Marta Bryś | 50. edycja Festiwalu Kontrapunkt w Szczecinie

Tegorocznej — jubileuszowej — edycji „Kontrapunktu” towarzyszyła konferencja przygotowana przez prof. Dariusza Kosińskiego, poświęcona festiwalom teatralnym. W gronie zaproszonych gości znaleźli się zarówno organizatorzy festiwali, jak i ich komentatorzy. Zderzenie tych dwóch perspektyw odsłoniło różne napięcia, związane z nie zawsze jasnym przekazem wysyłanym przez organizatorów: nielogiczny układ spektakli, enigmatyczna narracja festiwalu, niejasna myśl przewodnia etc. Wieczorne panele dyskusyjne koncentrowały się natomiast na kwestiach związanych z finansowaniem festiwali. Europejski boom festiwalowy w drugiej połowie XX wieku związany był z doświadczeniem wojny i stanowił próbę odbudowania poczucia wspólnoty i wypracowania mechanizmów promujących udział w życiu publicznym. Na szczecińskiej konferencji wielokrotnie powracała zaś kategoria „festiwalozy” — choroby, która toczy polskie życie kulturalne, a polega na nadmiarze festiwali i „drastycznym” poszerzeniu ich definicji (przykładem chociażby krakowskie festiwale zupy i pierogów). I choć wydaje się, że teza ta jest zbyt ogólna (w niektórych miastach festiwal to dla mieszkańców jedyna szansa na kontakt z dziełami znanymi i ambitnymi), to sprowokowała ona liczne dyskusje na temat charakteru, dramaturgii i sensu organizowania festiwali w Polsce.

Kontrapunkt to festiwal teatru „małej formy” ze specyficzną strukturą — obok konkursu, który wieńczy przyznanie kilku nagród przez międzynarodowe jury i publiczność, znajdują się tzw. pokazy mistrzowskie, prezentacje spektakli lokalnych teatrów, a w tym roku program uzupełniła jeszcze uliczna parada Firebirds Theater Titanick. Szczególną atrakcją Kontrapunktu jest dzień, w którym widzowie oglądają w Berlinie wybrane spektakle z polskimi napisami, tym razem były to Die Schönheit von Ost-Berlin (Piękno Berlina Wschodniego) w reżyserii Bastiana Kreffta w Deutsches Theater oraz najnowsza premiera Renégo Pollescha Von einem der auszog, weil er sich die Miete nicht mehr leisten konnte (O jednym takim, co się wyprowadził, bo już nie było go stać na czynsz) w Volksbühne. Wśród zaproszonych spektakli znalazły się dzieła uznane i szeroko komentowane, takie jak The HIDEOUT/Kryjówka Pawła Passiniego, Szapocznikow. Stan nieważkości/No Gravity Barbary Wysockiej czy Koncert życzeń Felice Ross, ale też drezdeński Caspar David Friedrich czy eksperymentujący z przestrzenią Distant Voices. Grand Prix, którą w drodze głosowania przyznają widzowie, przypadła spektaklowi Pawła Passiniego, natomiast międzynarodowe jury nagrodziło belgijski Mystery Magnet w reżyserii Miet Warlop.

Spektakl Warlop to opowieść o sztuce, iluzji i deziluzji, zaprezentowana w brawurowy sposób, z wykorzystaniem gadżetów rodem z nieograniczonej dziecięcej wyobraźni. Podczas nocnego dyżuru w muzeum ochroniarzowi ukazują się dziwaczne postaci — pary ogromnych nóg czy ludzie z wielkimi różnokolorowymi perukami, z których leje się farba i którymi uderzają o białą ścianę, zostawiając na niej quasi-pollockowskie ślady. Zabawa Miet Warlop stopniowo ogarnia całą przestrzeń, chwilami wydaje się też podszyta przemocą — postaci w perukach przebijają głowami ścianę (za każdym ruchem sypie się za nimi kolorowy „tynk”), podłogę zamiast krwi zalewają kolorowe płyny, zza ściany wypadają na proscenium różnobarwne spinki, które wbijają się w podłogę obok ochroniarza, jedna z postaci zostaje przybita do ściany. Warlop prowadzi też grę z percepcją widza — na przykład kiedy kobieta w długiej sukni siada na plecach pochylonego mężczyzny — on ma odsłonięte nogi, buty na obcasach i pas, do którego przyczepiony jest długi ogon; wspólnie tworzą figurę kobiety siedzącej na koniu. Złudzenie jest tym silniejsze, że obraz powstaje na oczach widza, jakby Warlop chciała w subtelny i niezobowiązujący sposób odsłonić strategię „tworzenia”, kreowania iluzji przez artystów. Absurdalne poczucie humoru łączy się tutaj z głębszymi diagnozami dotyczącymi sztuki współczesnej.

René Pollesch wraz z Dirkiem von Lowtzowem stworzył porywającą operę, w której aktorzy z zapałem dyskutują o dyskursie, w którym można ująć doświadczenie pożądania, rozwarstwienie ekonomiczne, znaczenie realnego i nierealnego. Pollesch tak żongluje filozoficznymi konceptami, że widzowi chwilami trudno za nimi nadążyć. Drwi z niekończących się sporów „gadających głów”. Długie sceny dialogów przerywane są muzyką wykonywaną przez aktorów wraz z grającą na żywo ogromną orkiestrą. Okrągła scena otoczona jest błyszczącym czarnym materiałem, na środku znajduje się ogromna kałuża, a na linie zwisa olbrzymi drewniany rekin, we wnętrzu którego rozgrywa się spora część akcji spektaklu, wyświetlana na ekranie. Aktorzy (Franz Beil, Lilith Stangenberg, Martin Wuttke) doskonale balansują między ironicznym poczuciem humoru Pollescha (Wuttke przebrany w strój żaby, bawiący się klejącą mazią, która wypłynęła z paszczy rekina), momentami wzniosłości (w pewnym momencie na scenę wbiega gromadka dzieci, które wraz z aktorką śpiewają piosenkę), a nawet scenicznej naiwności (kiedy Beil zostaje przyczepiony do linii i jest unoszony nad sceną, jakby „pływał” wraz z rybą w powietrzu). Doskonałym uzupełnieniem narracji są piosenki, a ich absurdalna treść, zderzona z powagą wykonania, na długo pozostaje w pamięci (Ciebie trzymam się / Jak farba / Na ścianie / Jak nalepka / Na chrzanie / Ciebie trzymam się / Jak tłusty kleszcz / Na chudym psie).

Doceniony przez jury spektakl Distant voices to eksperyment z przestrzenią i formą. Spektakl odbył się w opuszczonej galerii handlowej, w której zostały tylko puste ściany, betonowa podłoga i jarzeniówki. Kilkoro aktorów gra, wykorzystując sporych rozmiarów sześciany, które przesuwają, przenoszą, podnoszą. Tworzone przez nich figury (na przykład wysoka ściana) powstają niemal niespodziewanie, niezauważenie, pozorny chaos i przypadkowość ruchów są tutaj opracowane do perfekcji. Pod koniec spektaklu aktorzy wyciągają z zakamarków małe litery i rozkładają je na sześcianach. Początkowo wydaje się, że ich układ jest przypadkowy, szybko jednak powstają z słowa, zdania, komunikaty do widowni („będziemy grać tak długo, jak długo w pomieszczeniu są ludzie”). Jednak mimo intrygującego pomysłu i imponującej precyzji działania aktorów spektakl staje się przewidywalny, a brak dramaturgii sprawia, że tworzenie kolejnych figur zaczyna tracić sens.

W tegorocznej propozycji Kontrapunktu nie znalazły się spektakle prowokacyjne czy kontrowersyjne — krępującym filtrem nałożonym na komisję rekrutującą przedstawienia okazały się „małej formy”, co wykluczyło z udziału w festiwalu wiele propozycji teatralnych. Trudno jednak zrozumieć decyzję organizatorów, którzy w ramach pokazów mistrzowskich obok Wycinki Krystiana Lupy zaprezentowali Sex, drugs i Rock & Roll w reżyserii Jacka Orłowskiego. W monodramie z 1997 roku (!) Bronisław Wrocławski wciela się w różnych typów — od bogacza pławiącego się w fortunie po dzielnicowego zbira. W swoim tekście Bogosian przyglądał się amerykańskiemu społeczeństwu z różnych perspektyw, opisywał ekonomiczne rozwarstwienie i różnice klasowe. W wykonaniu Wrocławskiego tekst ten staje się jednak przeglądem stereotypów, odegranych w dodatku z nieznośną nadekspresyjną manierą, co sprawia, że spektakl Orłowskiego to niezobowiązująca (wątpliwa) rozrywka, wypełniona gagami i dowcipami nie najwyższych lotów. Tym bardziej dziwi, że to właśnie ten spektakl oficjalnie otwierał Festiwal (obok wręczania jubileuszowych odznaczeń, odczytania listu Minister Kultury itd.), który podkreśla swoje artystyczne ambicje. W kontekście nadania tak wysokiej rangi monodramowi Wrocławskiego symboliczny gest wykluczenia Wycinki, prezentowanej pierwszego dnia festiwalu, przed oficjalnym otwarciem, wydaje się co najmniej niezrozumiały.

 

Kontrapunkt. 50 Przegląd Teatrów Małych Form, Szczecin, 17–26 kwietnia 2015.

Dodaj komentarz