Paweł Sadowski | Dwa szczyty czy szczyty szczytów? Na marginesie „Miasteczka Twin Peaks” (2017)

Tytuł niniejszego felietonu sugeruje, że możliwe jest wytypowanie tylko jednej z propozycji, bez dodatkowych wariantów. Metoda ta nie odbiega od tabloidowych fantazji, w których każde, nawet najbardziej złożone zjawisko, może być sprowadzone do poziomu dziecięcej wyliczanki. Zastosowany tu dychotomiczny podział jest jednak wyrazem mojego rozdarcia, które odczuwam w zetknięciu z dziełem Marka Frosta i Davida Lyncha. Dziełem telewizyjnym, które niezależnie od tego, jak bardzo podkreślałbym nazwiska obu jego twórców, w całości zostało podporządkowane wyobraźni drugiego z nich.

Mimo 25-letniej przerwy w emisji, powracających pytań o fabułę i możliwość kontynuacji historii, „Miasteczko Twin Peaks” (1990) cały czas towarzyszyło telewizji i społeczności fanów. Urwane wątki i niefortunne rozwiązania fabularne charakterystyczne dla drugiej serii nie przesłoniły licznych zalet serialu, który stał się źródłem inspiracji dla twórców telewizyjnych. Nie przesłoniły też bolesnego i poniekąd wstydliwego dla telewizji faktu, że twórczość nawet najbardziej innowacyjna może ulec zniszczeniu lub ograniczeniu za sprawą schematycznego i bezwzględnego podejścia kręgów decydenckich, których intencję często nie pokrywają się z wizjonerskimi pomysłami kręgów artystycznych. Mowa tu oczywiście o anulowaniu emisji serialu przez amerykańską stację ABC po zakończeniu drugiej serii, mimo faktu, że to właśnie zarząd stacji wymusił na Lynchu objaśnienie kluczowego wątku fabularnego, po którym odnotowano znaczny spadek oglądalności. Budzący wiele kontrowersji serial, choć był początkowo obiektem fascynacji (czy nawet obsesji), padł ostatecznie ofiarą bezpardonowej krytyki. Dotyczyła ona nie tylko braku napięcia w drugiej serii. Fala sprzeciwów nastąpiła po premierze filmu pełnometrażowego „Twin Peaks: Ogniu krocz za mną” (1992), w którym nie dość, że nie zwieńczono serialowej intrygi, to jeszcze skierowano uwagę widza na wątek życia osobistego Laury Palmer. Intymna i skupiona na rozterkach głównej bohaterki narracja kontrastowała z uogólnionym opisem rzeczywistości w serialu, a jednocześnie kładła większy nacisk na dosadność i brutalność historii. Można wstępnie wywnioskować, że kluczem do zrozumienia skrajnych reakcji w odbiorze tego audiowizualnego fenomenu były zatem oczekiwania widowni.

Zacząłem w zasadzie od końca, bo i koniec tej historii – nawet jeżeli smutny w swym wyrazie – dał początek czemuś nowemu. Nigdy nie dowiemy się, jak wyglądałaby formuła serialu z permanentnie nierozwiązaną tajemnicą śmierci Laury Palmer. Konieczność wyjawienia tajemnicy morderstwa, nad którą to koniecznością tak bardzo ubolewał sam Lynch, stała się silnym bodźcem nie tyle do rozwinięcia fabuły serialu, ile do sprokurowania wewnętrznej przemiany twórcy filmowego. „Miasteczko Twin Peaks”, obrazujące życie małej społeczności w drobnej, górskiej „mieścinie”, w sposób błyskotliwy i przepełniony ekscentryzmem charakteryzowało niepowtarzalne jednostki – indywidualności. Pomijając kwestię pasjonującej intrygi, interesujący byli bohaterowie, relacje między nimi oraz świat, w który wprowadzali oni różnorodność. Paradoksalnie serialowi przysłużyły się powstające wówczas opery mydlane, których rozwiązaniami fabularnymi twórcy „Miasteczka Twin Peaks” umiejętne operowali. Lynch nadał opowieści nastrój (poczucia grozy i tajemniczości) już w odcinku pilotażowym, który pierwotnie funkcjonował jako film pełnometrażowy. Klimat podtrzymywany był w dalszej część pierwszej serii, która charakteryzowała się narracyjnym determinizmem i linearnością (poza nielicznymi sekwencjami snu). To były z kolei znaki rozpoznawcze Marka Frosta, który we współtworzeniu wielowymiarowej historii skłaniał się bardziej ku beletrystyce niż ku chaotycznym, sennym wizjom definiującym styl Lyncha.

Narracja dwóch pierwszych serii była więc rezultatem ciągłego konfrontowania konwencjonalnej poetyki telewizyjnej, uosabianej przez Frosta, z awangardowymi pomysłami Lyncha. Wkład autora „Głowy do wycierania” (1977) manifestował się zwłaszcza w widocznej na ekranie obecności tworzywa filmowego (w postaci taśmy filmowej) oraz w przeniesieniu środków filmowego wyrazu z medium kina do telewizji. Przemyślane operowanie ujęciami w zależności od charakteru przedstawianej historii oraz ekspresyjny montaż, niemal zawierający miejscami przekaz podprogowy (głównie w odcinkach reżyserowanych przez Lyncha), przyczyniły się do przesunięcia granic i zakwestionowania pruderyjnych zakazów obowiązujących w amerykańskiej telewizji, a także otwarcia telewizji na wpływ medium filmowego. Bezkompromisowość twórcy „Blue Velvet” (1986) w forsowaniu nowych pomysłów i prowadzeniu eksperymentów formalnych przeniosła się na jego kolejne filmy – „Zaginiona autostrada” (1997), „Mulholland Drive” (2001) i „Inland Empire” (2006).

Wspomniane rozdarcie jest kluczowe w kontekście obecnie emitowanej, trzeciej serii „Miasteczka Twin Peaks”, która nie daje jednoznacznych odpowiedzi na pytanie o to, jakie intencje towarzyszą twórcy serialu. Owo niedookreślenie skłania do podjęcia rozważań na temat tego, jakie wątki serial tak naprawdę kontynuuje. Czy jest to dalsza część opowieści o Laurze Palmer, Agencie Cooperze? A może mamy do czynienia wyłącznie z osobistą podróżą twórcy, odbywaną według towarzyszących mu idei? Niezaprzeczalnie najnowsze dzieło Lyncha wychodzi daleko poza ramy świata realnego i świata przedstawionego serialu. Porzucono wszak dosłowność filmowego dialogu jako głównego narzędzia przekazywania informacji. Lynch, operując współczesnym cyfrowym medium, skłania się raczej ku eksploracji granic surrealizmu, ekspresjonizmu, a także zagadnień duchowości i dualizmu naszego świata. Warto podkreślić fakt, że wszystkie odcinki reżyserowane są przez niego, co samo w sobie jest realizacją jednego z celów autora – artystycznej wolności. Choć swoboda artystycznego wyrazu zawsze była podstawą działalności twórców filmowych, to dopiero systemy telewizji kablowej i internetowego streamingu oraz zwiększenie rangi artystycznej produkcji telewizyjnych przyczyniły się do powrotu świetności serialu.

W momencie spisywania niniejszych rozważań emisja serialu nadal trwa, dlatego trudno o jakiekolwiek konkluzje. „Miasteczko Twin Peaks” z 2017 roku z pewnością, jako jedno z pierwszych dzieł telewizyjnych, kompromituje zjawisko nostalgii w tak dosadny sposób, „żerując” na sympatiach widzów do konkretnych postaci. Nie sposób nie przypisać czasem twórcy złośliwych intencji, kiedy wodzi za nos odbiorcę, kusząc go obietnicą wyjawienia tajemnicy (lub przywrócenia ulubionych postaci – takich jakimi były przedtem). Widzowie oczekujący konsekwentnej kontynuacji formuły sprzed 25 lat prawdopodobnie musieli okupić seans pierwszych odcinków dużą frustracją. Możliwe jest jednak, że złe wrażenie niekoniecznie wynikało z konkretnych intencji twórcy, lecz z samej istoty opowiadanej historii. Nie sposób pozbyć się przy tym odczucia, że Lynch dzisiejszy mocno różni się od Lyncha z czasów realizacji zdjęć do „Dzikości Serca” (1990). Jakakolwiek krytyka czy wartościowanie jego dokonań wiąże się jednak z trudnościami wynikającymi z ugruntowanej już pozycji tego autora – twórcy awangardowego, operującego osobliwym językiem filmowym. Być może taki stan rzeczy powinien prowokować pytanie o to, na ile wskazane wrażenie inkoherencji jest rezultatem oczekiwań odbiorczych i w jakim stopniu dotyczy przywiązania widzów do schematów. Niewykluczone, że właśnie poprzez przyklaśnięcie konwencjom, gatunkowym uproszczeniom i własnym sentymentom widz sam siebie pozbawia przyjemności wynikającej z przekraczania granic.

„Miasteczko Twin Peaks”. USA 2017.


 

Paweł Sadowski – ur. w 1989 roku w Pszczynie, zamieszkały w Katowicach, magister kulturoznawstwa, które ukończył na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego; główne zainteresowania: wideoklip, powojenna kinematografia amerykańska oraz szeroko pojęta popkultura.

Dodaj komentarz