Mateusz Dworek | (Juliusz Strachota, „Relaks amerykański”)

Książką Strachoty wzbudza śmiech, zohydza i kąsa. Tym, którzy walczyli na i tarzali się po poligonie psychotropów i wódy, może przypomnieć koszmary. Te wszystkie lęki, kace, posuchy i brak kasy na kolejną flaszkę. Ale czy wnosi coś nowego?

Dla mnie prawdziwe zakochanie się w książce jest zakochaniem totalnym. Oddaniem się jej niezależnie od zadymy, która dzieje się po sąsiedzku. Niezależnie od tego, kto obok szturcha, szepcze do ucha czy mlaszcze. Czy tak było z „Relaksem amerykańskim”? Ćpanie, chlanie, rzyganie, dymanie i sranie. Pijacko-narkotyczne przygody młodzieży. A po nich mniej lub bardziej egzystencjalne dylematy i bóle. Na ten temat pisze się dziś za dużo i nieciekawie. Przy tym książka Juliusza Strachoty to „relaks jak chuj”. Pewnie każdemu takiemu pisarzowi wydaje się, że jego „relaks” był mocniejszy, ważniejszy i mniej sprawiedliwy. Nie wiem, czym jest „prawdziwy nałóg”, nie wiem, co to „uczciwa opowieść o cierpieniu” ani „prawdziwe piekło”. Strachota nie moralizuje. Nie poucza, nie mówi „jak jest”.

Z literaturą narkotykową, do której zalicza się „Relaks amerykański”, jest pewien problem. Łatwo autorowi popaść w narrację taką, jaką znamy z „Pod mocnym aniołem” Pilcha czy z Bukowskiego. Bawić się tymi wszystkimi gównami, kreować jakieś oniryczne dziwactwa i uwznioślać sam nałóg. Taką narrację często stosuje się do opisu małych i dużych kataklizmów, wizyt w gabinetach lekarskich i kolejnych pożyczek od znajomych. Trudno się podniecić, kiedy po raz kolejny czyta się o ekskrementach i eksperymentach literackich. Przewidywalnych, szablonowych. Zaczynających się i kończących w dokładnie wyznaczonych miejscach, precyzyjnych, tak silnie przez autora rozmytych, że można się poślizgnąć. U Strachoty na szczęście tego nie znajdziemy. Jego książka to raczej prosta historia o uzależnieniu – jak z filmu „Żółty szalik” z Januszem Gajosem – niż alkoholowe safari i mitologizacja nałogu.

Głównym bohaterem jest Xanax. W tle przewijają się przewidywalne obrazy. Lekarze, lęk i lekomania. Długość rozdziałów jest tak samo różna, jak różną długość może mieć faza/kac. Bohater, oprócz bycia stałym gościem w gabinetach medycznych, regularnie też odwiedza miejsca, których adresy wskazuje w tej sytuacji porządek rzeczy, czyli wszelkiej maści lombardy i „providenty”. Zapożycza się na kolejne Xanaxy (w tym służbowego laptopa), podróżuje od miasta do miasta, od internisty do anestezjologa. Jednym jest znany, inni go ignorują (jakże zręcznie Strachota opisuje kultywowaną przez lekarzy zasadę „zapłacisz, to przepiszę”), a jeszcze inni podejmują próby skierowania go na odwyk. Julian miota się między kolejnymi konfabulacjami, czuje, że zaciera się granica pomiędzy tym, co miało miejsce, a tym, co mu się przyśniło.

W książce obnażony zostaje szerzej rozumiany mechanizm uzależnienia: nie tylko uzależnienia ćpuna od leku, ale również koncernu farmaceutycznego od zażywającego. Chłodna kalkulacja, w której swój udział mają i lekarze, i pacjenci, najwyraźniej nikomu nie przeszkadza. Biznes narkotykowy działa i ma się dobrze. Strachota udowadnia, jak wiele pomysłowości trzeba, by wyposażyć się w odpowiednie ilości substancji psychoaktywnych; wylicza, ile dziennie/miesięcznie/rocznie jego bohater wydać potrafi na zaspokojenie głodu. Rachuje bardzo skrupulatnie, tak żeby nikt nie miał wątpliwości. Demitologizuje też wizerunek ćpuna:

[…] w wyobrażeniach o narkomanie z jednej strony mamy człowieka czołgającego się po Dworcu Centralnym, a z drugiej – ćpuna-celebrytę, który faszeruje się koksem. Tyle że tutaj te wzorce nie działają. Możemy nawet uruchomić w tym miejscu oksymoron typu „stary ćpun”. I wyobrazić sobie swoją matkę, babcię albo swojego brata. Bo okoliczności, w których człowiek uzależnia się od leków, są zupełnie inne od tych, które łączymy zazwyczaj z koksem czy heroiną.

W „Relaksie amerykańskim” ciągle coś nas może rozśmieszać. Kolejne „kurwy”, fatamorgany w umyśle bohatera, kolejne ściemy i rekordy w połykaniu tabletek. Ale jednocześnie nie jest to tępy śmiech. Nie znajdziemy tutaj tego głupawego,  powszechnego w polskiej kulturze przepychu brudu, długów, pokracznego zagubienia. Nikt tutaj nie romantyzuje ćpania. Bohater nie próbuje udowodnić, że może „gdyby oprzytomniał tamtego dnia”, albo ktoś by go „obudził”, „oswobodził”, „uświadomił”, nie byłby tym, kim jest. Strachota pisze najprościej jak się da o jednej z pierwszych wizyt w gabinecie lekarskim: „Były protesty, ale wszedłem pierwszy bo po prostu spieszyłem się bardziej niż zwykle. Wchodzę, zamykam drzwi i mówię, nawijam, że jestem zagubiony, że czuję, że być może zaraz wszystko pierdolnie”.

Dobrze, że autor nie zabiera nas w tępy rajd po „prawdzie o życiu”, że jego nałóg, chociaż jest zdiagnozowany i wydaje się czytelnikowi doskonale znany, to jednak ciągle pozostaje odległy. Weź Xanax i „śmiej się do słońca i wreszcie udawaj, że żyjesz”.

Juliusz Strachota: „Relaks amerykański”. Korporacja Ha!art. Kraków 2015.

Dodaj komentarz