Piotr Zaczkowski | Samotność snajpera

Brazylijczyk Edson Arantes do Nascimento, znany jako Pelé, specjalizujący się obecnie w reklamach głoszących jedność usług bankowych z futbolem, strzelił ponad tysiąc bramek i zdobył wiele trofeów. U szczytu kariery otrzymywał nagrody za osiągnięcia sportowe i ordery za zasługi w krzewieniu dumy narodowej, a także został uhonorowany złotym medalem Ministerstwa Kultury i Edukacji. Nie tylko bowiem przyczynił się do zwalczenia zbiorowych kompleksów piłkarskich, ale podobno — jako autor książki o sobie — nakłonił do podjęcia nauki czytania tysiące rodaków zadomowionych dotąd wyłącznie w języku mówionym.

Nie wiadomo, ile w takiej formie zwycięskiej walki z analfabetyzmem prawdy, a ile legendy. I nie ma szczególnego znaczenia, że Pelé swą autobiografię, powierzoną zawodowcom od pisania, sam z trudnością przeczytał. Bardziej paradoksalne jest to, że gawędę piłkarza o wojnach na zielonej murawie nagrodził minister szkolnictwa, a nie szef resortu obrony lub głównodowodzący brazylijskiej armii. W grze w piłkę bowiem nie wygrywa się książkami o pokonywaniu drogi ku złotej piłce, ale celnymi strzałami w samo okienko bramki — podczas meczu, który jest wojną.

Napastnika w futbolowej drużynie obsadza się w formacji określanej jako atak. Z powodu talentu, umiejętności i bramkowego spełnienia jednego z graczy nazywa się często snajperem bądź strzelcem wyborowym. Taki piłkarz wyborny — podobnie jak snajper na prawdziwej wojnie — posługuje się kulą, a jego najważniejszą rolą jest strzelanie bramek, które na bezkrwawej wojnie sportowej zabijają wolę walki przeciwników i pogrążają w niebycie ich nadzieje na przeżycie w grze o przetrwanie w rozgrywkach.

Strzelanie do siebie żołnierzy, o którym całkowicie serio opowiada w Wojnie futbolowej Ryszard Kapuściński, było dogrywką w meczu, który Honduras przegrał z Salwadorem. Na niebieskie trybuny powędrowało wówczas dwa tysiące żołnierzy i sporo cywili, i mimo że w tej lokalnej wojence nie chodziło zapewne wyłącznie o piłkę, to uroda konfliktu przypominała bijatyki, które plemiona toczą nie o ziemię lub plony, lecz o paciorki lub muszle ślimaków.

Snajperom zatrudnionym zarówno w wojsku, jak i w oddziałach piłkarskich potrzebne jest szczęście jako konieczny dodatek do sprawowania posługi. Wojna jest jednak grą zespołową. W zgodzie z pouczeniami popularnego podręcznika dla snajperów gorsze dni strzelca wyborowego nie powinny paraliżować partnerów, gdyż „jego funkcję może przejąć — jeżeli to konieczne — obserwator lub strzelec ubezpieczający”. Na wojnie ze strzelaniem do wrogów ma sobie radzić kompanijny sanitariusz, kucharz w batalionie i kronikarz pułku, zaś na boisku snajpera może wyręczyć obrońca, a nawet bramkarz. Ale to nagłe, a nie stałe zastępstwo.

W epoce, kiedy nad Wisłą i Odrą w piłkę grywały kluby, którym patronowały korporacje hutnicze, górnicze bądź milicyjne, dobrze sobie radziła, z racji powszechnego dla mężczyzn obowiązku służby wojskowej, drużyna legionistów z Warszawy. Zapobiegliwość w powoływaniu do armii piłkarzy rzadko kiedy jednak szła w parze ze szkoleniem żołnierskim. Lucjan Brychczy, wybitny gracz ligowy i reprezentacyjny, dosłużył się — na boisku i na ławce trenerskiej — rangi pułkownika. Jednak czysto wojskowe sprawności, nabyte na początku kariery, ocenił samokrytycznie: „Z jednostki przyjechał oficer i przeszliśmy błyskawiczny kurs obchodzenia się z bronią. Było trochę śmiechu, bo jak rozłożyliśmy karabin, to na tyle skutecznie, że nie dawał się złożyć”.

Nie karabin łączy snajperów okopów i boisk, a rezygnacja ze strachu przed niepowodzeniem oraz wykonywanie na zimno, bez niepotrzebnych emocji, strzeleckiej misji. Tak podczas wojny, jak i w czas walki piłkarskiej strzelec musi być o ułamek sekundy szybszy od przeciwnika, o mgnienie powieki sprytniejszy, o jedno napięcie uwagi bardziej uważny. Refleksje o żonie, dzieciach, rozbitym samochodzie lub źle zainwestowanych pieniądzach pochłoną niezbędną do walki energię. Chwilę po opuszczeniu kwatery lub piłkarskiej szatni trzeba oczyścić się ze wszystkiego, co zbędne, być gotowym do znoszenia bólu i upokorzenia, a nawet hańby.

Każda gra człowieka z człowiekiem ma kontekst społeczny i tło zbiorowe. W prowadzeniu wojny albo rozgrywaniu meczu nie mniej ważni od strzelców wyborowych są pomocnicy i łącznicy. Jednak los snajpera jest wyjątkowy. Przegra, jeżeli nie udźwignie odpowiedzialności za swój wyjątkowy status egzekutora, zawodnika ustanawiającego przewagę, dominującego w starciu fizycznym i psychologicznym.

Strzelanie do ludzi i strzelanie goli skończy się fiaskiem, jeżeli wykonawcę spęta nadmierna empatia, jeżeli współczucie do przeciwnika wkradnie się tylnym wejściem do mózgu. Niewiele jednak po naukach wpajanych podczas szkolenia czy w trakcie manewrów w terenie, mało korzyści z doświadczeń nabytych podczas wcześniej stoczonych walk, jeżeli w parze z pilnością czy rutyną nie pójdzie odczuwanie satysfakcji z wykonywanej profesji. Przyjemność pozostawania przy życiu jest na wojnie głęboko ludzka i bezdyskusyjna. Gra w pierwszym składzie bywa dla piłkarza także sprawą życia, a niekiedy i śmierci. Zarówno za zbyt częste potknięcia na polu karnym i pudła do siatki, jak i za nieudolne próby eliminowania celów żywych wroga płaci się zesłaniem na tyły lub odstawieniem do rezerwy. Bezkrwawe polowanie na siebie żołnierzy — podobnie jak bezbramkowy wynik na boisku — godzi w dumę strzelców wyborowych, jest dla nich nie tyle połowicznym zwycięstwem, co w połowie klęską.

W zgodzie z klasyczną wykładnią reguł wojny sztuka wygrywania ma mniej wspólnego z liczebną przewagą, a więcej z wytrwałą przebiegłością i ustawiczną obserwacją, z oczekiwaniem na ruch strony przeciwnej i wyprzedzaniem jej zamiarów o błysk strzału albo mgnienie myśli. Jak zauważył Gérard Ernault, dziennikarz opiniotwórczych „L’Equipe” i „France Football”, w piłce nożnej „Interpretacja sytuacji wzięła górę nad wykonywaniem poleceń”. Reguły, odnoszące się do taktyki całych zgrupowań, zespołów, są w służbie snajperskiej bezwzględnym warunkiem, bez którego spełnienia nie da się przeżyć dłużej niż jeden patrol czy jedno czatowanie w najbliższym sąsiedztwie stanowisk wroga. Ani as ataku w madryckim Realu, ani napastnik chorzowskiego Ruchu, ani nawet wyznaczony do egzekucji piłkarz Sokoła Orzech, tułający się na froncie bytomskiej A-klasy, nie pomoże drużynie bez nawyku czy wręcz odruchu odpowiedniego reagowania i właściwej oceny sytuacji. Nie wolno mu strzelić za nisko i nie godzi się za wysoko, musi przymierzyć dokładnie, posłać piłkę w samo okienko, zaś przed strzałem powinien jeszcze zdążyć dostrzec, gdzie patrzy bramkarz — jakby chciał zobaczyć oczy drapieżnego zwierza strzegącego nory. Czas każdemu ucieka tak samo — na polu walki, na boisku, w życiu. I tak samo przegrywa się na wojnie, w sporcie lub w grze o siebie, gdy zrezygnuje się z myślenia. Cały problem — bądź dramat — w tym, aby tego, co najważniejsze, nie pomyśleć ani za wcześnie, ani zbyt późno. Cmentarze wojskowe pełne są strzelców, którzy zrobili coś nieodpowiedniego w nieodpowiednim czasie, w drużynach piłkarskich rezerw dogorywa dostatek graczy, którzy mieli zwyczaj myśleć albo raptownie, albo stanowczo za wolno.

Niektórzy są przekonani, że piękno gry z innymi ma wynikać z rytmu, harmonii i płynności ruchu. Snajper nie obawia się czynów nieeleganckich i nieczystych zagrywek, zapominając, że na boisku wszystko widzi sędzia, a na wojnie rozstrzyga Pan Bóg lub ludzkie sumienie. Skuteczność reagowania niewiele ma wspólnego z głębią, namysłem i dzieleniem włosa na czworo — na wojnie, w sporcie i chyba w życiu jako takim, ofiarowanym raczej jak brudny mundur polowy niż galowy uniform na defiladę.

Komentatorzy sportowi lubią banały o tańcu z piłką. Tak naprawdę futbol nie ma jednak nic wspólnego z baletem. I to nie tylko z racji odmiennych temperamentów publiczności teatrów i kibiców na stadionie. Mimo doprowadzonej do słodkiego ideału ceremonii przedmeczowego bratania się piłkarzy gra, w sekundę po pierwszym gwizdku arbitra, nie jest ani zła, ani dobra — z angielska fair play — ale bezwzględna. W porównaniu z nią wyrywanie serca bezbronnej ofierze wydaje się niewinnym rytuałem i całkowicie bezbolesnym sposobem załatwiania sporów między mężczyznami. W futbolu walczą ze sobą całe drużyny, ale dla strzelca wyborowego ta walka to pojedynek jeden na jeden. Na wojnach, bez względu na to, gdzie się toczą i jak liczne armie w nich uczestniczą, snajper zawsze jest harcownikiem, samotnym myśliwym, graczem wykonującym czyjś rozkaz zabijania, ale samodzielnie podejmującym decyzję, kiedy zabić.

Minister sportu dzieli piętro z głównodowodzącym armii, a ich najbliższym sąsiadem jest kierownik wydziału propagandy. Niekiedy to specjalista od wyznań i oświecenia publicznego. Przypomniał o tym biograf najwybitniejszego współczesnego piłkarza w Polsce — w ojczystym futbolu „[…] widać gołym okiem bardzo jasne światło w tunelu. Tym światłem jest Robert Lewandowski”.

Dodaj komentarz