Mateusz Sądaj | Usprawiedliwiając pisanie historii (Jakub Dziewit, „Aparaty i obrazy”).

Na pytanie, czy da się wielokrotnie opowiadać tę samą historię na nowo, od nowa, bez końca, bez znużenia i z przejęciem, odpowiedź jest jedna: tak. Wystarczy przypomnieć sobie jakąkolwiek opowieść przytaczaną przez kilka osób, a zorientujemy się, że każda jej wersja zabarwiona była inną paletą wrażliwości, wyłuszczała zupełnie inne elementy i wreszcie – „rozwałkowywała” fragmenty eksponujące zdecydowanie bardziej autora niż samą opowieść.

Spotykając się z kolejną propozycją historii czegokolwiek, a będąc już po lekturze innych historii tego samego „-kolwiek”, nie sposób zareagować entuzjastycznym westchnieniem – czy w przeszłości wydarzyło się coś, czego nikt dotąd nie zauważył i nagle tę samą przygodę można opowiedzieć inaczej? Historia fotografii, jak każda inna, ma swój początek, swoje momenty przełomowe, opowiada także o narastającej anestezji, o znużeniu przebrzmiałą formą i zmierzchem jej możliwości. Propozycja Jakuba Dziewita, antropologa i fotografa, wykracza jednak daleko poza podawczą formę prezentacji faktów i dat, odsłaniając szerszy obraz przemian technologicznych, a co za tym idzie społecznych, kulturowych i politycznych. Może się wydawać, że nie ma w tym niczego odkrywczego – inteligentny czytelnik nawet z osi czasu wyczyta kierunek zmian cywilizacji, losy rewolucji narodów, wyciągając tym samym wnioski z, jak można by sądzić, suchych faktów. Jednak nie o to chodzi w ponownym kreśleniu już napisanej historii. Podczas pewnej konferencji naukowej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego dotyczącej Lacanowskiej psychoanalizy jeden z prelegentów został zapytany: „po co o tym [Lacanie] aż tyle mówić, pisać i słuchać? Przecież wszyscy to wiedzą”. – odpowiedź, która wydaje się stosowna także w kontekście „Aparatów i obrazów”, brzmiała: „dla przyjemności mówienia, pisania i słuchania o rzeczach, które się uwielbia, mówienia swoim językiem, pisania własnym piórem i słuchania z ust osób, które mogą wiedzieć więcej ode mnie”. Historia fotografii w słowach, i prawdopodobnie także oczach, Dziewita jest historią, jakiej wcześniej nie znaliśmy, opowiedzianą jego własnym językiem, z naciskiem na wydarzenia najważniejsze dla autora i w jego przekonaniu przełomowe.

Dziewit zaczyna od, jak to zwykle w relacjonowaniu historii bywa, początku. Część pierwsza, nazwana szeroko „Historią fotografii”, nie jest jedynie jej faktograficznym zapisem przedstawionym w sposób wtórny bądź konwencjonalny. Szeroki kontekst filozoficzny wskazuje na odmienne niż chronologizujące skłonności autora, który proponuje nam globalne spojrzenie na problem, przetrawione przez wiedzę z zakresu filozofii, estetyki, a także historii sztuki. Być może dlatego pozycja ta jest w pewien sposób odkrywcza i świeża. Próżno jednak uczyć się z niej historii medium, jakim jest fotografia. Lektura ta przemówi raczej do osób już ją znających i poszukujących klamry spinającej dotychczasowe opracowania. Zdecydowanie nieszablonowy wybór przykładów, który pozwala ulokować fotografię w kontekście sztuki, mówi wiele nie tylko o artystach – ukazuje także, w jaki sposób zmieniało się ludzkie spojrzenie.

Niektóre rozdziały wydają się jednak zbyt krótkie, mogłyby zostać rozwinięte. Koncentracja autora na wybranych tezach sprawia, że w całym wywodzie brakuje równomiernego rozłożenia akcentów, jednak nawet pobieżnie zarysowane wątki pozostają wyraziste i emanują na całą narrację.

Dobrą decyzją było włączenie w krąg rozważań zjawisk stosunkowo współczesnych, jak chociażby łomografii jako ruchu przynajmniej ideowo świeżego, łamiącego standardy i konwencje medium. Autor odkrywa przed czytelnikiem kulturowe zaplecze historii fotografii w całej rozpiętości, pozwalając zagłębić się w meandry przemian i załamań podstawowych założeń tej dziedziny sztuki. Oczywiście nawet w najbardziej popularnych opisach historii fotografii znajdzie się miejsce na tego typu charakterystyki, jednak antropologa i kulturoznawca znacznie trafniej i przenikliwiej przedstawia nowo narodzone konwencje, niszczące zastane struktury i porządki.

Część druga, „Historia aparatu” zdeterminowana została przez sam tytuł wydawnictwa. Spójrzmy prawdzie w oczy – historia sztuki fotograficznej bez analizy przemian technologicznych nie byłaby pełna. I tu przed banałem i klasyczną manią „historii fotografii” ratuje książkę niekonwencjonalny wybór przykładów, choć wnioski płynące z tej części nie są szczególnie odkrywcze bądź zaskakujące. Są jednak przydatne do poczynienia dalej idących podsumowań czy spostrzeżeń na temat aktualnych sposobów fotografowania i drogi, jaką przebyli fotografowie na przestrzeni dziesięcioleci. Tabele statystyczne oparte na liczbowych zestawieniach sprzedaży poszczególnych typów aparatów pozwalają w sposób stosunkowo chłodny spojrzeć na przemiany narzędzi używanych do fotografowania oraz wyciągnąć własne wnioski. Dopiero ostatni rozdział tej części, „O fotografowaniu / O wolności” rzuca nowe światło na problem uwolnienia się ciała spod władzy sprzętu. Najbardziej odkrywczym i nowatorskim elementem publikacji wydaje się ostatnia część, nosząca nazwę „Współczesność”. Rozpatrywanie fotografii w kontekście przemijania, śmierci, prób walki z nimi bądź ich akceptacji, tak w sztuce, jak i w życiu codziennym, jest dla teoretyka punktem wyjścia do dociekań przekrojowych.

Publikacja Dziewita zawiera kompleksowe rozważania skupione zarówno na samej tematyce podejmowanej w fotografii, jak i na jej szerokim kontekście filozoficznym. Fotografia, medium pracujące „na rzeczywistości”, władające czasem, selektywne wobec przestrzeni, musi zostać skonfrontowane z kwestiami ulotności i uchwytności. To spostrzeżenie prosi się wręcz o rozwinięcie w osobnej pracy. Dla tego krótkiego, ale bogatego w sensy wywodu warto prześledzić całą opowieść Dziewita dotyczącą historii fotografii.

Na uwagę zasługuje także język publikacji. Autor z właściwą sobie dozą humoru niejednokrotnie przechodzi od narracji czysto akademickiej do felietonowej maniery, poruszając się w przestrzeni chronologicznego wykładu bardzo swobodnie. Dzięki temu książka nie jest zbiorem suchych faktów przedstawionych na osi czasu, lecz opowieścią, która mimo że jest jedną z wielu, nabiera wyraźnie autorskiego rysu. „Aparaty i obrazy” to pozycja ciekawa i niebanalna. Nie jestem do końca przekonany, czy będzie pomocna dla osób, które dopiero podejmują naukę historii fotografii. Wydaje mi się jednak, że dla czytelników posiadających pewien zasób wiedzy z tego zakresu praca Dziewita będzie odświeżającym i nowatorskim spojrzeniem na kwestie dobrze im znane. Pozwala bowiem stanąć raz jeszcze przed podstawowymi założeniami dotyczącymi filozoficzno-estetycznych przemian, ponownie przestudiować ponad stuletnią tradycję fotografii i pochylić się nad tezami znanymi, choć opowiedzianymi zupełnie innymi słowami.

Jakub Dziewit: „Aparaty i obrazy. W stronę kulturowej historii fotografii”. Wydawnictwo grupakulturalna.pl. Katowice 2014.

Dodaj komentarz