Między państwem a wspólnotą

Współczesna kinematografia posługuje się osobliwymi chwytami, wręcz schizoidalnymi, bo z jednej strony oczekuje się po filmowych premierach wywracania bebechów, oszołomienia umysłów przez montażowe salta i orgie barw, mające zaspokoić irracjonalne pragnienia, z drugiej potrzebujemy opowieści bardziej spokojnych, bezpiecznych, uprzytomniających, że blichtr jest tylko dla wybranych. Tych drugich filmów jest coraz mniej, bo są niewygodne, a przy tym często niedbale wykonane, o niespiesznej akcji. Filmy społeczne próbują poruszyć ospałe umysły i uprzytomnić widzom, że nawet w krajach postrzeganych jako państwa dobrobytu znajdują się miejsca, w których panują niesprawiedliwość i nędza. Ken Loach, reżyser będący emblematem kina społecznie zaangażowanego, główną osią swojego ostatniego filmu Ja, Daniel Blake uczynił coraz głębsze przepaści między klasami oraz między obywatelami a biurokracją. Nie jest to pierwszy film brytyjskiego twórcy, w którym na pierwszy plan wysuwa się niesprawiedliwość neoliberalnego systemu. Warto wspomnieć o zaprezentowanej w Riff-Raff (1990) historii pracowników budowy, zarabiających mało i w dodatku na „czarno”, lub filmie Polak potrzebny od zaraz (2007), w którym Loach przygląda się urzędowi zajmującemu się transferem robotników. Reżyser konsekwentnie podąża drogami wytyczonymi przez jego ulubionych bohaterów, czyli ludzi biednych, skrzywdzonych, ale wierzących w zmianę swojego losu. W filmie Ja, Daniel Blake Loach drąży podobne tematy — wraz ze swoim stałym współpracownikiem Paulem Lavertym przedstawia opowieść o sześćdziesięcioletnim Danielu (Dave Johns), stolarzu, który z powodu choroby nie może wykonywać swojego zawodu, a na zasiłek jest według prawa zbyt zdrowy. Kiedy dowiaduje się o swoim położeniu, rozpoczyna beznadziejną batalię, próbując dojść do porozumienia z oschłymi, używającymi podręcznikowych fraz urzędnikami. Czekanie w kolejkach, słuchanie Vivaldiego w oczekiwaniu na połączenie z konsultantem, brak zrozumienia i traktowanie poszkodowanego jak intruza, natręta — to znamy już z wcześniejszych filmów Loacha: najwyraźniej system państwowy Wielkiej Brytanii nie sprzyja społeczeństwu. W tych trudnych okolicznościach Daniel spotyka Katie, usiłującą w nowym dla siebie miejscu, Newcastle, zapewnić dogodne warunki swoim dzieciom.

Ja, Daniel Blake to film spełniający i wykorzystujący wszystkie Laochowskie chwyty. Aktorzy zagrali jak marionetki; scenariusz czasami zastyga, jakby Laverty nie wiedział, jak pociągnąć dalej narrację, a operator nie zadbał o kunszt zdjęć, bo wybrał estetykę przezroczystości, bliską poetyce paradokumentalnej. Z formalnego punktu widzenia można Laochowi zarzucić nonszalancję, lekceważenie widza i jego oczekiwań wobec współczesnego kina. Jednakże ci, dla których najnowszy film brytyjskiego reżysera nie jest pierwszym spotkaniem z tym twórcą, nie powinni oczekiwać wyszlifowanego obrazu Wielkiej Brytanii ze spektakularnymi pejzażami czy intymnymi zbliżeniami. Odrzucenie tego rodzaju formy — dzisiaj niełatwe — pozwala na skupienie całej uwagi na losach bohaterów, ich problemach oraz osobowościach. To właśnie przekaz jest najważniejszy, a niedociągnięcia i surowość tylko wzmacniają, podsycają treść, która każe zastanowić się nad sytuacją psychologiczną i społeczną bohaterów. Loach burzy — i to nie tylko nasze oczekiwania, ale również oparte na fałszywej empatii samozadowolenie. Ile takich scen rozgrywa się obok nas, na marginesie naszego wzroku? Dlaczego niektórzy zmieniają trasę, by nie przejść obok kolejki bezdomnych czekających na posiłek?

Twórcy Ja, Daniel Blake nie sposób zarzucić braku zaangażowania w losy jego postaci. Obraz jest surowy, wręcz natrętnie wulgarny i szorstki, ale bohaterowie, rozpaczliwie walczący o życie swoje i najbliższych, otoczeni są przez twórców czułością. Fabuła pozwala skoncentrować się na mechanizmach bezdusznej biurokracji. Ważniejsze w opowieści Loacha jest jednak zwrócenie uwagi na siłę tkwiącą we wspólnocie, tworzoną przez ludzi niejako przez przypadek, ale zawsze w opozycji do systemu. Twórca Riff-Raff pragnie pokazać nie tylko powolny upadek człowieka, zanikanie jego motywacji do dalszej walki, ale również sposoby obrony przed szkodami wyrządzanymi przez system neoliberalny. Pomoc niosą inni. Daniel bezinteresownie pomaga Katie — idzie z nią do banku żywności, naprawia i udoskonala jej dom, tworzy z drewna niezwykłe przedmioty dla jej dzieci. To w kolektywnej pracy we wspólnocie Loach widzi ratunek, czego dobitnie dowodzi jedna z ostatnich scen, kiedy mężczyzna, który nie dysponuje już niczym, sam otrzymuje opiekę i ciepło.

Narracja Loacha jest, można rzec, radyklana. Chociaż może ona denerwować natarczywością, naiwnością, to właśnie te nieprzyjemne odczucia stanowią o sile przekazu. Silny kontrast pomiędzy Danielem i Katie a siłami biurokracji może wywoływać współczucie dla bezrobotnej matki z dziećmi, niektórzy widzowie uwierzą zapewne w możliwość zmiany urzędniczego horroru osadzonego w kafkowskich klimatach. Tyle że Loach nie chce, by po zakończeniu filmu zapał widzów nagle uleciał. Chciałby, co udowadnia całym swoim filmowym dorobkiem, by tak jak Daniel stanąć przeciwko funkcjonariuszom, zapisać na murach swoje zażalenia, krzyczeć i pociągnąć za sobą kilka spojrzeń. Ja, Daniel Blake to film-prośba, żeby nie zapominać o wspólnocie, jej sile i nie pozwolić oszukać się przez zwodnicze hasła polityków uznających neoliberalizm za synonim wolności. Loach pokazuje, że biurokratyczny system wykreowany przez neoliberalizm działa pozornie, jest wypełniony absurdalnymi, zapisanymi urzędniczym bełkotem regulaminami. Ten właśnie cel, polegający na przypominaniu, w jakich realiach żyje społeczeństwo, osiąga reżyser za pomocą bardzo prostych środków. Język filmowy Kena Loacha ma trafić do każdego, a nie tylko do wybranych, do koneserów wyszukanego słownictwa i entuzjastów formalnych eksperymentów. Tylko w taki sposób można utworzyć wspólnotę i walczyć wewnątrz systemu, bo jak stwierdza w swojej książce Utopia regulaminów David Graeber, „Kapitalizm istnieje tylko dlatego, że codziennie rano budzimy się i go tworzymy. Gdybyśmy pewnego ranka kolektywnie postanowili stworzyć coś innego, kapitalizm przestałby istnieć. Stąd najdonioślejsze, rewolucyjne pytanie brzmi następująco: jakie warunki muszą zostać spełnione, abyśmy byli w stanie obudzić się pewnego dnia i zacząć tworzyć coś innego?”.

Jeszcze dwa lata temu Loach, po premierze Klubu Jimmy’ego (2014), ogłaszał w prasie, że więcej filmów spod jego ręki nie wyjdzie, ale wkrótce potem oświadczył, że na świecie jest za dużo problemów, by można o nich milczeć. Czy jest to główny powód powrotu na filmową ścieżkę? Myślę, że spekulacje na temat powrotu są najmniej istotne. Kluczowy w reżyserskiej karierze Loacha jest jego upór w ukazywaniu historii pozornie banalnych, dotyczących coraz większej liczby osób, prekariuszy i wszystkich, którzy obnażają system neoliberalny. Jeśli kino społeczne, lewicowe, krytycznie nastawione do absurdalnych regulaminów i urzędniczych formuł potrzebuje ikony — to ją ma, i to nagrodzoną Złotą Palmą w Cannes. Prasa donosi, że nagroda została przyznana Loachowi, by ugłaskać jego sympatyków. Jeśli chodzi o tych ostatnich, to nie jestem przekonana, czy wyróżnienie elitarnego jury może wpłynąć na aktywistów/ki, ludzi zaangażowanych w lewicową politykę. Zastanawiam się raczej, czy to nie sumienia samego jurorskiego gremium miały zostać uspokojone…


Ja, Daniel Blake (I, Daniel Blake), scenariusz: Paul Laverty, reżyseria: Ken Loach, zdjęcia: Robbie Ryan, muzyka: George Fenton, produkcja: Wielka Bry

Dodaj komentarz