Marek Lyszczyna | (Nie)moralne safari („Safari”, reż. Ulrich Seidl)

Ulrich Seidl bez wątpienia należy do grona najciekawszych, a zarazem najodważniejszych współczesnych twórców. Austriacki reżyser prowokuje do myślenia w sposób niezwykle intensywny, a zachodnie społeczeństwo krytykuje w sposób niezwykle bolesny. Jego odwaga przejawia się nie w przekraczaniu kolejnych granic czy epatowaniu szokującą wizualnością na ekranie, ale w odzieraniu ze złudzeń naszych wyobrażeń o nas samych, łącznie z tymi, które dotyczą sfer tabu. Seidl nie ocenia, nie moralizuje; naga prawda pokazanego na ekranie zdarzenia wystarcza zarazem za najmocniejszy komentarz.

Tak było, odkąd pamiętam, odkąd pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością ponad dziesięć lat temu, gdy premierę miał „Import/Export”. Film ten zarysowywał główne tematy, które Seidla nurtują do dziś; kondycja (nie tylko moralna, ale także fizyczna) Europy Zachodniej, kontrasty i położenie tych, którzy do tego świata nie przynależą. Austriacki reżyser krytykuje jednak w stylu godnym Wiednia złotej epoki Herberta von Karajana. W jego filmach nie ma śladu pseudointelektualnego moralizowania typowego dla części środowisk lewicowych. Seidl pokazuje patologie, ale ich nie ocenia, pozostawiając wyciągnięcie wniosków inteligencji widza. „Import/Export” ukazuje dwie historie młodych ludzi: ukraińskiej pielęgniarki, która emigruje zarobkowo do Wiednia, oraz młodego Austriaka, który wraz  z ojcem prowadzi szemrane interesy na Ukrainie. Ukrainka kończy w seks-biznesie, Austriak przeżywa swego rodzaju katharsis. Sceną jak w soczewce ogniskującą filmowy świat Ulricha Seidla jest moment, w którym bohaterka filmu zatrudnia się jako sprzątaczka w domu bogatych Austriaków. Tam za zadanie ma między innymi czyszczenie wypchanych trofeów, nie ma jednak know-how. W świecie ogromnego, postradzieckiego i postapokaliptycznego ukraińskiego blokowiska, z którego pochodzi, to nawet nie fanaberia. To jak inna czasoprzestrzeń. Dziewczyna zostaje szybko skarcona i pouczona, jakimi środkami ma czyścić futro wypchanego zwierzaka, jaką szmatką oczy, jaką szczoteczką zęby. Czyż może być bardziej wymowna scena?

Swoje poglądy Seidl konsekwentnie przedstawiał w świetnej, słynnej trylogii zatytułowanej „Raj”. W trzech obrazach reżyser ukazał trzy wymiary tragedii: starszych kobiet korzystających z afrykańskiej seks-turystyki, młodej dziewczyny nieakceptującej siebie i swojej cielesności oraz kobiety opętanej manią religijną. Filmy, których podtytuły to „Wiara”, „Nadzieja”, „Miłość”, składają się nie tyle na obraz antywartości, co raczej na nagi obraz tego, co z pewnymi wartościami Europejczycy zrobili.

Nie inaczej rzecz ma się z najnowszym obrazem Seidla – „Safari”. Reżyser zabiera nas w dokumentalną podróż, przedstawiając hobby bogatych Austriaków. Bogatych, gdyż koszt zabicia dla przyjemności jednego z afrykańskich zwierząt waha się od kilkuset do kilku tysięcy euro. Polowania są legalne, a reżyser nie próbuje nachalnie nikogo umoralniać. Ba, nawet jeden z jego bohaterów przez tą zimną neutralność czuje się w obowiązku wyłożyć swoje racje.

Polowanie ukazane w „Safari” zostało odarte z wszelkiego etosu. Nie świadczy o żadnych umiejętnościach, myśliwi strzelają ze statywów, z broni dużego kalibru, używając doskonałych lunet optycznych. Trudno uwierzyć, że czasem można nie trafić celu. Z tym wiąże się także określona ideologia. Myśliwi twierdzą, że zabijają jednym strzałem, tak zwanym czystym strzałem, aby zwierzę się nie męczyło. Efekty widzimy na ekranie. Myśliwi przedstawieni w filmie nie stanowią homogenicznej grupy, jedni są młodzi, wysportowani i elokwentni, inni starzy, niektórzy niezbyt sprawni fizycznie i intelektualnie. Kobiety i mężczyźni. Może szokować pojawienie się młodej dziewczyny, drżącej z podniecenia na myśl o zbliżającym się akcie śmierci, którą będzie mogła zadać.

Polowanie to dla nich Disneyland – nie uczestniczą w dalszym procesie, nie preparują skór, nie czyszczą martwych zwierząt z wnętrzności (scena z preparowaniem żyrafy). Te „brudne” czynności są zarezerwowane dla miejscowych. Tu ujawnia się druga warstwa filmu Seidla, krytyka stosunku jednej kultury wobec drugiej. Znowu jednak daleko jej do wydumanych teorii postkolonialnych, to raczej próżność lepiej sytuowanych ekonomicznie jednostek nad innymi. Jedni mogą marnować dużo pieniędzy na tak bezproduktywny akt jak mordowanie i wypychanie zwierząt, inni muszą z głodu objadać kości zabitych zwierząt. Nie ma tu oczywiście wnikania w przyczynę takiego stanu rzeczy, nie ma głębszej analizy, ale też nie taki był cel reżysera; on jest tylko chłodnym kronikarzem naszych czasów, nie rości sobie pretensji do ocen etycznych. Jedyne przesłanie moralne wynika z pytania, które zadajemy sobie po projekcji, a którego niestety nie zadają sobie do końca pewni siebie bohaterowie. Pytanie o to, co robimy ze swoim życiem.

Całe dotychczasowe kino Ulricha Seidla jest właśnie takie – nie oceniające, nie moralizujące w sposób bezpośredni. Wnioski moralne płyną nie tyle z prostych odpowiedzi, ile z odwagi zadawania trudnych pytań. Zarazem jest to kino niezwykle prowokujące, pozostawiające wiele znaków zapytania, wiele wątpliwości. Twórczość Seidla to bez wątpienia kino autorskie, mocne, z wyraźnym, aczkolwiek absolutnie nienachalnym  moralnym przesłaniem. Seidl zabiera swoich widzów na safari, ale celem nie są żywe zwierzęta, tylko nasze wartości, nasze przekonania, nasze ideały i przyzwyczajenia, nasz styl życia. Z każdego filmowego safari jak dotąd reżyser przywozi zawsze bardzo okazałe trofea.

 „Safari”. Reż. Ulrich Seidl. Austria 2016.


Marek Lyszczyna – absolwent MISH Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Organizacji Produkcji Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Stypendysta na Université IV Sorbonne w Paryżu oraz Sociéte Historique et Littetaire Polonaise. Doktorant na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Kierownik Działu Naukowo-Oświatowego Muzeum Historii Katowic, wcześniej zawodowo związany z produkcją telewizyjną. Współpracownik redakcji m.in. miesięcznika „Śląsk” oraz portalu „ArtPapier”. Autor wystawy „Paweł Steller – artysta deportowany” w Oddziale Grafiki im. Pawła Stellera oraz „Katowice – muzyczna metropolia”.

Dodaj komentarz