Marek Lyszczyna | Rehabilitacja Dunkierki („Dunkierka”, reż. Christopher Nolan)

Dunkierka. Piekło na ziemi dla czterystu tysięcy alianckich żołnierzy. Raj – ulga wybawienia dla trzech czwartych z nich. Dunkierka – symbol bohaterstwa, dzięki któremu w ogniu wojennej zawieruchy ocalono wiele ludzkich istnień. Także dzięki poświęceniu zwykłych ludzi. Wreszcie Dunkierka – nudne miasto z czerwonej cegły, po którego pustych ulicach hula wiatr.

Z tym wszystkim zachodniemu światu kojarzyła się przed filmem Christophera Nolana. Filmem oszczędnym, mocnym, wyważonym, konkretnym, pięknym. Już od pierwszej sceny widz spotka się z rzadką dzisiaj, niezwykle uporządkowaną narracją filmową. A także z bardzo oszczędnymi efektami specjalnymi – Nolan wie, że to nie one kierują uwagą widza przez ponad półtorej godziny. Kieruje nią (od początków kina) opowiadana historią. A ta jest w „Dunkierce” podzielona na trzy części: molo (plaża), morze i powietrze.

Na molu widzimy tysiące żołnierzy karnie stojących w szeregu i w beznadziei oczekujących ratunku. Pod jedno jedyne molo podpływają brytyjskie i francuskie statki ratunkowe, niemiłosiernie atakowane przez wrogów (Luftwaffe wraz z Kriegsmarine zatopiło wówczas ponad dwieście brytyjskich i francuskich jednostek). Gdzie indziej poziom wody (odpływ) nie pozwala na zacumowanie większej jednostki, żołnierze nie mają wystarczającej ilości łódek, aby wypłynąć nimi na pełne morze.

W odpowiedzi na to z brzegów Wielkiej Brytanii ruszają właściciele małych jachtów, kutrów i łodzi, aby w pospolitym ruszeniu ratować żołnierzy. Zwykli ludzie nie mają widać dylematów, czy należy pomagać innym w czasie wojny. To także ważne przesłanie tego filmu.

W tle trwają działania lotników – dni chwały Dywizjonu 303 dopiero nadejdą, widzimy zatem zmagania pilotów RAF-u, którzy latają Spitfire’ami, z niemieckimi myśliwcami i bombowcami. Na wielką uwagę zasługują sceny walk w powietrzu – znowu, podobnie jak cały film – niesamowicie oszczędne, a przez to bardzo efektowne. Nolan buduje atmosferę poprzez rozwój akcji, poprzez nieustające balansowanie na krawędzi (starczy paliwa czy nie starczy?), ciągłe zagęszczanie atmosfery. Ratunek wydaje się już być blisko, jednak w przypadku realistycznego kina Nolana to wrażenie okazuje się złudne. Wszak życie nie jest takie proste jak film.

Na uwagę zasługuje także gra aktorska. Na ekranie – poza kilkoma wyjątkami – widzimy aktorów młodych, nieopatrzonych jeszcze widzom na ekranach kin. Genialną grę zaprezentował znany z serialu „Peaky Blinders”, bardzo przekonujący Cillian Murphy – jako jeden z wyłowionych z morza pilotów, znajdujący się w stanie szoku. Udowodnił, że potrafi się doskonale odnaleźć także w roli zupełnie innej postaci niż ta, którą kreował w serialu o klanie z Birmingham.

Wszystkie te elementy składają się na film bardzo mocny, konkretny, a przede wszystkim trzymający w napięciu. Ten ostatni element wzmacnia muzyka autorstwa Hansa Zimmera. Za sprawą jego muzyki Nolanowi udało się uzyskać coś na kształt montażu pionowego Siergieja Eisensteina – obraz i dźwięk wydają się punktami na tej samej fali. Muzyka Zimmera jest do tego stopnia integralną częścią filmu, że znaczenie ma także moment, w którym cichnie.

„Dunkierkę” należy rozumieć jako głos Nolana w kwestii tego, jak należy robić kino historyczne. Nie jest to głos, który wzywałby (nawet kosztem historycznej prawdy) do rozliczeń czy resentymentów. Nolan nie opowiada się także za opcją mitologizacji historii, której niewątpliwie służą zwykle mocne efekty specjalne. Reżyser wydaje się stawać po stronie prostego ukazania historii w formie nie tyle filmu akcji, ile – chciałoby się rzec – domniemanego filmu psychologicznego. Taka intymna, personalna perspektywa obrana już od pierwszej sceny wiąże percepcje widza do ostatniej sekundy. Duże znaczenie mają tutaj także zdjęcia – szerokie kadry, niezwykle przemyślane i uporządkowane.

 

Warto zatem spojrzeć na film Nolana w takim właśnie kontekście: przewartościowania kina wojennego i powszechnych w nim narracji. Refleksyjność filmu nie wyklucza szybkiego tempa akcji, brak efektów specjalnych nie oznacza niedoboru widowiskowych scen (zestrzelone samoloty naprawdę spadały do wody podczas kręcenia zdjęć). Oczywiście jest to kierunek bardziej ambitny, ale godne uwagi wydaje się pytanie, czy taka formuła kina wojennego ma przed sobą przyszłość. W moim przekonaniu odpowiedzieć należy twierdząco. Aby w taki sposób jak Nolan opowiadać wojenne historie, trzeba na nie spojrzeć z pewnego dystansu. Twórcy należący do pokoleń, które przeszły piekło wojny osobiście lub znały je z bezpośrednich opowiadań, nieraz uciekali (co zrozumiałe) w przesadną gwałtowność lub, dla odreagowania, popadali w komediowe narracje. Tymczasem tematów, które należy przepracować w tak dojrzały, pełny sposób, artystyczne kino posiada niewyczerpany rezerwuar.

Christopher Nolan zrehabilitował Dunkierkę – teraz słowo to nie oznacza już tylko miejsca hekatomby z czasów drugiej wojny światowej, symbolu porażki a zarazem bohaterstwa aliantów, nie oznacza pustego i nudnego miasta na północy Francji. Oznacza jeden z ciekawszych filmów ostatnich lat, jeden z ważniejszych w karierze reżysera, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

„Dunkierka”. Reż. Christopher Nolan. Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania 2017.


 Marek Lyszczyna – absolwent MISH Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Organizacji Produkcji Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Stypendysta na Université IV Sorbonne w Paryżu oraz Sociéte Historique et Littetaire Polonaise. Doktorant na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Kierownik Działu Naukowo-Oświatowego Muzeum Historii Katowic, wcześniej zawodowo związany z produkcją telewizyjną. Współpracownik redakcji m.in. miesięcznika „Śląsk” oraz portalu „ArtPapier”. Autor wystawy „Paweł Steller – artysta deportowany” w Oddziale Grafiki im. Pawła Stellera oraz „Katowice – muzyczna metropolia”.

Dodaj komentarz