Marta Lisok | Prawdziwy smutek z powodu rzeczy, które nie istnieją („Milion linii”, Bunkier Sztuki)

„Oczy naprzeciw ściany, obrazy spod podłogi” to tytuł cyklu rysunków Marka Chlandy prezentowanych na wystawie „Milion linii” w Bunkrze Sztuki. Zapowiadają one kontakt z rzeczywistością czekającą dopiero na odkrycie, znajdująca się na wyciągniecie ręki, ale niedostępną umysłowi pogrążonemu w codziennych schematach myślenia. W ramach „Miliona linii” artyści prezentują hermetyczne narracje, w większości niemożliwe albo przynajmniej bardzo trudne do rozszyfrowania bez komentarza. Ich prace to byty zupełnie niekonieczne, świadectwa ochrony dobrodziejstw wyobraźni, uciśnionej w coraz bardziej skalkulowanej i przewidywalnej rzeczywistości.

Sztuka_Marta Lisok [zdjęcie 1]

Widok wystawy „Milion linii”, fot. Justyna Gryglewicz

Kuratorki Virginija Januškeviciūtė i Aneta Rostkowska, projektując wystawę, sięgnęły do fabrycznej stylistyki. Na plakacie tytułowe linie układają się w dymy idące z komina. Aranżacja wystawy opiera się zaś na użyciu białych kafli, sugerujących powtarzalność mechanicznej produkcji czy sterylną bezstronność badań. Na ekspozycji mamy do czynienia z laboratorium, w którym trwają gorączkowe prace wyobraźni podlegające bacznej obserwacji. Natrafiamy na przykład na wijące się linie neonów Laury Kaminskaite, które być może są w dopiero w fazie łączenia się w konkretny znak czy napis. Na razie kłębią się jak żywe organizmy, rozpraszają się, by za chwilę znowu się do siebie zbliżyć. Niektóre prace przybierają formę modeli, inne są wciśnięte w kąty, szczeliny czy zaułki sali ekspozycyjnej. Część z nich to luźne zapiski lub koncepty, które nie wymagają przejścia do etapu wykonania. W formie marzenia stworzony jest katalog dla znanego litewskiego rzeźbiarza postkonceptualnego, Mindaugasa Navakasa, według projektu Viktorii Rybakovej. Należy on do ciekawej kategorii dzieł sztuki możliwych jedynie w hipotetycznym świecie, nie obciążonych znojem wcielania pomysłu w życie. Katalog ten byłby oprawiony w organiczny materiał przypominający skórę i miałby jedną stronę z zardzewiałego metalu. „Książka ta byłaby rozmiarów książki z bajkami w rękach dziecka, tak wielka, jak sam świat”, pisze o niej artystka.

„Stany pośrednie” – to określenie zdaje się dobrze opisywać ten gęsty zbiór, który zgodnie z dynamiką wyobraźni migocze przed oczami odbiorcy. Przybiera raz bardziej senne i rozproszone formy, raz solidniejsze kształty i nadciągające za nimi znaczenia. Wrażenie prowizoryczności i poruszania się po magazynie wypełnionym rupieciami potęguje tekst zastępujący standardowe kuratorskie wprowadzenie, który zamierzenie wprowadza w zakłopotanie zbyt pośpiesznego odbiorcę, spragnionego czytelnej galeryjnej narracji. Jest to opowiadanie angielskiego pisarza Chiny Miéville’a „Szczegóły”, surrealistyczna historia kobiety ogarniętej obsesją wzoru, która w losowych splotach linii, rysach na ścianach, pęknięciach dostrzega zagrażające jej postaci. Bohaterka żyje w męczącym przeświadczeniu, że musi chronić się przed swoimi wyobrażeniami, dlatego ciągle zabezpiecza swoje oczy przed wszystkimi sytuacjami, w których mogłaby dopatrzeć się kształtów wyłaniających się z przypadkowych elementów otoczenia. Żyje w sterylnym mieszkaniu pozbawionym zdradzieckich szczegółów. Choć wszyscy mają ją za chorą psychicznie, na końcu okazuje się, że kobieta znika w tajemniczych okolicznościach, a zagrażające jej istoty prawdopodobnie nie były jedynie tworami jej wyobraźni. Ten wątek statusu rzeczy nieistniejących

i natury wyobrażeń jest tematem nie tylko opowiadania, ale również książki autorstwa litewskiego filozofa Kristupasa Saboliusa „Proteusz i radykalna wyobrażeniowość”, która w przypadku „Miliona linii” wypiera standardowo wydawany katalog. Wystawa wymaga od odbiorcy pośpiesznego wypracowania sobie narzędzi do orientacji w tej piętrowej, zakodowanej strukturze.

Sztuka_Marta Lisok [zdjęcie 3]

„Głośniki na ślinę”, Jay Tan, 2015, w tle neon „Jeszcze nie zatytułowana”, Laura Kaminskaitė, 2015, fot. Justyna Gryglewicz

„Głośniki na ślinę” Jay Tan oraz „Drzwi obrotowe” Victorii Rybakovej to dwa mocne punkty otwierające wystawę, zarówno w sensie przestrzennym, jak i koncepcyjnym. Pierwsza praca ma zachęcić odbiorców do przekroczenia rutynowych przyzwyczajeń zwiedzania. Gest plucia uruchamiający rozłożone na podłodze głośniki, z założenia obrazoburczy w stosunku do dzieła sztuki, ma być zachętą do zatopienia się w aurze kolejnych prac, ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu.

Z kolei „Drzwi obrotowe” Rybakovej, z wykutymi w żelazie formami w kształcie oczu, nakierowują na zjawisko spotęgowanego przyglądania się, pozwalającego na wychwycenie szczegółów, które na co dzień pozostają ukryte. Wpisany w nie ruch wahadłowy powoduje, że każdy odbiorca musi przejść przez nie osobno, decydując się na proponowaną mu w ramach wystawy grę, ryzykowny spacer, podczas którego natrafia na kolejne idee balansujące na granicy szaleństwa. Moment wejścia jest równoznaczny z podjęciem decyzji, zgodą na przekroczenie codziennej rutyny myślenia. Ma być zachętą do odrzucenia standardowego zdystansowanego odbioru, formą autoanalizy własnego sposobu myślenia opartego o eksperymenty prowadzone przez artystów. Stawia odbiorcę wobec dzieła, które musi dopiero zostać uruchomione mocą wyobraźni, silnie przetworzone i opowiedziane sobie przez niego od nowa. Musi nabrać sensu poprzez osobę odbiorcy. Sztuka jawi się tu jako ćwiczenie i rozbudzanie wyobraźni, które niebezpiecznie ociera się o obsesję. Tak dzieje się w przypadku pracy „Wgapianie się” Rosalind Nasashibi, będącej studium antropomorficznych elementów w naszym otoczeniu: układających się uporczywie w kształt ludzkiej twarzy szczoteczek do zębów, krat wentylacyjnych, okien wystawowych i plam w betonie. „Milion linii” to zdecydowanie wystawa, która domaga się poświęcenia jej sporej ilości czasu i zaangażowania, ze względu na zgromadzone prace, które nie należą do łatwo przyswajalnych.

Sztuka_Marta Lisok [zdjęcie 2]

„Drzwi obrotowe”, Viktorija Rybakova, 2014, fot. Justyna Gryglewicz

I tak surrealistyczna geneza wystawy rozpływa się w kolejnych sennych opowieściach. „Soundtrack” Łukasza Jastrubczaka pokazuje bohatera, który kolekcjonuje dźwięki, mające wzbogacić sny śpiącej dziewczyny. Artysta przy użyciu noktowizora dokumentuje te dźwiękowe aktywności – prowizoryczne zabiegi wykonywane w ciemnościach: darcie papieru, stukanie obcasami, dmuchanie w papierowe trąbki, przelewanie wody, spuszczanie powietrza z balona.

Video „Głos mojej duszy” Wojciecha Bąkowskiego to zbiór sytuacji nawiązujący formalnie do amatorskich filmów z rodzinnych uroczystości z okresu zachłyśnięcia się społeczeństwa dostępnością tego medium w latach 90. Artysta zbiera w nim momenty rozproszenia uwagi, na przykład te, gdy ktoś tłumaczy nam przez telefon drogę, a nasze myśli w tym czasie odpływają i łapiemy się na liczeniu ptaków siedzących na pobliskim drzewie, albo kiedy zasypiamy w trakcie oglądania filmu i z zamkniętymi oczami wsłuchujemy się w coraz mniej wyraźne dźwięki niewidocznej akcji.

Krążącą nad wystawą fascynację niemożnością uchwycenia momentów, w których sensowne wywody zamieniają się w bredzenie w malignie, czy punktów zwrotnych, kiedy jakaś realistyczna historia zaczyna ujawniać poważne nieścisłości, może ilustrować „Turbulencja” Robertasa Narkusa. Jest to wrzący atrament z kałamarnicy. Podczas kiedy przyglądamy się temu nadmiarowi, który prawdopodobnie nie doczeka się użycia, poddana nietypowemu zabiegowi substancja ulatnia się pod wpływem gotowania. Substancja bulgocze i paruje, nie przyczyniając się do zarejestrowania żadnej myśli na kartce papieru. Czarna masa pojawia się tu jako znak nagromadzenia pomysłów, które rozpraszają się na chwilę po tym, gdy się pojawiły.

Prawdziwym silnikiem fabryki snów, jaką udało się zbudować kuratorkom, wydaje się zbiór prac Michała Gayera, który prezentuje w Bunkrze serię „Miejski kowboj”. Z typowym dla siebie detektywistycznym zacięciem artysta deklaruje, że podejmuje tę opowieść na bazie pomysłu innej osoby, która go porzuciła. Jak mówi:

„Miejski kowboj” to nazwa robocza projektu. Nie jestem do niej przywiązany, ostatnio nawet ją zmieniłem. Wskazuje ona na charakter osoby, o której można by powiedzieć, że jest „czerstwa” w znaczeniu konstrukcji psychicznej. Działa metodycznie, żyje zgodnie ze swoimi zasadami. Wykonuje „obowiązki” wobec natury oraz pejzażu miejskiego. Kompletnie nieistotne z punktu widzenia naszego systemu. Jest interseksualna, fizycznie piękna, barwna jak sztuka ludowa, nieco arogancka, twarda, zaczepna, wyzywająca i urocza. Charyzmatyczna. To, co teraz nazywam „Cowbey Cowboji”, to również postawa, sposób życia.

„Kowboj” Gayera zajmowałby się takimi pożytecznymi czynnościami jak oprószanie przedmiotów na czarno, czesanie trawy, przyglądanie się, jak płynie rzeka. Jego tajemnicza funkcja byłaby więc pewnego rodzaju zakulisową opieką nad światem. Na wystawie natrafiamy na towarzyszące jego osobie przykłady zdziczałego designu: kapelusz uformowany z sierści kota, model kosmosu z naciągniętej na słomki czarnej pończochy, zgeometryzowaną roślinę zbudowaną z kolorowych patyczków do liczenia. Opowiadając o kowboju za pomocą otaczających go przedmiotów, Gayer projektuje futurystyczne stroje rozłożone na czynniki pierwsze, organiczne buty i konstruktywistyczne rośliny, jakby chciał zaproponować nie tylko nowy kształt świata, ale i nowe życie jego mieszkańców. Miejski kowboj byłby tu prototypem, dzięki któremu artysta może testować swoje wizje. „Robię to, co w moim wyobrażeniu robiłby Cowbey. Szlachetny, włóczący się performer, który w mojej wyobraźni ma czas na to, by projektować swoje najbliższe otoczenie, ubrania i przedmioty, których używa. Wykonuje obowiązki, które sam sobie wymyśla. Jest totalnie wolny. Nie wiem, z czego mógłby żyć”, mówi o projekcie Gayer.

Jego utopijny projekt rozpisany na rzeźby, wycinanki, obiekty i modele to nie jedyna łamigłówka, z którą musimy zmagać się podczas zwiedzania wystawy „Milion linii”, w ramach której Bunkier sztuki zostaje zmieniony w tymczasową fabrykę czy bardziej instytut badawczy, prowadzący ryzykowne eksperymenty na wyobraźni. Narracja ekspozycji przeobraża budynek w pracującą intensywnie maszynę, w której procesy toczą się cały czas w szalonym tempie, niewstrzymywane żadnymi regułami czy obostrzeniami. Wypełnione pracami piętro zostaje połączone z przestrzeniami dolnej galerii mieszczącej się w piwnicy za pomocą wyciemnionego tunelu klatki schodowej, sugerującego rytuał przejścia, któremu podlegają odbiorcy, schodząc do mrocznego serca ekspozycji. Natrafiamy tam na historię opowiadaną przez Anatas Gerlikas. Ze względu na fakt, że jest to bardzo ciekawe świadectwo na temat instrumentu, który powstał według przepisu ze snu, pozwalam sobie przytoczyć całkiem spory jej fragment:

Ostatnio wydarzyła się dziwna rzecz. Jechałem do domu na Boże Narodzenie i moja matka poprosiła, bym go ze sobą przywiózł. Zawsze interesuje się tym, nad czym pracuję, więc opowiedziałem jej o moim śnie i instrumencie przez telefon. Pokazałem instrument mojej rodzinie w czasie świątecznego obiadu. Późną nocą, kiedy już wszyscy poszliśmy spać, obudził mnie głos mojej matki. Otwieram oczy i widzę, że stoi w moich drzwiach, całkiem przerażona. „Twój instrument świeci w torbie na dole, rzuca iskry i wydaje dźwięki jak pociąg!”, powiedziała przerażona. […] Nigdy nie słyszałem, żeby moja matka była tak przerażona. A pracowała całe życie na oddziale pogotowia, więc niełatwo ją przestraszyć. Naprawdę miałem wrażenie spadania w wielką niewiadomą. „Jak to w ogóle możliwe? Jak go zrobiłeś?” pytała mnie. Starałem się ją przekonać, że instrument nie ma jakiejś ukrytej mocy, że wykonałem go własnymi rękoma. „Ale zrobiłeś go ze snu” powiedziała. […] Staraliśmy się trochę uspokoić i przeanalizować sytuację i nie słyszeliśmy już żadnych dźwięków pochodzących z dołu. Zakończenie tej historii poznałem dopiero następnego ranka po śniadaniu. „Wszystko wydarzyło się w mniej niż sekundę”, wyjaśniła wreszcie mama. „W momencie gdy zasypiałam, przyśniło mi się, że leżę w łóżku z otwartymi oczyma i patrzę przez ścianę do wnętrza twojej torby. W środku zobaczyłam gorejący instrument, rzucający iskry jak fajerwerk i wydający z siebie jakiś chrzęst. W tym samym momencie obudziłam się, bo silny powiew wiatru przyniósł dźwięk przejeżdżającego pociągu. Jednocześnie telefon, który twoja siostra zostawiła w pokoju, odebrał sms-a i usłyszałam jego skwierczący dźwięk. Wszystko wydarzyło się równocześnie, a ja otworzyłam oczy zarówno na jawie, jak i we śnie”.

Zaraz obok znajduje się hodowla, na którą składają się organiczne formy będące dopiero w fazie kształtowania. Jedna z nich, pod szyldem „Psychotropic House: Zoetics Pavillon”, inspirowana jest opowiadaniem J.G. Ballarda stanowiącym opowieść o bio-domu, który wchodzi w interakcje z mieszkańcami, o ubraniach odpowiadających na potrzeby ich nosicieli. Autorzy pracy, Nomeda i Gediminas Urbonas, stworzyli w galerii pseudolaboratorium zajmujące się tworzeniem mycomorfów, enigmatycznego żywego materiału powstającego na bazie micelium. Grzyby te utrzymywane są w odpowiedniej temperaturze, podlegając tymczasowej hibernacji i czekając na uformowanie. Ten utopijny materiał jest mocny i wodoodporny. Nazywany bywa, według autorów hodowli, plastikiem przyszłości. Częścią tej pracy noszącej znamiona warsztatu porzuconego przez swoich użytkowników są trzeszcząco-pohukujące odgłosy zwierząt nagrane w zoo w Kownie, sugerujące ruch i potencję materii naprężającej się do granic możliwości.

Sztuka_Marta Lisok [zdjęcie 4]

„Dom psychotropowy: pawilon zooetyki i technologii Ballardowskich”, Nomeda i Giedyminas Urbonas, 2015, fot. Justyna Gryglewicz

Procesy, które odbiorca ma okazję śledzić w trakcie zwiedzania wystawy, nie są zamkniętymi formami, są w trakcie krystalizowania się, w punkcie pomiędzy realizacją a odłożeniem do szuflady. Dlatego nie odczuwamy tu cienia muzealnej powagi, a raczej entuzjazm uczestnictwa w ferworze gorączkowej burzy mózgów. Poszczególne prace nie przybierają wycyzelowanych kształtów, ale zatrzymują się na etapie prowizorycznych szkiców, luźnych myśli, zaczynów, które być może zostaną kiedyś pogłębione czy rozwinięte. Na razie przypominają raczej pośpieszne notatki, które chronią dany pomysł czy sen przed ulotnieniem się z pamięci.

„Milion linii”. Kuratorki: Virginija Januškeviciūtė, Aneta Rostkowska. Bunkier Sztuki, Kraków 26.11.2015–31.01.2016

Dodaj komentarz