Mateusz Dworek | Kij w szprychy poprawności (Michał Pranke, „b”)

Wiersz jest zrozumiały, bo Pranke ma flow i rozgrywa frazę na dwóch poziomach: autentycznego języka dwudziestokilkulatka i zręcznej parafrazy codziennej zadymy.

Chciałoby się przywołać jeden z ostatnich wersów pierwszego utworu w książce i napisać, że poeta działa „na sygnale”, grając „w berka, w piżamie”. W „b” jako motyw przewodni uderza niepewność: wpisana w kontekst ponowoczesnego porządku, gdzie nie ma żadnych wzorców, a wszystko jest względne, relatywne i w swojej kompozycji dalekie od wertykalnych układów przyjmujących postać hierarchii wartości. Intuicyjność wyborów towarzysząca autorowi prowokuje go do produkowania niestabilnych związków językowych, być może do tworzenia efemerycznych struktur leksykalnych, ale właśnie ten pozorny chaos staje się nowym porządkiem, którego nie można zredukować za pomocą żadnej miary. Ma on wartość mierzalną jedynie w sposób instynktowny.

Najpełniej rozbrzmiewa to u Prankego w parafrazach codzienności: każdy podejrzany przedmiot („dyplom z niczego, bo z kogo”), substancja („naczynia już przyjmują kształty/ własnych w nie cieczy”), czynność („ja czekam w kawiarence na krzywy ryj”) stanowią tylko preteksty do rozprawy, której narzuconym z góry celem jest rozbicie, zdemolowanie struktury językowej. I to zarówno na poziomie poszczególnych wersów (cykl pt. „Zarzewie”), jak i całych fraz (wiersz „Odczyt dźwięku”).

Pranke gorzej konstruuje wiersze linearne, uporządkowane, z płynnymi przejściami pomiędzy wersami. Tam, gdzie autor widocznie wtrąca zwroty wchodzące w oniryzm („Pastorałka”), wkrada się „tumiwisizm”, a komunikacja zamiera. Jej klęska nie trwa na szczęście zbyt długo, bo poeta już w wierszu „Noc na materacu deklaruje: „Panie i panowie: unosimy się w kosmosie”. I nie dość, że przenosi nas w inny wymiar odbioru poezji, to ta deklaracja kończy się tak, jak zwięzły manifest („cała nasza, cała nasza/ na przestrzeń”). Dodatkowo jest przepełniona tym, co u Prankego najlepsze: językową dekonstrukcją, poprawnie zrytmizowaną frazą i silnie stymulującym wyobraźnię kreśleniem pola codziennych obserwacji.

Niektóre teksty brzmią tu jak piosenki (cykl „Zarzewie”), wydają się dźwięcznymi, rozpędzonymi komunikatami. Silne pierwsze wrażenie po lekturze tomu przypomina efekt, jaki wywołuje dobra, znana piosenka, którą pod wpływem zachwytu puszczamy bez przerwy. Odbiorca trzyma sztamę z nadawcą, powstaje specyficzny kod porozumienia. Efekciarstwo jest dopuszczalne, a nawet pożądane. Wspomniany kod jest paradoksalnie czytelny również dzięki podważaniu lub odwracaniu całościowego sensu zdania przez jego drobny element składowy, np. ostatnie słowo:

 

Młody ma już pięć lat i codziennie wyżej przestawia siodełko
żeby już nie chcieć być dużym

(„Kij w szprysze”)

 

Książka Prankego zajmuje ważne miejsce wśród ubiegłorocznych debiutów. Pośród tomów do bólu konceptualnych, przepełnionych językiem naturalistyczno-ekspresyjnymi i wreszcie tych tomików-dyplomów, eksploatujących wanitatywną wyobraźnię, „b” zajmuje miejsce w ścisłej czołówce. Pranke odrzuca językową stęchliznę i przewidywalność, stawia się tu na świeżość. Duża w tym rola samego wydawnictwa, Łódzkiego Domu Literatury, które ubiegły rok może zaliczyć do wyjątkowo udanych w swojej działalności, stawiając debiut Prankego w jednym szeregu z książkami Piotra Przybyły, Kacpra Bartczaka czy Jakuba Sajkowskiego.


Michał Pranke: b. Dom Literatury w Łodzi. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi. Łódź 2015.

 

Dodaj komentarz