Paulina Janota | Historia warta opisania (Andrzej Muszyński, „Podkrzywdzie”)

Rodzimy się w pewnym miejscu na ziemi, w pewnej rodzinie; nie mamy wpływu na to, gdzie, ani na to, kim są nasi rodzice. Michael Walzer nazywał to niedobrowolnym zrzeszeniem – od pierwszego oddechu jesteśmy wrzuceni w rzeczywistość, której w początkowych fazach życia nie możemy w żaden sposób zmienić. Jesteśmy częścią danej całości; całości, w której dorastamy, w której kształtuje się nasze przyszłe „ja”. Dzieciństwo jest tym etapem życia, w którym rodzi się najwięcej pytań i niejasności, a tajemnica zdaje się być jednym z głównych fundamentów codzienności. Gdy jesteśmy starsi, pewne pytania przestają mieć rację bytu, gdyż odpowiedzi na nie okazują się oczywiste, naturalne, bezwarunkowe. Inne natomiast – te, na które odpowiedzi wciąż szukamy – zagnieżdżają się w naszej świadomości, nie pozwalając o sobie zapomnieć. A gdyby z tajemnic tych uczynić historię?; historię, dzięki której na końcu zdania zamiast znaku zapytania umieścimy kropkę? Gdyby ze swego dzieciństwa uczynić historię wartą opisania? „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego jest właśnie taką historią.

Andrzej Muszyński z wykształcenia jest prawnikiem, lecz to literatura jest dziedziną, w której czuje się najlepiej, dla której porzucił swoje dotychczasowe życie zawodowe. Założył agencję turystyczną i rozpoczął wędrówkę po świecie; świadectwem jego podróży jest zbiór literackich reportaży „Południe” oraz reportaż „Cyklon”. W 2012 roku został laureatem konkursu na najlepsze opowiadanie na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Jego najnowsza książka (i zarazem pierwsza powieść), „Podkrzywdzie” jest enigmatyczną historią inicjacyjną. Jest próbą rozmowy z przeszłością; próbą jej zrozumienia.

Pozorne nieistnienie

Podkrzywdzie jest miejscem, którego na mapie nie można dokładnie usytuować. „Gdzieś w Lasach Błędowskich, między rzeką Białą a Zamczyskami, w okolicach Pustyni Błędowskiej jest miejsce nazywane Podkrzywdziem”. Tę trudną do zlokalizowania i tajemniczą przestrzeń zna tylko jedna osoba zamieszkująca pobliską wieś; starszy mężczyzna – dziadek chłopca, którego oczyma czytelnik poznaje historię zawartą w powieści Muszyńskiego. To on wprowadza wnuka w świat, w którym nawet tak przyziemne, codzienne obowiązki gospodarza jak zabijanie kur stają się magicznym, sensualnym rytuałem.

Przemknął w otwartych drzwiach inaczej niż zwykle – wartkim, płochliwym krokiem – wpatrzony, gdzieś daleko poza sad, cały obryzgany krwią. Szedł z siekierą na ramieniu, a strugi świeżej juchy spływały mu z dłoni, między palcami, lejąc się po smagłych, kulkowatych muskułach na nogawki lub krzepnąc w fałdach podwiniętych mankietów. […] Od tego dnia nasze podwórko pokryło się deltą gorzkiej krwi, która sączyła się szczelinami w drągach, korytami w rozprażonej ziemi, by wymieszać się z kuchenną szumowiną i zastygnąć pod płotem w czarne jak jagody stawy, na których brzegach rozsiadły się stada białych od słońca leniwych larw.

Dziadek zdaje się być dla chłopca zagadką, której nie jest w stanie zrozumieć; jawi mu się jako nadczłowiek, indywidualność, która widzi, doświadcza i odczuwa więcej. Skrupulatnie prowadzi Diariusz Dni Słonecznych, wedle schematu dobiera codzienne trunki, każdego dnia wita wschodzące słońce ukłonem głowy, rozmawia z osobami, które zdaje się widzieć jedynie on, wybiera się w tajemnicze wędrówki, z których wraca po kilku dniach jeszcze bardziej wyciszony, ludzi dzieli na ciepłych i zimnych i spogląda przez okno, próbując milczeniem opisać rzeczywistość w pozorach nieistnienia. Babcia chłopca jest równie enigmatyczną osobowością i w żaden sposób nie tłumaczy swemu wnukowi postępowania męża. Milczy. W chwilach, kiedy dziadek po pijaku schodzi do piwnicy i szuka tajemniczego „onego”, babcia nic nie mówi, lecz wie, że „dziadek nie pił, by zapomnieć, dziadek pił, by pamiętać – pił, by pozostać człowiekiem”. Dziadków chłopca łączy tajemnica, której nie chcą zdradzać swemu wnukowi. Nieodgadnione „ono” zadecydowało o tym, kim stali się dla siebie małżonkowie. „Ono” męczy, pochłania, nie pozwala o sobie zapomnieć, nie pozwala o sobie nawet rozmawiać.

Czas Podkrzywdzia

Świat powieściowy „Podkrzywdzia” został utkany z języka sensualnego, plastycznego, wręcz poetyckiego.

Tego roku biadoliła dłużej i głośniej, zdzierała gardło na najsroższych bluzgach, po czym milkła, aż znów przed świtem jej szept docierał do nas czysty i zimny jak kryształ. Gdy zaczynaliśmy wątpić, czy żyje, pogrążała się znów w jakimś demonicznym mruczandzie, w czarnej magii dźwięków, które wiodły ją nocami razem z nami w tępej hipnozie na skraj obłędu, zapaści świata.

Język, którym posługuje się Muszyński, porównywany był do języka Wiesława Myśliwskiego czy też Brunona Schulza; i nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednakże na kartach powieści odnajduję jeszcze jeden, bardzo ważny literacki punkt odniesienia – Olgę Tokarczuk. „Podkrzywdzie” w swej budowie, języku i elementach świata przedstawionego przypomina „Prawiek i inne czasy”. Każdy rozdział „Prawieku…” rozpoczynał się od „czyjegoś” czasu: Czas Kłoski, Czas domu, Czas Ruty, etc. W książce Muszyńskiego poszczególne rozdziały określone są jako Księgi: Księga Ofiary, Księga Śniętej Szmiry, Księga Okna, etc. Kolejnym elementem jest miejsce: Prawiek miał określone położenie geograficzne, ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie się znajdował; tak samo jest z Podkrzywdziem. Obydwie historie przenoszą czytelnika w mityczną czasoprzestrzeń, w której zwykłe zdarzenia, miejsca, zachowania, postacie przybierają znamiona magicznych, tajemniczych, w pewien sposób piękniejszych. Jest to czasoprzestrzeń, w której fikcja przeplata się z rzeczywistością. Tak bohaterowie „Podkrzywdzia”, jak i „Prawieku…” są indywidualnościami, często niezrozumianymi przez innych. Stójkowy i Śnięta Szmira w powieści Muszyńskiego są postaciami, które budzą lęk ze względu na swoją inność; inność, która doprowadza ich do samozagłady. „Prawiek…” zostaje zresztą wymieniony w powieści jako jedna z pozycji bogatego księgozbioru Stójkowego.

Realizm magiczny

Andrzej Muszyński z miejsca, w którym się wychowywał, i z ludzi, którzy otaczali go w latach jego dzieciństwa, uczynił magiczną historię, która zdaje się być oniryczną wędrówką po krainie widzianej z perspektywy dziecka; krainie tajemnicy i magii. Dzieciństwo stało się pretekstem do snucia enigmatycznych opowieści, których w dorosłym życiu odczuwamy niedosyt. Dorosłość odarta z dziecięcego zachwytu i fascynacji światem jest po prostu obracającymi się wskazówkami na tarczy zegara; staje się jałową, pędzącą rzeczywistością.

No więc pada i jesteśmy dorośli. Przeżyliśmy dziadka i Stójkowego, przeżyjemy i to. Może dotrwamy do dnia, gdy z laptopikiem na kolankach odpalimy tiwi, a nad wyraz sławna prezenterka w nad wyraz modnym żakiecie ogłosi: „Szanowni państwo, dziś skończył się na świecie świat. Wszyscy zdążyli odpisać na mejle”. Póki co wstajemy, bo dzwoni telefon, a więc budzik. Masz dwie opcje, kolego, drzemka albo OK, jeśli OK, zapraszamy do dnia, nasz szef jest prezesem ziemskiej kuli.

„Podkrzywdzie” przypomina dokonania twórców realizmu magicznego, przenosi czytelnika w inną czasoprzestrzeń. Mnie przeniosło i żałuję jedynie, że na tak krótko.

Andrzej Muszyński: „Podkrzywdzie”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2015.

Dodaj komentarz