Marta Koronkiewicz | Nadać imię. Wiersze uległe (Jerzy Jarniewicz, „Woda na Marsie”)

Wydana niedawno „Woda na Marsie” to być może najlepsza książka poetycka Jerzego Jarniewicza. Nie sposób ją jednak czytać w oderwaniu od swoistego tryptyku, jaki tworzy wraz z  dwiema wcześniejszymi: „Makijażem” oraz „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną”. Wszystkie trzy książki różnią się wyraźnie od wcześniejszej twórczości Jarniewicza, łączy je tematyka (zbudowana wokół motywu romansu), ale też coś, co można by określić większym niż wcześniej zaufaniem do wiersza, większą odwagą w przyznawaniu mu pewnej samodzielności. Może jednak po kolei.

„Makijaż” to triumfalna historia tajnej miłości, pisana językiem polityki i ekonomii, rewolucji i rewolty. Jednak nawet mimo tego stanowczego tonu znaleźć tu można wiersze wyciszone – jak choćby „Osiemdziesiąty szósty”:

Gruba nieprzyzwoitość w biografii i tak grubo nieprzyzwoitej:

żyję dłużej niż moja matka. Po morfinę chodziłem na Retkinię

do jedynej w dzielnicy apteki, gdzie można było ją legalnie kupić.

Lekarze z Kopernika przepisywali aptekarskie dawki, żeby

„się nie uzależniła”. Żyła jeszcze dwa miesiące. Odeszła

nieuzależniona. W kilka miesięcy po pogrzebie

zaprosiłem do Łodzi Piotrka. Opowiadał studentom

o sardynkach, a chcieli raportu z oblężonego miasta– dobiegał czterdziestki, ale był młodszy

od moich studentów świeżo po maturze.

Kiedy wyjechał, za wschodnią granicą odkryłem Czarnobyl,

pochód przeszedł Piotrkowską, dzieciom podałem lugola.

Po dwudziestu latach napisałem ten wiersz.

Jeśli ja wam go czytam, trwa moje życie po życiu.

Jeśli czytacie go sami, nic pewnego powiedzieć się nie da.

To wiersz o śmierci matki; nie tyle zresztą o śmierci, co o umieraniu, które – w odróżnieniu od śmierci właśnie – trwa i nie jest wzniosłe. Przynosi ono pierwsze zdumienie: bohater przekracza linię, za którą jest niewiadoma – wchodzi w rok życia, którego jego matce nie było dane dożyć. Mieć więcej lat niż kiedykolwiek miała matka to jakby być od niej starszym. Poczucie zaburzenia czasu, względności wieku dominuje w wierszu – w wierszu pojawia się „Piotrek” (Sommer? Zapewne), który, czterdziestoletni, w roku ʼ86 wydaje się młodszy od wyjątkowo poważnych studentów anglistyki. Ci, którzy się już nie starzeją, stają się młodsi, role się odwracają. „Osiemdziesiąty szósty” to jeden z pierwszych wierszy dotykających wprost kwestii osierocenia, utrata matki wywołuje brak, który powoduje przerwy w rzeczywistości.

***

Tom „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” jeszcze silniej niż „Makijaż” korzystał z konwencjonalnej rekwizytorni historii o romansie (w sensie anglosaskiego affair, biblijnego cudzołóstwa); mówi o znakach znanych tylko kochankom i o tym, co robione dla niepoznaki, o różnicy, jaką w postrzeganie rzeczywistości wnosi taka plastyczna i zgrana tajemnica: romans. I w tej historii – tak jak w „Makijażu” – kobieta/kochanka wydaje się silniejsza niż mężczyzna, dominująca. Nie urodą jednak tym razem, nie prowokacją, a swego rodzaju perwersją wynikającą z jej roli jako matki. Kochanka jest matką dzieci innego mężczyzny, ale jest też matką w sypialni, jej macierzyństwo jest nieodłączne od jej kobiecości, seksualności, nabiera wymiaru erotycznego – jak w „Wierszu lotosowym”, który zamyka się wersami: „Kiedy się już spełnimy, powiesz/ jak się nazywam, przetniesz sznur/ podwiążesz/ dasz lubczyk na drogę”. Kochanek rodzi się z kochanki, otrzymuje imię – nie byle jakie zresztą:

Twój najstarszy syn nosi moje imię. Nie,

rzecz wygląda inaczej: to ja noszę imię

twojego najstarszego syna. Drasnęłaś mnie

takim macierzyństwem, chronologię

postawiłaś na głowie, a ja grając rolę

kochanka/ przy tobie, mojej kochance,

spuściłem zasłony

w przygotowaniu

nielegalnego podwojenia.

Względność wieku, „chronologia postawiona na głowie”: najpierw poczęcie, potem seks. Mężczyzna pragnie kobiety, która jest matką, której syn go poprzedza – to czyni go na poły synem, przywołuje syna w nim. Kobieta jest matką nie tylko swojego konkretnego syna – jest też matką potencjalnie, przez swój cykl biologiczny. W pięknej, subtelnej „Wyliczance na koniec lata” Jarniewicz zapisuje wypowiedź kobiety: „Jesteś moim pierwszym  facetem,/ który samodzielnie to sobie wyliczył”. To – czyli datę krwawienia, pierwszy dzień cyklu. Wiersz krąży między wstydem i podziwem, mężczyzna cofa się do chłopięctwa, dojrzewania, ukrywanego pod kołdrą wzwodu.

***

„Woda na Marsie” jest w pewnym sensie książką o osieroceniu –  zauważyła to między innymi Joanna Mueller, której Jarniewicz przyznał rację w wywiadzie, pytając na poły retorycznie: „Licho wie, może to nawet zasadniczy temat tej książki?” („Marsjańska gościnność…”, 2015)1. Wraca postać matki, wątek jej śmierci. Jak w znajdującym się pod koniec tomu wierszu „Drzwi zamyka kto ostatni”:

Kiedy kilka lat po śmierci matki

zobaczyłem u ojca, który też nie żyje,

inną kobietę, nie mogłem mu tego wybaczyć.

Mimo że sypiałem w tym czasie

z trzema równocześnie. Jedną

zabiłem we śnie, drugą sprzedałem na targu

niewolników w Stambule, a trzecią zamieniłem

w słup soli. Ta, co przyszła po nich,

była Szeherezadą. Wymyślając baśnie,

wymyślała siebie. Kiedy sułtan

poprosił ją wreszcie o rękę,

poderżnęła mi gardło nożykiem

do papieru. Nie mam jej tego za złe, bo

dobrze wiem, do czego prowadzą opowieści

o latającym dywanie. Ojcu mam za złe, że

wpuścił obcą do kuchni, w której

z matką, gdy żyła, lepiliśmy pierogi.

To wiersz o stopniowaniu braku: matki nie ma bardziej, kiedy ojciec wpuszcza obcą kobietę do kuchni, w której syn lepił z matką pierogi. Śmierć matki, która jest w zasadzie ustaniem przyczyny istnienia bohatera, powoduje, że bohater nigdy już nie jest swego istnienia pewien.

W wierszach z „Wody na Marsie” chronologia znowu staje na głowie, plany czasowe nakładają się na siebie. Syn staje się świadkiem własnego poczęcia („To”), matka staje się świadkiem jego seksualnego dojrzewania („W cieniu zakwitających chłopców”), adresatką edypalnego pożądania („I syn”). Jarniewicz z zaskakującą odwagą buduje duszną i lepką atmosferę okresu adolescencji, figurę matki czyniąc agentką perwersji. Prosty, wspomnieniowy wiersz „W cieniu zakwitających chłopców” przywołuje proustowską trwogę otaczającą postać matki:

Nocą przyszła, bo myślała, że śpię, a nie spałem.

Oddech mi się zawiesił, gdy wsunęła rękę

w spodnie od piżamy, żeby sprawdzić, czy

mam oba, jak należy, jądra. Wiem, bo próbowała

wcześniej, ale nie było zgody. Między jej palcami

przelewała się moszna jak ciepła galareta, ale

zdałem egzamin. Do rana nie myślałem

o niczym, nic w ustach nie czułem. Śniadanie, i ani

słowa o nocnym badaniu. Newsem był inny

chłopak, starszy kuzyn z Tuwima, bo dostał

wilczy bilet. Była to epoka nieprzeciętnych

chłopców. Mao wpław Jangcy przepłynął,

Armstrong stąpał po Księżycu, w radiu leciały

grechutki, a Gierek wymiatał Gomułkę. Coraz

większą przyjemność sprawiały mi kąpiele, po których

szedłem spać bez spodni od piżamy.

To, co przedstawione – matka sprawdzająca przez sen genitalia syna – ma w sobie wszystko ze sceny założycielskiej, źródłowej traumy, niby pierwsza chłosta otrzymana – na rozciągniętym futrze ciotki – przez bohatera „Venus im Pelz”. „Matka, sukinsynu?” – przywołuje się do porządku (społecznego porządku potępienia incestu) narrator wiersza „I syn”:

Gdyby nie umarła trzydzieści lat temu,

wiedziałbym, czy pożądanie, którym

mnie dziś budzi, przebiłoby się

do niej, od syna przez zły sen, i przejęło

na własność jej ciało? Czy

węszyłbym w jej szufladzie pełnej fig

z falbankami? Zakładał

jej szlafrok na ramiona, żeby kciukiem

wyczuć gęsią skórkę? Meszek?

Przepuszczał przez próg i patrzył,

jak pręży swój piżmowy grzbiet? Matka,

sukinsynu? Wiedziałbym, na ogień,

wstyd i na kamienie, że

jestem, gdyby nie umarła

dawno, dawno temu.

Ta perwersyjna groza przenika romans z „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną”, w pewnym sensie ucieleśnia swego rodzaju uległość, która jest obecna w wierszach Jarniewicza od tomu „Makijaż”. Męska uległość przewija się przez wiersze autora „Makijażu” jako motyw, pojawia się pod postacią „pończochy naciągniętej na głowę”, związanych rąk. Na wyższym jednak poziomie to uległość właśnie decyduje o relacji bohatera do własnego imienia i – szerzej – całego istnienia, bo jedno i drugie zależy od kobiety, kochanki, która nadaje je w chwili spełnienia.

”Wiedziałbym, na ogień,/ wstyd i na kamienie, że/ jestem, gdyby nie umarła/ dawno, dawno temu” – źródłowe osierocenie staje się utratą pewności własnego istnienia, kolejne odejścia – śmierci i rozstania – to kolejne jego stopnie. Rozstanie z kochanką oznacza tu utratę imienia, odejście kobiety odbiera bohaterowi niektóre słowa: „Musiał z wiersza powycinać słowa,/ które były jej. Nasłała na niego policję/ skarbową, sankiulotów od nieprawych/ słów, bóg zresztą wie kogo. Musiał wykroić/ ją z wierszy, bo nie była jego”.

***

W swoich ostatnich trzech książkach Jarniewicz kreśli silne postaci kobiece: kochanki-Oblubienice (wiersze z „Makijażu” pełne są metaforyki z „Pieśni nad Pieśniami”), kochanki-matki, samej matki – i oddaje im te wiersze, rozluźnia kontrolę, która była tak charakterystyczna dla jego wcześniejszej, ironicznej i „policzonej” poetyki. Wiersze z Wody na Marsie są niepokojące, czasem trudne, choć równocześnie jasne, unikają wystudiowanego hermetyzmu. Pisane na dłuższym, choć może lepiej powiedzieć: głębszym oddechu, wciągają czytelnika w świat zbudowany z odbić pewnej wersji kobiecości. Jednak oprócz obrazowego, istnieje w poezji Jarniewicza formalny wymiar uległości. Zapytany o „ciągoty do wierszy «wyrazowych»”, poeta mówi w wywiadzie: „Od jakiegoś jednak czasu pociąga mnie «metafizyka» składni. Ta energia, która nie tyle łączy, ile zestawia, i zestawienia te legitymizuje ponadjednostkowymi regułami, sugerując konieczność powiązań. Ciekawi mnie, jak rozkręcone zdanie dalej się samoczynnie rozkręca, jak się na stronie rozlewa, wydłuża, i – siada, jak ten wąż faraona, o którym piszę w jednym z wierszy” (Tamże). Można by jednak powiedzieć, że chodzi tu o kolejny rodzaj podporządkowania – podporządkowanie składni, erotykę hipotaksy.
 ***

Dwie ostatnie książki – „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” i „Wodę na Marsie” – łączy między innymi figura chłopca, który zjawia się najpierw w wierszu „Spinario”, otwierającym pierwszy z tomów. Mamy zresztą do czynienia z figurą w więcej niż jednym znaczeniu tego słowa – „Spinario” bowiem to tytuł rzymskiej rzeźby przedstawiającej chłopca pochylonego nad własną, opartą na kolanie, odwróconą – podeszwą do góry – stopą. Jego obraz pojawia się w zamykającym „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” wierszu „Zdanie z Piotra” – i potem, w kończącym Wodę na Marsie „Spinario (trzy lata później)”.

W pierwszym „Spinario” czytamy: „Popatrz,/ Na murku przed szkołą siedzi rudy chłopiec,/ pochylony uważnie nad stopą, którą uniósł/i oparł na prawym kolanie. Wyciąga cierń/ ze stopy? Nie. Raczej kamyk z buta”. Chłopiec, którego wzrok bohatera w pierwszym z wierszy wyposaża w tarczę na ramieniu i mundurek, pozostaje nieznany, bo, jak mówi fragment ze „Zdania z Piotra”, „przestał w nocy być chłopcem”. Przeżył inicjację? Nadano mu imię? Stał się mężczyzną? Przestał być chłopcem dlatego, że został sam, niczyj, bez imienia i słów? Jarniewicz, tak jak w wielu wierszach z omawianych książek, w ostatnim „Spinario” operuje zmianami osób gramatycznych, mnożąc i nakładając na siebie plany, utożsamiając się z chłopcem i patrzącym: „Sam tych okruchów/ nie wyjmę, jeśli się do mnie słowem nie odwrócisz,/ tego, co było, na głos nie wypowiesz, i/ pod/ niebo, żebym czytał,/ nie obnażysz stopy”. Chłopiec przestał być chłopcem, ale nie przestał nim być mężczyzna: chłopcem podszyty.

W „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” Jarniewicz badał drobne, minimalne różnice, jakie wprowadza w rzeczywistość „wtajemniczona” perspektywa (na przykład: perspektywa kochanków). W „Wodzie na Marsie” dostrzega ulotność tych różnic, ich całkowitą zależność od partner in crime – utrata wspólnika odwołuje to, co odtąd niemożliwe do udowodnienia, co udowodnić mógł tylko on – czy raczej ona. Sieroctwo to stan, w którym nikt nie pamięta nas całych; kiedy żyjemy niepotwierdzeni. Nadanie imienia potwierdza nie tylko istnienie, ale też wydarzenia – że było to, co było. Bohater tych wierszy gotów sprzedać się za taką pewność.

Jerzy Jarniewicz: „Woda na Marsie”. Biuro Literackie. Wrocław 2015.


LITERATURA:

„Marsjańska gościnność. Z Jerzym Jarniewiczem rozmawia Joanna Mueller”, http://portliteracki.pl/przystan/teksty/rozmowa-joanny-mueller-z-jerzym-jarniewiczem/ [dostęp: 01.01.2016]

Dodaj komentarz