Marek Lyszczyna | „Wołyń”, czyli stracona szansa (reż. W. Smarzowski)

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego z wielu powodów mógł stać się filmem przełomowym dla współczesnego polskiego kina; z wielu (nieraz podobnych) powodów wcale takiej szansy nie miał. Realizowany przez reżysera z doświadczeniem, z własną wizją, z niezależnością i udowodnionym wielokrotnie krytycyzmem wobec polskiej mitologii mógł uwolnić polskie kino od doraźnej publicystyki, wpisywania dzieła sztuki, jakim jest film, w bieżący spór polityczny, także ten toczący się na arenie międzynarodowej. Z tego samego jednak powodu przez wyrazistość reżysera i śmiałe zajmowanie przez niego moralnych postaw „Wołyń” takim filmem nie mógł się stać. Nie mógł zostać polskim „Łowcą jeleni” ani „Czasem apokalipsy”. Nie mógł dlatego, że od samego początku jasne było, iż nie będzie oceniany w kategoriach filmowych, ale właśnie politycznych.

Od premiery pojawiały się komentarze, barwne tak jak całe spektrum politycznych postaw: od zachwytu nad ukazaniem wreszcie „bez owijania w bawełnę” ludobójstwa na polskim narodzie, po głosy oburzenia, że obecna sytuacja (wojna Ukrainy z Rosją) to najbardziej fatalny czas na taki film. Mało kto wspomina, że produkcja filmu rozpoczęła się rok przed wydarzeniami na Majdanie, dwa lata przed aneksją Krymu, trzy lata po eskalacji konfliktu we wschodniej Ukrainie. Ważniejszy okazuje się jednak dzień dzisiejszy, a jedynym kontekstem to, co dzieje się tu i teraz. Rzeczywistość polityczna ma jednak to do siebie, że w dobie masowych mediów zmienia się szybciej niż newsy w internetowych portalach, nie jest zatem dobrą perspektywą do dyskusji o kinie, zwłaszcza kinie z ambicjami, a do takiego zaliczam filmy Wojtka Smarzowskiego.

Warto spojrzeć na „Wołyń” nie tyle jako na komentarz do bieżących wydarzeń, motywowany aktualnymi sympatiami czy antypatiami, ile jako na artystyczne dzieło filmowe, które owszem, dotyka spraw ważnych i trudnych, ale jedynie jako pretekstów do uniwersalnej refleksji. W takiej perspektywie odczytujemy przecież „Czas apokalipsy” – widzimy w nim uniwersalną opowieść o ludzkiej naturze, a nie film historyczny o wojnie w Wietnamie. Niestety, w Polsce „Wołyń” przez wiele środowisk zostanie odebrany niemalże jako autentyczne źródło historyczne. Szkoły na film pójdą, ale mądrej dyskusji o trudnej historii już raczej nie uświadczą, gdyż w podstawie programowej jej zwyczajnie nie ma, a przeciętny widz (także dorosły) na mapie Wołynia nawet nie wskaże.

Tymczasem „Wołyń” to bardzo sprawnie z filmowego punktu widzenia opowiedziana historia trudnych stosunków panujących w tym największym w II Rzeczpospolitej województwie.  Historia dotycząca uczuć uniwersalnych – miłości, nienawiści, strachu, walki o przeżycie. Historia mrocznego fatum, które zawisło w danym czasie nad daną społecznością i za które trudno wskazać jednoznacznie odpowiedzialnych ludzi. Film niuansuje te kwestie, jednak większość jego interpretacji jest pozbawiona subtelności. Weźmy choćby kwestię religii i instytucjonalnych kościołów. „Wołyń” pokazuje różne postawy – od koncyliacyjnie nastawionych duchownych, po skrajnych nacjonalistów, którzy podburzają do masowych mordów. Scena z poświęceniem kos w cerkwi zapada w pamięć. Kosy poświęcone na żniwa, niekoniecznie te związane ze zbożami.

Symbolicznych scen w tej produkcji jest więcej – na początku filmu widzimy Ukraińców podburzanych przez jednego z przyjezdnych na Wołyń ukraińskich nacjonalistów. Po jego przemowie na temat złego traktowania miejscowej ludności przez Polaków kamera zatrzymuje się na płonącym w ciemności ognisku. Odrobinę dłużej niż wynikałoby z klasycznej filmowej narracji. Podobnie jeden z polskich bohaterów filmu – Maciej, zostaje sportretowany ze studnią w tle, której wysięgnik układa się niczym ramię szubienicy.

Te i tym podobne zabiegi nie służą konstruowaniu propagandowych narracji, w których wielu chciałoby dzisiaj „Wołyń” odczytywać. Służą raczej próbie stworzenia uniwersalnego dyskursu o ludzkiej naturze, o ludzkich wyborach, o trudnej historii, która kształtuje ludzkie postawy. I tak też pewnie planował swój film Smarzowski, wiedząc zarazem, że to się nie uda. Z premedytacją zrobił film, który praktycznie tak jak jego wszystkie poprzednie obrazy jest miażdżącą krytyką ludzkiej mentalności. Smarzowski na przykładzie tragicznego, dokonanego przez część ludności ukraińskiej ludobójstwa na Polakach ukazuje, do czego prowadzi nacjonalizm. Nie ukraiński, ale każdy.

Czy zatem reżyserowi, jak wielokrotnie deklarował, udało się pobudzić nasze sumienia? Sądzę, że niespecjalnie. „Drogówkę”, „Pod mocnym aniołem” czy nawet „Wesele” większość widzów i tak odebrała jako dobrą zabawę, nie dostrzegając wcale, że to filmy o nas samych. Z „Wołyniem” będzie podobnie, ten film nie stanie się polskim „Łowcą jeleni” ani „Czasem apokalipsy”. Nie wynosi polskiego kina z poziomu doraźnych odczytań na poziom dyskusji o artystycznych wartościach. Nie wynosi, bo nawet nie ma takiej szansy. Nie z powodu swoich wad czy słabości, ale z powodu czasów, w których powstał. I nie mam wcale na myśli wojny Rosji z Ukrainą.


 

„Wołyń”. Reż. W. Smarzowski. Polska 2016.

Dodaj komentarz