Marek K.E. Baczewski | Raptus puellae albo o narodzinach Europy

Wróćmy na moment do szkolnej ławy. Co to znaczy: europejskie to, europejskie tamto? Ano chyba nic: Europa nie jest kontynentem. W sensie geograficznym jest ona cyplem, półwyspem Azji. Prawda, że wielkim: bije powierzchnią wszelkie inne półwyspy. Niemniej pod względem geologicznym bardziej obcą wobec Azji strukturę stanowi Dekan.
Skąd się wziął ten wirtualny podział — na Europę i Azję?
Gdyby nasza niewiedza miała skrzydła, byłaby chmarą szarańczy. Gdyby nasza niewiedza miała nogi, miałaby sto nóg. Herodot, grecki historyk z V wieku p.n.e., wyznaje, że interesował się tym tematem, że rozpytywał o genezę nazwy „Europa” i że nic nie wskórał.
Niemniej za czasów Herodota tym, co definiowało ową widmową granicę, był konflikt. Granica rozgorzała wpierw w umysłach, potem dopiero pojawiła się na mapach. Historykowi chodziło o bardzo konkretną rywalizację: Greków oraz Persów. Aby wyjaśnić podłoże tego konfliktu,
Herodot powołuje się na źródła perskie. Ludzie, wśród których obraca się ojciec historii, nawet ci najstarsi, którzy stanowią pamięć narodu: śpiewający eposy, znawcy dziejów — zatracili
wiedzę o genezie azjatyckiego sporu.
Dlaczego Herodot sięgnął do perskiej historiografii? Czyżby w Grecji nie mówiło się o początkach konfliktu? Czy może historyk chciał wysłuchać alternatywnej opinii?
Persowie uważają, że waśń między narodami rozpętali Fenicjanie. Zaczęli oni bowiem porywać kobiety. Pierwszą z porwanych była Io, córka króla Argos. Drugą fenicka królewna Europa, trzecią Helena, czwartą Medea. Czy więc owa porwana królewna dała nazwę kontynentowi? Herodot poważnie przemyśliwa nad taką możliwością: „[…] nie mogę odgadnąć, dlaczego ziemia, która przecież jest jedna, nosi trzy odmienne nazwy, pochodzące od imion kobiecych […]. Otóż Libia, jak mówi większość Hellenów, ma swoją nazwę od Libii, tubylczej niewiasty, Azja zaś od żony Prometeusza. […] O Europie zaś nie tylko żaden człowiek nie wie, czy jest wkoło oblana morzem, lecz także, skąd otrzymała swą nazwę; a i ten nie jest znany, kto jej nazwę nadał; chyba że przyjmiemy, iż ląd ten nazwano od Europy z Tyru: przedtem więc był bezimienny, podobnie jak inne części ziemi. Ale wiadomą jest rzeczą, że owa Europa pochodziła z Azji i wcale nie przybyła na ląd, który dziś Hellenowie zwą Europą; tylko z Fenicji dostała się na Kretę, a z Krety do Licji”. Z braku lepszych hipotez trzeba zapewne przyjąć taką. Cóż to więc za moment, w którym rozjechały się kontynenty? Europa wyjeżdża z Azji i przeprowadza się do… Europy. To metafora, ale zauważmy, że w niczym nie urąga ona naszej geograficznej wiedzy.
Przez krótki moment jedynie owo pęknięcie — rysa dzieląca kontynent eurazjatycki na dwie mentalne części — pokrywało się z granicą geograficzną. Wtedy gdy Dariusz nadciągnął ze swą wielką armią nad Hellespont i kazał biczować wzburzone fale.
Ale z jakiej to przyczyny grecki historyk tak obsłuchuje źródła perskie? Czemu tak zależy mu na poznaniu poglądów przeciwnika na temat podłoża tego konfliktu?
Czy nie szuka on perspektywy załagodzenia antagonizmu?
Herodot, skłonny do materialistycznej wizji dziejów ludzkich, nie wspomina o szerzej rozpowszechnionej wersji mitu — Zeus, pod postacią białego byka, miał zabrać Europę na Kretę. Tam spłodził z nią trzech sprawiedliwych synów: Minosa, Sarpedona i Radamantysa. Spłodził w
lubych, sądzę, igraszkach. Tę odmianę podaje Pauzaniasz Periegeta. Byłby to więc klasyczny raptus puellae — porwanie (dosł. gwałt na) dziewicy.
Czy Grecy mieli poczucie niestosowności swego zachowania wobec królewny Europy? Że aż zaangażowali w ten interes swego boga Zeusa? Czy szukali dla swych nieprawości nadprzyrodzonej kontrasygnaty?
Czyżby Herodot nie znał tej odmiany mitu? Jest to wysoce prawdopodobne.
W miejsce naturalnego rozumienia przyczyn konfliktów (wojny były, są i będą) Herodot podstawia prawo psychologiczne: „kto zaczął?”. Kto pierwszy? Czy Kain dał po nosie Ablowi? Czy to może Abel podprowadził koledze kredkę z piórnika? Tu, w ludzkim świecie rzeczy mają swój początek. Mają również swój koniec. W naszej mocy jest ów koniec przyspieszyć. Być może udałoby się zwrócić Fenicjanom królewnę Europę. Albo przynajmniej jakiś jej substytut. Dostać z powrotem Helenę. Oddać Medeę, wziąć za nią Io.
Herodot nie jest zwolennikiem determinizmu historycznego. Nie jest licencjonowanym prorokiem w stylu tych z RAND Corporation — to wieszczących jakiś koniec historii, to znowu jakieś zderzenie cywilizacji. Wojny mają swój początek — powie ojciec historii — mają też swój koniec. Tylko sprawy boskie są bezkresne. Ludzie mają początek i kres.
Krezus jako pierwszy z Hellenów wystąpił przeciw Persom. Później zaś, już pokonany i zniszczony, takimi słowy analizuje swą sytuację (odpowiadając na pytanie Cyrusa o przyczynę, dla której wyruszył na jego kraj i wszczął wojnę z Persją): „[…] uczyniłem to na twoje szczęście, a moje nieszczęście. Winę zaś tego ponosi bóg Hellenów, który pobudził mię do tej wyprawy. Nikt przecie nie jest tak nierozumny, żeby wybierał wojnę zamiast pokoju: bo w pokoju synowie grzebią swych ojców, w wojnie — ojcowie swych synów”.
Helleni toczą ze sobą wojny — trudno o bardziej swarliwy naród. Historyk widzi w tym pewien czynnik pozytywny. Zwycięstwa wynoszą sprawiedliwych; w bitwach bogowie karcą nazbyt dumne plemiona.
„Wojny regulują ludzki los podług wyroków przeznaczenia”. Dziwny jest zaiste ten sposób porządkowania ludzkich losów. Uwagę jońskiego historyka można odczytać w kontekście stosunków międzypaństwowych. Są takie modele politycznego współżycia, które pozostają w zgodzie z przeznaczeniem, i takie, które przeznaczenie uznaje za chybione, niewłaściwe, mijające się z celem. A wtedy bogowie uderzają zbrojnie. Jaki więc model politycznej koegzystencji ma tę właściwość, że podoba się przeznaczeniu? Greccy bogowie nie znoszą po prostu narodów wybranych. Przeznaczenie ceni sobie różnorodność.
Gdy organizm państwowy rośnie w siłę, tworząc imperium nieznające lęku przed bogami i ludźmi, ów samoregulujący się mechanizm losu — czynnik sprawiedliwości — przestaje działać należycie. Mieszkańcy imperium wbijają się w pychę i chcieliby działać wbrew wskazówkom
wyroczni.
Jaki więc czynnik wysuwa się na pierwsze miejsce jako przyczyna wojen? Czy są to różnice w ludzkich obyczajach? Herodot wzywa do tolerancji: „[…] gdyby wszystkim ludziom zaproponowano, żeby ze wszystkich zwyczajów wybrali sobie najlepsze, wówczas wszyscy po dokładnym zbadaniu wybraliby własne; do tego stopnia jest każdy przekonany, że jego zwyczaje bezspornie są najlepsze. Dlatego nie jest prawdopodobne, żeby inny człowiek niż szaleniec kpił sobie z
takich rzeczy”.
Kambyzes, syn Cyrusa Wielkiego, wyrusza na podbój Egiptu. Eskapada perskiego króla daje Herodotowi pretekst do obszernej wycieczki krajoznawczej. Skąd na świecie tyle różnych krain? Różnorodność to bogactwo. Handel zagraniczny pobudza rozwój Hellady; przyjezdni bogowie wzbogacają jej panteon. Z Egiptu przywieziono geometrię. Stamtąd pochodzą również tarcza i hełm. Zegar słoneczny i podział dnia na dwanaście godzin przyszły z Babilonu. Libijczycy dali głośne okrzyki podczas składania ofiar. Fenicjanie podzielili się z Helleńczykami swymi literami. Scytowie wynaleźli najmądrzejszą i najważniejszą z ludzkich spraw: ktokolwiek wejdzie do ich krajów, nie wychodzi stamtąd żywy.
Pierwsze przykazanie: nie potępiać. Herodot: „[…] gdyby wszyscy ludzie własne przestępstwa zgromadzili na jeden stos, aby zamienić się z sąsiadami, to każdy z nich, wglądnąwszy bliżej w przestępstwa swych sąsiadów, chętnie z powrotem zabrałby te, które sam przyniósł”.
Na ile było go stać na taki akt autorskiej samoświadomości, żeby ogłosić: napisałem tę książkę po to, by zyskać wśród przyszłych pokoleń miano Ojca Historiografii? Sądzę, że nawet się nie zastanawiał, kim będzie. Herodot zostawił po sobie przedziwny dokument: pierwsze świadectwo myślenia w kategoriach pacyfizmu, dzieło dające wyraz przekonaniu, że wojny nie są córkami przeznaczenia, lecz niewłaściwego rozpoznania jego mądrych wyroków. Otóż właśnie ten wątek refleksji historycznej nie jest kontynuowany. Dziejopisarze stanowczo wolą czcić narodowe
błędy.