciwnika liczbę bakterii na 1 cm2 podłogi w berlińskich wagonach z zachwycającą precyzją: w 4 klasie — 12 524, w 3 klasie — 5481, w 2 klasie — 4347, zaś w 1 klasie tylko 2583. Aż zatem korci, żeby zapytać złośliwie, jak wyglądałaby podobna statystyka w pociągach PKP, gdzie póki co liczy się jedynie widoczne gołym okiem insekty.

Lektura Historii zdrowia i choroby pozwala też jak na dłoni zobaczyć, jak zmieniały się wyobrażenia ciała ludzkiego, które w XVI wieku nadal przedstawiano w formie alchemicznego alembiku do destylacji humorów. Już wiek później zaczęło ono wszakże przypominać mechanizm do wciągania i wypychania, rodzaj pompy ssąco-tłoczącej, której przewody niekiedy zapychały się niczym fontanny w ogrodach Wersalu. Nic dziwnego, że jako remedium zalecano wtedy kontrolowanie niewidocznych płynów i usuwanie ich nadmiaru przez pocenie się lub puszczanie krwi. Zabiegi higieniczne tego typu zastąpiła w połowie XIX wieku bardziej znana nam dietetyka. Ciało zaczęto traktować jak rodzaj maszyny parowej, respektującej podstawowe i świeżo sformułowane prawa termodynamiki; maszyny, która winna skutecznie spalać odpowiednie pokarmy. Vigarello wspomina też o typowym dla współczesności zaufaniu do reakcji obronnych organizmu. Nie powinno to dziwić, gdyż idea systemu immunologicznego narodziła się wraz z odkryciem mikrobów oraz szczepionek jako sposobu mobilizacji ciała, wzmacniania jego odporności i wydolności. Niestety kwestiom praktyk sanitarnych w XX wieku autor Historii zdrowie i choroby poświęcił zaledwie 50 stron swojej ponad czterystustronnicowej książki. Tymczasem również współcześnie nie uległ zmianie performatywny charakter ciała i cielesności. Wystarczy przyjrzeć się bliżej temu, co często nazywa się ikoną kulturową XX wieku, a mianowicie podwójnej helisie DNA, współczesnej wersji wyroczni delfickiej, od której zależy ponoć tak nasze zdrowie, jak podatność na wszelkie choroby (Nelkin, Lindee 2004).

Kiedy w 2000 roku Francis Collins przedstawił wstępny szkic ludzkiego genotypu jako efekt prac powołanego kilka lat wcześniej Human Genome Project, wypowiedział znamienne słowa: „Udało się nam po raz pierwszy rzucić okiem w głąb książki z instrukcjami na temat naszej budowy, którą dotąd znał wyłącznie Bóg”. Wprawdzie badania nad genami muszki owocowej z grupy Drosophila zaczęły się już w pierwszej dekadzie XX wieku, lecz ich prawdziwy rozwój umożliwiły dopiero pojemne i szybkie komputery w latach 80. Odkrycie podwójnej helisy nie tylko miało gwarantować zdrowie i długowieczność człowieka za sprawą skutecznych manipulacji genetycznych, lecz także obiecywało ujawnienie samych podstaw porządku natury, ostatecznej zasady jedności życia. Biologia zaczęła przemawiać „ustami Boga”, ujawniając prawdziwe „ja” każdego człowieka i koleje jego losów, zaś relacje międzyludzkie zdominowała wizja dziedzictwa genetycznego i groźba przekazania tak zwanych złych genów potomstwu. Jak się wydawało, w genach tkwi ostateczne wyjaśnienie naszej kondycji — od raka, przez alkoholizm i homoseksualizm, po uzdolnienia matematyczne i skłonności do mijania się z prawdą. Nic lepiej tego nie pokazuje niż zestawienie dwóch wypowiedzi jednego z amerykańskich autorów z listy bestsellerów. W 1972 roku Leo Buscaglia nie miał wątpliwości, że miłość to „uwarunkowana kulturowo reakcja emocjonalna”. Dwadzieścia lat później zmienił zdanie. „Miłość z całą pewnością jest zapisana w genach” — powtarzał. Zadaniem naukowców stało się zatem odczytanie ludzkiego genomu i eliminacja z niego tego, co lekarze, psychologowie i socjologowie uznali za złe i niebezpieczne dla zdrowia fizycznego i psychicznego tak jednostki, jak społeczeństwa.

Dowodów na rozległy wpływ odkrycia DNA i powszechność przekonania o „nieśmiertelności” genów szukać daleko nie trzeba. Wystarczy pójść do kina na udostępniony niedawno w 3D film Stevena Spielberga Park jurajski. Powstał on w 1993 roku na podstawie wcześniejszej o trzy lata książki Michaela Crichtona pod tym samym tytułem, która w konwencji science fiction stawiała tezę o możliwej rekonstrukcji dinozaurów, jeśli tylko uda się odnaleźć ich DNA. Podwójną helisę uważano bowiem za typowy kod, który wystarczy rozszyfrować, by dało się bez przeszkód odczytać „księgę życia”. Metafora kodu i zapisu użytecznych informacji, którą wykorzystano do przedstawienia DNA, była dziedzictwem rozwoju biologii molekularnej w latach 60. pod wpływem ówczesnej cybernetyki i teorii informacji. Kombinacje trzech aminokwasów traktowano dosłownie jak kod, jak możliwą do odczytania sekwencję liter. Dziś klarowny obraz genów jako instrukcji dla określonych protein uległ znacznej komplikacji. Jak się bowiem okazało, geny nie działają w izolacji, lecz współdziałają ze sobą, czyli mogą się wzajem aktywować lub dezaktywować, wywoływać u siebie nawzajem różne i różnego stopnia modyfikacje. Tym samym obraz genotypu uległ radykalnej zmianie. Listę następujących po sobie konkretnych instrukcji dla określonych białek zastąpiło dziś wyobrażenie gęstej sieci interakcji i sprzężeń zwrotnych, przypominającej kłącze Deleuze’a i Guattariego. Utrudniło to znacznie — a może wręcz uniemożliwiło — ustalenie funkcji genów w izolacji. Co gorsza, DNA zawiera także elementy, które nie stanowią instrukcji dla protein, dlatego też traktowano je dotąd jako zbędny balast, pozostałość po trzech bilionach lat ewolucji. Jednak komórki zadają sobie wiele trudu, wydatkując kosztowną energię, żeby transkrybować ten „szum” na RNA, a naukowcy nadal nie wiedzą, z jakim procesem mają do czynienia. Coraz częściej mówi się też o możliwych i daleko idących zmianach fenotypu, które wcale nie potrzebują wiązać się z modyfikacjami genotypu danego organizmu.

Jak zatem widać, fabryka cielesności pracuje nadal, produkując coraz to nowe zasady rozumienia naszej cielesności. Podobnie jak ona choroby to hipostazy i konceptualizacje, zmienne historycznie wyobrażenia w sieci innych wyobrażeń i przedstawień, zależne od nich i reagujące na ich modyfikacje. Nawet jeśli zwykliśmy mówić, że odkrywamy ich przyczyny dzięki coraz doskonalszym narzędziom i instrumentom, niczym załoga Proteusza przetokę w filmie Fantastyczna podróż, to pozostają one naszym wynalazkiem czy wytworem, z istoty swoich narodzin są zatem performatywne.

LITERATURA

M. Foucault, Narodziny kliniki, przeł. P. Pieniążek, Warszawa 1999.

B. Latour, Ramsès est-il mort de la tuberculose?, „La Recherche. L’actualité des sciences” 1998, nr 307.

D. Nelkin, M.S. Lindee, The DNA Mystique. The Gene as a Cultural Icon, Ann Arbor 2004.

S. Sontag, Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory, przeł. J. Anders, Warszawa 1999.

G. Vigarello, Historia zdrowia i choroby. Praktyki sanitarne od średniowiecza do współczesności, przeł. M. Szymańska, Warszawa 2011.

MAŁGORZATA SUGIERA — profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Katedry Performatyki. Wykładała też na uniwersytetach niemieckich i francuskich. Jej zainteresowania naukowe obejmują europejski dramat XX wieku, problematykę genderqueer oraz zagadnienia performatywności kultury XIX/XX wieku. Zajmuje się tłumaczeniem prac naukowych z kilku języków. Tłumaczy także sztuki teatralne. Opublikowała dziesięć monografii, ostatnio z Mateuszem Borowskim W pułapce przeciwieństw. Ideologie tożsamości (2012). Współredaktorka monografii Fictional Realities / Real Fictions (Cambridge 2007), Worlds in Words. Storytelling in Contemporary Theatre and Playwriting (Cambridge 2010) oraz antologii polskiej myśli teatralnej XX wieku Theater spielen und denken (Suhrkamp 2008). Jest członkiem redakcji trzech serii wydawniczych: „Horyzonty Nowoczesności” (Wyd. Universitas), „Interpretacje” (Wyd. Księgarnia Akademicka) oraz „Dramat współczesny” (Wyd. Panga Pank).