Martyna Kula | Świat ducha (Joanna Newsom, „Divers”)

Idiolekt Joanny Newsom. Harfa

Joanna Newsom od zawsze śpiewała (mówiła) we własnym języku, począwszy od wydanego w 2004 roku albumu „The Milk-Eyed Mender” aż po jej najświeższy materiał — „Divers” (2015). Krytycy oraz słuchacze prześcigają się w coraz bardziej innowacyjnych próbach interpretowania słów piosenek autorstwa amerykańskiej wokalistki. Nie bez powodu fundamentalny jest tu proces dekodowania treści tekstów, bo chociaż Newsom prawdopodobnie istnieje w świadomości odbiorców przede wszystkim jako artystka znana z działalności muzycznej, to trzeba nadmienić, że w ciągu dekady dorobiła się także własnej barwnej dykcji poetyckiej. O zabawach poetów lingwistycznych słyszeliśmy już nie raz — zabiegi „miłosne”, które wykonawczyni przeprowadza na języku angielskim, to jednak sprawa odmienna. Teksty te są przecież wciąż elementami utworów muzycznych. Można zapytać — czy w takim razie mówimy tu jeszcze o muzyce czy już o poezji? Odpowiem: zarówno o jednym, jak i drugim, gdyż u Newsom miłość do muzyki idzie w parze z osobliwym umiłowaniem języka oraz literatury.

Kobieta z harfą — określenie tyleż trafne, co nieostre i — być może — nazbyt ogólne. Prawdą jest, że wokalistka wydobyła wspomniany instrument z  przestrzeni muzealnej, ale — co ważniejsze — złamała również stereotypowe myślenie o nim. Pójdźmy o krok dalej: Joanna Newsom — na wzór twórcy romantycznego — wynajduje z nowe możliwości wykorzystania harfy. Odnawiając formę, odnawia znaczenia. Uatrakcyjnia muzyczne klisze, więcej — z hermetycznego kręgu udaje się jej wyswobodzić nie tylko harfę, ale także i pieśń tradycyjną. Dokonania muzyczne Newsom chyba najlepiej określić jako żywe, eksperymentalne czerpanie z tradycji, jednak — co wymaga podkreślenia — ten muzyczny eksperyment zawsze wydarza się w dialogu ze źródłem. Sięgnięcie w przeszłość, którą darzy się wyjątkową estymą, jest staraniem spięcia ze sobą w jedno różnych muzycznych sfer. Bez epigoństwa i wystudiowanego liryzmu.

Rozproszenie

Monumentalność kompozycji została taktownie powściągnięta, artystka umiejętnie zestawia harfę z klawiszami („Anecdotes”), gitarą („Goose Eggs”), perkusją („Leaving the City”) czy smyczkami w towarzystwie dźwięków akordeonu („Waltz of The 101 st Lightborne”). Paradoksem jest fakt, iż – jak słyszymy – bogactwo instrumentarium sąsiaduje na „Divers” z oszczędnością, którą charakteryzują się kompozycje takie jak „The Thing I Say” czy „Same Old Man” (cover piosenki Karen Dalton). Zdaje się, że precyzja Newsom obejmuje także i wyjątkowo przemyślane ułożenie kolejności utworów na płycie — starannie wydzielono miejsca szczególnie efektowne oraz chwile szeptu, przemilczenia, w końcu samego oddechu. Spójrzmy zresztą na daty wydania płyt, które składają się na dorobek artystki. Jak wspominałam, debiut pochodzi z roku 2004, płyta „Ys” z 2006, natomiast „Have One On Me” — 2010. Newsom nie spieszy się z publikowaniem nowych materiałów, okazując się perfekcjonistką w każdym calu. Potwierdzenie tego znajdziemy w wywiadzie dla Entertainment Weekly, w którym Amerykanka przyznała, iż nad instrumentalnymi aranżacjami i dogrywaniem wokalu na album „Divers” spędziła rok lub nawet dwa lata.

Z jednej strony więc Newsom praktykuje gruntowne zakorzenienie w tradycji, z drugiej — entuzjastycznie otwiera się na „nowe”. Rzecz jasna próbowano tę muzykę usytuować w bezpiecznym porządku genologicznym. Przerzucano się nazwami gatunków, które stawały się pustymi hasłami: folk, indie pop, muzyka awangardowa, barokowy pop, słowem — wszystko. Wynik tych dysput jest jednak bardzo korzystny, gdyż kategoria nierozstrzygalności pasuje do Joanny Newsom wyjątkowo dobrze. Sedno tkwi nie w samych utworach, pod względem technicznym stanowiących przecież wykończoną całość, ale raczej w poetyce rozproszenia i nieuchwytności, uprawianej przez harfiarkę od czasów potrójnego albumu „Have One On Me”. W tym miejscu wypadałoby się zastanowić nad tym, czy aby warstwa tekstowa nie przysłoniła walorów muzyki. Jak się okazuje, na „Divers” nie ma zgrzytów ani pęknięć, które wynikać by mogły z rzekomej dysproporcji między tekstem a dźwiękiem — co najwyżej momentami przeszkadzać nam może nazbyt jazgotliwy wokal Newsom. Ostatecznie urzeczeni jesteśmy homeostatyczną całością, skonstruowaną przez wokalistkę w taki sposób umyślnie, co doskonale słychać w — bodaj najlepszym z całej płyty — olśniewającym utworze tytułowym.

Arachne

Trudno pozbyć się wrażenia, że Newsom ze swoimi narracjami, które wyśpiewuje przy akompaniamencie harfy, przypomina Arachne. Tka niesamowite opowieści, snuje historie o tym, czego doświadczyła, co zobaczyła na własne oczy, chociaż ujęcie wzroku w tym kontekście bliskie wydaje się – po raz kolejny – jego koncepcji romantycznej. Wokalistka śpiewa: „The diver is my love / and I am his if I am not deceived / who takes one breath above / for every hour below the sea”. Dominuje tu atmosfera strachu i melancholii, odróżniająca ostatnie dokonania artystki od jej wczesnej twórczości, utrzymanej w znacznie radośniejszym tonie. Jednocześnie na „Divers” Newsom tka samą siebie, także siebie całkowicie odsłania: „And I rose to take my shape at last / from the dreams that had dogged me through every past / when to my soul the body would say / You may do what you like as long as you stay”. Słusznie kojarzyć się to może z feministyczną interpretacją mitu o Arachne, aspektem akcentowania własnej kobiecości, z kobiecym zaznaczaniem śladów podmiotowości. Rzeczywiście, opowieści Newsom — rusałki, tkaczki, pajęczycy — posiadają intymny wymiar kobiecy. Są to historie o głodzie miłości, w które wplecione zostały rozważania o Chronosie oraz historii, a także projekcje możliwych, jak i niedostępnych światów.

Ponad wszystko jest to jednak hołd złożony światu ducha, a może nawet świadectwo, które płynie spod strun barokowo-współczesnego atrybutu artystki — harfy.

Joanna Newsom: „Divers”. Drag City 2015.

Dodaj komentarz