Marek K.E. Baczewski | Mimo wszystko wyznanie miłości

Sztuka miłości nie zna magistrantów. To wcale nie znaczy, że nie ma szkół, w których człowiek mógłby nauczyć się kochać. Miłość w istocie rzeczy jest jedną wielką szkołą. Jak jednak nie uczyć się kochać na błędach?

Choćbyśmy się z całego serca odżegnywali od ambicji literackich, przynajmniej raz w życiu stajemy przed problemem wyboru estetyki wypowiedzi. Ten, kto układa w myśli wyznanie miłości, podejmuje decyzję w gruncie rzeczy artystyczną.

Jak powiadomić otoczenie o stanie naszego ducha, czyniąc to tak, żeby wyznanie nie wydało się otoczeniu ani zanadto profesjonalne, ani zbyt ekstensywne? I żeby człowiek nie wyszedł na propagatora kiczu?

Uczciwszy kolektyw redakcyjny „Opcji”: błaźnić to ja się mogę na gościnnych łamach. Tutaj w grę wchodzi materia egzystencjalna. Cóż jednak powiemy o poetyce wyznania miłosnego? Gdy wspomnę na pierwociny tej dziedziny mej twórczości literackiej, ogarnia mnie czarna rozpacz. Zaiste, lepiej już było uprawiać historię literatury.

Pamiętamy to arcydzieło postmodernizmu, ową szczytową postać ambiwalencji, ów majstersztyk miłosnej dyplomacji, owo nieskończenie złożone zdanie przywołane przez autora Imienia róży w glosie do tego poematu: „Jak powiedziałaby Liala, kocham cię rozpaczliwie”. Na ile jednak wymieniona enuncjacja powiadamia interlokutora/interlokutorkę o naturze naszej miłości? Tylko w pewnych granicach.

Uchylmy jednak rąbka tajemnicy. Liala to autorka włoskich romansideł, z których jedno, opublikowane jeszcze pod własnym (jednakowoż wyjątkowo antyliterackim!) nazwiskiem: Amalia Liana Cambiasi Negretti Odescalchi, natchnęło Gabriela D’Annunzia do ukucia aeronautycznego porównania — l’ala (skrzydło). Tak więc D’Annunzio stał się ojcem chrzestnym tej „najbardziej czytanej i popularnej włoskiej pisarki”, jak zaświadcza Francesca Gregoricchio w książce wydanej w Mediolanie w 1981 roku (a co zamieszczone zostało w cudzysłowie, stanowi przybliżony tytuł owej pracy). Istotnie, łączny nakład powieści Amalii Liany przekroczył dziesięć milionów egzemplarzy. Widzimy zatem, że Francesca Gregoricchio ma na względzie nie wertykalną, lecz horyzontalną koncepcję owego „czytania najbardziej”.

Nadmieńmy, że Liala stała się Lialą nie dla jakiejś szczególnej lekkości stylu, lecz z tego powodu, że osnuła intrygę swych nowel wokół kadry oficerskiej garnizonu sił powietrznych. A to już, proszę kochanego Czytelnika, cięższa sprawa.

Sam boski Gabriele fruwał z dziką rozkoszą — pisał wiersze, nudząc się za sterami blériota; jego największym wyczynem jest zbombardowanie nocnikami włoskiego parlamentu; zawartością, ma się rozumieć, owych nocników. Za to Liala obrzuciła czytelników fiołkami.

Skrzydlaty protofaszysta dał Amalii Lianie Cambiasi Negretti Odescalchi prawo do posługiwania się jego własnymi skrzydłami. Profesor semiologii z Bolonii, autorytet w swej dziedzinie, dał płodnej powieściopisarce delegację do składania zaległych wyznań miłosnych.

Pisma Liali stanowią przykład nieskończonego infantylizmu. Nie staną się one przedmiotem niniejszego namysłu. Chodzi tu o to, czy da się w sprawach miłosnych powiedzieć/napisać coś, czego by nie powiedziała/napisała Liala. Z ubożuchnych doświadczeń piszącego te słowa wynika, że obawy autora Imienia róży mają pewne uzasadnienie.

Kochamy jednak bezwarunkowo i lęk przed odrzuceniem jest tak wielki, że wolimy nie dopuszczać do siebie myśli, iżbyśmy mogli paść ofiarą manipulacji.

Gdyby na świecie nie było zaufania, nie istnieliby ci, którzy je łamią. To nie jest tak, jak uczy chrześcijaństwo, że u podłoża materialnego świata stoi założycielskie szalbierstwo. Wiara była wcześniejsza niż zdrada. Naiwność najczęściej bierze się stąd, że zbyt wielką ufność pokładamy we własnej przenikliwości.

W dzisiejszych czasach my, piszący i czytający nadal jakiekolwiek książki, mamy doprawdy komfortowe warunki, jako że przy literaturze z tzw. pretensjami (tj. mniej więcej artystycznej, wysokiej czy jak tam zwał) zostali już tylko, jak to mawiał staruszek Mann, pierwsi chrześcijanie. Wielka literatura, ona skazana jest na odrzucenie. Tamtym, miłującym, jeszcze się czasami udaje znaleźć naiwnych.

Czujemy, że mimo wszystko (pomimo zastosowania cudzysłowu) Umberto Eco podjął grę naznaczoną wielkim ryzykiem. Być może perypetie miłosne à la Liala chcemy przeżywać właśnie w uśpieniu — uśpieniu zwanym zaczytaniem — a z horyzontu realnej rzeczywistości wolelibyśmy je przepędzić. Powodzenie takiego wyznania zależy od tego, czy obydwie zainteresowane strony są wyposażone w taki sam potencjał ironii.

A więc erudycja jest sexy? A więc oczytani żyją dłużej? Bo nie muszą sobie nawzajem objaśniać, co rozumieją przez to, czego nie rozumieją? Bo zamiast iluzji mają aluzje?

Jak się rozmnożyć we współczesnym świecie? Jak zwiększyć nakład, nasz nakład, nie tracąc jednocześnie na kulturze?

Eco szukał szansy dla odnowienia poetyki wyznania miłosnego i znalazł ją w odwołaniu do wspólnoty kulturowej — locus communis.

Bywa jednak i tak, że autor nawiązuje w sposób otwarty do ogranych chwytów narracyjnych, by samemu uniknąć trywialności. Oto przykład takiej strategii:

„Wydał z siebie dźwięk, który niewybredni powieściopisarze oddają jako ‘Hm’”.

Cytat pochodzi z Rozpaczy Vladimira Nabokova (przeł. Leszek Engelking). Jakim więc rodzajem powieściopisarza jest narrator owej historii? Wybrednym czy też niewybrednym? Właśnie. W tym miejscu pies został pogrzebany i odprawiono nad jego doczesnymi szczątkami wszelkie stosowne egzekwie. Narrator jest tym i tym: dwuznaczność (ironia) tak zreferowanej sytuacji ukazuje się czytelnikowi utworu Nabokova w pełnym świetle i z niewątpliwą ostentacją.

Podwójny autor (bowiem narratorem powieści Rozpacz jest autor piszący powieść Rozpacz) zawiera z czytelnikiem umowę (precyzyjniej: przymruża oko): wiem, że oklepane sformułowania są oklepane, i kogoś, dla kogo nasza lektura nie oznacza rozbratu z czytelniczym dziewictwem, owo prostackie „Hm” może przyprawić o odruch wymiotny. Cudzysłów w zdaniu Eco ma służyć do nawiązania ironicznej — dwuznacznej — więzi z adresatem wyznania miłosnego, podwójny cudzysłów w zdaniu Nabokova nadaje przywołanemu banałowi rangę tajemnicy.

Owo przetarte w szwach „Hm” Nabokovowskiej postaci referuje wszak narrator, który sam okazuje się kiepskim powieściopisarzem, skończonym mitomanem, ponadto — wyjątkowo niespostrzegawczym rogaczem.

Przyjrzyjmy się z kolei wywodowi Eco:

„Postmodernistyczna odpowiedź na modernizm to uznanie, że przeszłość trzeba zrewidować, podchodząc do niej ironicznie i bez złudzeń — nie można jej bowiem unicestwić, gdyż to doprowadziłoby do zamilknięcia. O postawie postmodernistycznej myślę jak o postawie człowieka, który kocha jakąś nader wykształconą kobietę i wie, że nie może powiedzieć jej ‘kocham cię rozpaczliwie’, ponieważ wie, że ona wie (i że ona wie, że on wie), iż te słowa napisała już Liala. Jest jednak rozwiązanie. Może powiedzieć: ‘Jak powiedziałaby Liala, kocham cię rozpaczliwie’. W tym miejscu, uniknąwszy fałszywej niewinności, oznajmiwszy jasno, że nie można już mówić w sposób niewinny, powiedziałby jednak ukochanej to, co chciał jej powiedzieć: że ją kocha, ale że ją kocha w epoce utraconej niewinności. Jeśli kobieta zgodzi się na tę grę, będzie to dla niej mimo wszystko wyznanie miłości. Żadne z dwojga rozmówców nie będzie czuło się niewinne, oboje zaakceptowali wyzwanie przeszłości. Wyzwanie rzucone przez to, co zostało już powiedziane i czego nie da się wyeliminować; oboje uprawiać będą świadomie i z upodobaniem grę ironii… Ale też uda się im raz jeszcze mówić o miłości”.

(Zacytowałem, o czym zapewne wiecie, przekład Adama Szymanowskiego. Mój egzemplarz został wydany przez PIW w 1987 roku. Tyle już lat kocham tę książkę, a jeszcze jej tego nie powiedziałem!)

Przytoczony tekst zasługuje, jak sądzę, na przywilej polemiki. Nie chodzi mi o psychologiczne prawdopodobieństwo takiego wyznania, nacechowanego do szpiku kości (z którego to szpiku, o czym czytelnicy Paracelsa doskonale wiedzą, powstaje materia prima, czyli nasza poczciwa sperma) intertekstualnością.

Idzie w gruncie rzeczy o to samo, o co szło legendarnemu Lancelotowi — o to, by odzyskać utraconą niewinność. Miłość jest jednak uczuciem — co wynika z samej nazwy — amatorskim.

Nieco powyżej przytoczonego fragmentu autor Glosy oskarża o wyniszczające, antyhistoryczne i rebelianckie skłonności złowieszczą konfraternię modernistów. Lista obwinionych nie jest długa, niemniej domyślamy się, że ujawniono jedynie czubek góry lodowej: Marinetti, Apollinaire. Istnieje wszakże pacyfistyczny model uprawiania literatury (aczkolwiek skażony nieco duchem aleksandryjskości): jest nim mianowicie postmodernizm. Eco zwraca zatem uwagę na to, co w deklaracjach modernistów było naganne i co postawa postmodernistyczna może zreperować.

Jednoznaczne odrzucenie burzenia standardów tylko dlatego, że wymyślił je ktoś inny, okazuje się niewątpliwie jasną stroną takiej postawy. Kiedy kogoś kocham, wysyłam na przeszpiegi Lialę, może to ją, zamiast mnie, spotka zawód miłosny. Cytaty wysłałem w swaty.